Microsoft Surface Pro X – test. To jeszcze nie czas na Windows 10 Arm

Strona główna Lab Ultrabooki i notebooki

O autorze

Seria Surface wraca do korzeni. Microsoft zaczynał ją od produkcji tabletów z typowo mobilnymi procesorami Arm i okrojonym systemem Windows RT, by wraz z nadejściem submarki Surface Pro przeskoczyć na architekturę pecetową i zwykłego Windowsa. Teraz jednak ponownie stawia na Arm. Tylko, o ile wcześniej działo się to w ramach sektora ekonomicznego, o tyle nowy Surface Pro X celuje w klienta premium. Co z tego wyszło?

Mówią, że chcąc pójść dwa kroki do przodu, czasem najpierw trzeba zrobić jeden krok w tył. W tym przypadku to niezwykle esencjonalne. U genezy Surface Pro miały bowiem pogonić z rynku laptopy, zapewniając co prawda zbliżoną wydajność, ale w znacznie nowocześniejszej i bardziej elastycznej formie tabletu z opcjonalną klawiaturą. Można by zatem stwierdzić, że stanowiły (i stanowią) próbę upakowania komputera przenośnego w bardziej niż zazwyczaj kompaktowym pudełku.

Natomiast tytułowy Surface Pro X zdaje się być wytworem odwróconej wersji tego mechanizmu, czyli przede wszystkim tabletem, który w miarę możliwości stara się peceta naśladować. Piszę o tym dlatego, abyście już zawczasu mogli zbudować w głowie pewne tło dla najnowszego sprzętu firmy z Redmond. Nie zastępuje on Surface Pro 7 z procesorami x86, Intel Ice Lake – wbrew temu, co wydedukowały niektóre zachodnie media – a bardziej szturmuje pozycję iPada Pro czy ewentualnie Galaxy Tab S6, choć miejscami z gracją Dacii Logan. Ale do rzeczy.

Sami zaprojektowali procesor. Tak jakby

Surface Pro X zbudowany jest wokół procesora o enigmatycznie brzmiącej nazwie Microsoft SQ1. To ponoć pierwszy czip produkcji Microsoftu, ale w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z układem Qualcomm Snapdragon 8cx w nieznacznie podkręconej wersji. Jak wynika z danych dostępnych w bazie Notebookcheck, struktura zawiera cztery rdzenie Cortex-A76 o taktowaniu 3 GHz i cztery rdzenie Cortex-A55 o taktowaniu 1,9 GHz, a ponadto 2 MB pamięci podręcznej, kontroler DDR4X-3733, zintegrowaną grafikę Adreno 685 oraz modem LTE 2 Gb/s.

W zależności od wybranej przy zakupie wersji, ilość RAM może wynosić 16 lub 8 GB, a pojemność dysku – 512, 256 lub 128 GB. Mnie na rotacji przypadł wariant 8/256. Sensowny.

Jednak nie sam model procesora ani specyfikacje platformy bazowej są tu kluczowe, a to jak architektura Arm wpływa na charakterystykę całego urządzenia. Surface Pro X realizuje koncepcję Always Connected PC, przez co należy rozumieć, że został zaprojektowany z myślą o całodobowej pracy. Modem LTE, dostępny w linii Surface po raz pierwszy, ma gwarantować nieprzerwany dostęp do internetu, a energooszczędny procesor – długą żywotność w stanie czuwania.

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o teorię i pewne założenia producenta, wymieniane w folderach reklamowych. Czas zweryfikować praktyczną wartość tej konstrukcji.

Zdecydowanie najładniejszy Surface do tej pory...

Bez dwóch zdań Surface Pro X jest sprzętem urodziwym. Zdecydowanie najładniejszym Surface do tej pory. Nie sposób tego nie docenić, bo skoro producent chce, abym dane urządzenie trzymał stale przy sobie, to troska o estetykę staje się obowiązkiem. Byle wyrostek w Starbucksie z MacBookiem Air w swoim wieku nie może wytykać mnie palcem, scenicznym szeptem mówiąc koleżance patrz na tego oszołoma. Jasne, nieco przesadzam – ale wygląd to ważna cecha sprzętu mobilnego.

Jednostka zasadnicza cechuje się wymiarami 287 mm x 208 mm x 7,3 mm i masą 774 gramów. Jest tym samym o 1,2 mm smuklejsza i cały 1 gram lżejsza niż Surface Pro 7 w wersji bezwentylatorowej (Core i5 lub i3). Niemniej, pomimo relatywnie skromnych różnic na polu gabarytów, prezentuje się o niebo lepiej. To zasługa większego wyświetlacza i płynnie zaokrąglonych krawędzi.

Jednocześnie obudowa przestała wyglądać niczym cięta od linijki. Wygładzone krawędzie czynią z Surface Pro X niby żyletkę. Ładnie i nowocześnie, trochę na modłę dzisiejszych smartfonów. Zaryzykuję stwierdzenie, że w tej chwili jest to absolutnie najładniejszy tablet na rynku, a na pewno jeden z ładniejszych. No i plus należy się za zintegrowaną stopkę, a także przebudowaną klawiaturę, która pozwala schować rysik do wewnątrz, dzięki czemu nie odpina się on podczas przenoszenia sprzętu w torbie czy plecaku. Niestety, pozostałe aspekty tak przemyślane nie są.

...ale też najbardziej okrojony z wyposażenia

Logika nakazuje sądzić, że człowiek powinien uczyć się na błędach. Tymczasem inżynierowie Microsoftu nie tylko zlekceważyli wnioski płynące z poprzednich modeli Surface Pro, ale także dorzucili do zestawienia wpadek parę nowości. Bo po co słuchać klientów.

Ekran PixelSense urósł z 12,3'' do okrągłych 13''. Zachowano przy tym zagęszczenie pikseli na poziomie 267 ppi, podnosząc rozdzielczość do 2880 x 1920 punktów. Panel standardowo obsługuje 10-punktowy dotyk i pióro wrażliwe na nacisk, które to jednak zyskało wbudowany akumulator z możliwością ładowania indukcyjnego oraz wygodniejszy w moim mniemaniu, jakby ściśnięty po bokach przekrój. Jednak na tym jego atuty się kończą.

Jasność według pomiaru wynosi nieznacznie ponad 450 cd/m², czyli podobnie jak w Surface Pro 7. Widoczność przy silnym nasłonecznieniu jest poprawna, ale nic więcej. Przy czym od urządzenia Always Connected, które ma towarzyszyć nam stale i w każdych warunkach, rozsądnym jest wymagać możliwie najjaśniejszego ekranu. Dla odniesienia iPad Pro osiąga ponad 600 cd/m². Ponadto, również wzorem wcześniejszych modeli, nie najszersza jest przestrzeń barw. Objętościowo odpowiada około 120 proc. palety sRGB, ale urządzenie nie wspiera ani wykorzystywanego przez filmowców gamutu DCI-P3, ani materiałów o szerszym zakresie dynamiki tonalnej (HDR).

Niemniej pewne słabostki ekranu to wady, nazwijmy to tak, dziedziczone. Gorsze jest to, że twórcy iksa skaszanili nawet to, co do tej pory prezentowało się bez zarzutów.

Solidny stop magnezu używany do produkcji obudów został zastąpiony aluminium. Zapewne dlatego, że jest łatwiejsze w obróbce. Ale też znacznie bardziej podatne na uszkodzenia mechaniczne. Po drugie, zestaw wejść-wyjść ograniczono do dwóch USB-C i autorskiego Surface Connect. Z układanki wyleciało gniazdo audio jack, jak również czytnik kart pamięci microSDXC. Tyle dobrego, że urządzenie wykorzystuje standardowy nośnik M.2 2230, więc pamięć wewnętrzną można w nim dość łatwo rozbudować, ale koniec końców microSDXC służą nie tylko do tego.

Tu gorzej, tam lepiej. Projektowy miszmasz

Ale czy wszystko to oznacza, że Surface Pro X jest takim ociosanym siekierą Pro 7? I tak, i nie – bo braki w zakresie złączy nadrabia osprzętem. W sposób typowy dla większości dzisiejszych tabletów multimedialnych, które są projektowane z myślą o konsumpcji, a nie tworzeniu treści.

Zastosowane głośniki stereo mają po 2 W mocy, a co za tym idzie są o 25 proc. mocniejsze niż dotychczas. I to słychać. Tak pod względem maksymalnej głośności, jak i tonów niskich. Jasne, bas generowany przez dwa filigranowe przetworniki szyb nie powybija, ale film można obejrzeć naprawdę komfortowo i zachowując dostateczną immersję.

Krokiem w dobrą stronę jest także zupełnie nowa matryca aparatu głównego. Ma 10 Mpix i może nagrywać wideo w 4K. Na tyle pozostał wprawdzie sensor 5 Mpix ze wsparciem dla logowania Windows Hello, ale pod jego adresem nigdy większych uwag nie było.

Wbudowany modem LTE, Snapdragon X24, gwarantuje pobieranie z szybkością do 2 Gb/s i wysyłanie do 316 Mb/s. Oprócz tego obsługuje Dual SIM, aczkolwiek dzielony pomiędzy fizyczną kartę w standardzie nano i cyfrowy eSIM. Mimo wszystko to spora zmiana w dziedzinie łączności, mając na uwadze, że układ ten trafia do absolutnie każdej wersji Surface Pro X, co jest pierwszym takim przypadkiem w historii całej rodziny urządzeń Surface.

Kończąc temat warstwy sprzętowej, jeszcze tylko jedna drobna uwaga: podczas gdy Surface Pro 7 oferuje Wi-Fi 802.11ax, Surface Pro X powraca do starszego standardu 802.11ac. To kwestia ograniczeń procesora Microsoft SQ1 na tle platformy Intel Ice Lake. Ja jednak dymu bym o to nie robił. Poziom adopcji nowego Wi-Fi jest tak niski, że aktualnie nie wykracza ono ponad ciekawostkę.

Gdyby systemy wydawano w wersji demo

Tak czy inaczej, nie da się ukryć, że w przypadku Surface Pro X nie sprzęt pełni kluczową rolę. Główny element ekspozycji to oczywiście Windows 10 Arm, który miał przenieść kompletne doświadczenie dziesiątki na skrajnie energooszczędne platformy Arm. Powiedzmy sobie jasno: cel jest szczytny i ambitny zarazem, ale w tej chwili stopień jego realizacji to coś pomiędzy projektem narysowanym patykiem na piachu a wstępną makietą wykonaną z kradzionego drutu.

Założenia są poprawne. Na całe szczęście, Microsoft porzucił koncepcję Windowsa RT, czyli okrojonej do widoku kafelkowego i aplikacji MDL (dawn. Modern UI) wersji ósemki, na rzecz pełnoprawnego portu. Sęk tkwi w tym, że dostarczone rozwiązanie nie jest pełnoprawnym Windowsem 10. Nawet obok takiego nie stało. Ma tak długą listę ograniczeń, że mogłoby się nazywać Windows 10 Demo, nawiązując do popularnych niegdyś, mocno pociętych wersji gier dostępnych jako zajawka finalnego produktu. Wyjaśnię to na przykładach.

Jak wiadomo, Windows 10 to system stworzony z myślą o modelu programowym x86. Odpalenie go na procesorze w architekturze Arm64 wymaga rekompilacji. Microsoft przepisał jądro i znaczną część kanonicznych bibliotek, ale już nie oprogramowanie. Programy są uruchamiane poprzez warstwę translacji, a mówiąc wprost – emulowane. Szerszy artykuł na ten temat napisał Kamil Dudek. W tym momencie istotne jest tylko to, że Win 10 Arm nie uruchomi wszystkich aplikacji i gier przeznaczonych dla zwykłego Windowsa 10. I mowa tu o tysiącach pozycji.

Na Arm kompletnie nie działają programy 64-bitowe (x86_64). Nie działają też aplikacje 3D wykorzystujące API OpenGL nowsze niż 1.1 ani takie, które integrują się z powłoką systemową, czyli choćby narzędzia do obsługi dysków w chmurze. Wreszcie, sterowniki muszą obligatoryjnie być skompilowane pod Arm64, więc pewna część peryferiów również nie zadziała.

Nagle największą zaletę platformy Windows, jaką niewątpliwie jest ogromna ilość dostępnych programów, mówiąc kolokwialnie, szlag trafia. Dość powiedzieć, że wskutek tego Surface Pro X staje się uciążliwy nawet podczas syntetycznego testowania wydajności. Aktualny 3DMark nie rusza, podobnie jak Cinebench czy PCMark. Spośród najpopularniejszych aplikacji testujących bezbłędnie wykonuje się właściwie tylko Geekbench, by zwrócić wynik mocno poniżej średniej.

Jak worek z prezentami. Niezupełnie pożądanymi

Generalnie rzecz ujmując, zasada pracy na Surface Pro X i Windowsie 10 Arm okazuje się następująca: jeśli dana aplikacja nie jest skompilowana pod Arm64, a takowe można policzyć na palcach jednej ręki, to będą problemy. Albo w ogóle się nie uruchomi, albo będzie mieć kiepską wydajność, a może wydrenuje baterię. Zawsze za rogiem czai się jakaś niespodzianka.

Microsoft deklaruje do 13 godzin czasu pracy w terenie przy jednoczesnym przeglądaniu internetu i korzystaniu z pakietu Office. To możliwe, ale tylko dopóki użyta przeglądarka to Edge w wersji dla Arm. Po przejściu na Chrome, żywotność akumulatora spada do 6,5-7 godzin. Co ciekawe, w tej samej sytuacji Surface Pro 7 z Core i5-1035G4 wytrzymuje na baterii jakieś 8 godzin. Bez względu na przeglądarkę. Morał jest jeszcze taki, że największą zaletę procesora Microsoft SQ1, niskie zużycie energii, można wykorzystać wyłącznie w bardzo wąskim zakresie zastosowań. OK, w niespełna godzinę akumulator daje się podładować od zera do 80 proc., ale nie takie były założenia Always Connected PC. Obiecywano cały dzień roboczy na baterii, a nie szybkie ładowanie.

To z kolei prowadzi do wniosku, że Surface Pro X to sprzęt wybitnie nieprzewidywalny. Z wysokiej energooszczędności swojego procesora robi użytek tylko w kilku programach na krzyż (Edge, Office, domyślna Poczta i Galeria, interfejs Windows). W innych scenariuszach wypada po prostu gorzej od Surface Pro 7, czy to pod względem wydajności czy czasu pracy na baterii. Dlatego też jest sprzętem co najwyżej dla tych osób, które zadowolą się domyślnym zestawem programów.

Surface Pro X – czy warto?

Microsoft wydał system, ale teraz musi przekonać firmy trzecie, aby zaczęły tworzyć pod niego aplikacje. Tymczasem, biorąc jeszcze poprawkę na wpadki sprzętowe, z brakiem czytnika microSD i gniazda słuchawkowego na czele, Surface Pro X okazuje się konstrukcją bardzo niedopracowaną. Poszukując tabletu z Windowsem 10, zdecydowanie bezpieczniej jest wybrać Pro 7.

Tym bardziej, że Surface Pro X to urządzenie naprawdę drogie. Droższe niż Surface Pro 7. Podstawowy model z 8 GB RAM i dyskiem 128 GB kosztuje 4999 zł, a oprócz tego trzeba zapłacić 1300 zł za klawiaturę i rysik. Zestaw z pro-siódemką wychodzi jakieś siedem-osiem stów taniej, a patrząc przekrojowo, wypada znacznie bardziej elastycznie.

W tej chwili dostrzegam tylko jeden scenariusz, w którym Surface Pro X ma szansę się sprawdzić: chcesz kupić topowy tablet, taki jak iPad Pro, ale bardziej niż iOS czy Android odpowiada ci interfejs Windowsa 10. Nie zamierzasz instalować dziesiątek programów ani podłączać egzotycznych peryferiów. Masz pieniądze i fanaberię, aby wydać je na drogi gadżet. Droga wolna.

© dobreprogramy
s