Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

„Tokaido" — z Edo do Kioto w 45 minut

Tokaido, zwana także „Drogą wschodniego morza” lub „Szlakiem na wschód wzdłuż morza”, to powstała w XI wieku najważniejsza z pięciu arterii komunikacyjnych w dawnej Japonii. Szlak ten wiódł podróżnych wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy Honsiu, łącząc miasta Edo (obecnie Tokio) i Kioto, będące niegdyś siedzibą cesarza Japonii. Długość Tokaido wynosiła około 500 km (które nawiasem mówiąc pokonywano zazwyczaj pieszo, konno lub w lektykach), a wzdłuż jej biegu wyznaczono 53 stacje, zapewniające podróżnym odpoczynek, posiłek i nocleg. Wikipedia podaje, że większa część tego historycznego szlaku już nie istnieje; dobrze zachował się jedynie fragment miasteczka Seki w prefekturze Mie oraz odcinek pomiędzy Seki-juku a Sakashita-juku (co za nazwy...), który można pokonać pieszo w ciągu 4-5 godzin. Obie miejscowości zachowały tradycyjną architekturę zlokalizowaną wokół centralnej osi drogi.

To, co dawniej świeciło blaskiem chwały, a dziś jest jedynie wspomnieniem zapisanym gdzieś na kartach historii, często staje się inspiracją dla malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy i poetów.

Board Game Arena — dobre gry planszowe online

No cóż... Światem gier rządzą ostatnio pokemony, dlatego zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was najważniejsze jest teraz polowanie na jakiegoś tam Pikaczu czy innego Cipciosaura. Przekornie jednak napiszę dziś co nieco o czymś, co w pewnym stopniu zastępowało dzisiejszą rozrywkę w czasach, gdy smartfonów i tym bardziej dedykowanych dla nich gier nie było. Pokemonów (chyba!) też nie było. Chodzi oczywiście o protoplastę wszelakich gier, czyli gry planszowe. Czytelników przyzwyczajonych do szurania po gorilla glass, czochrających myszkę i kręcących nosem na "analogowe" przesuwanie archaicznych pionków po równie archaicznych tekturach od razu uprzedzam, że w niniejszym tekście o owych archaizmach nie będzie ani słowa.

Gry planszowe wciąż są w modzie, a wielu ludzi od lat siedzących w tym biznesie twierdzi, że planszówkomania (nawet w Polsce) przeżywa właśnie swój renesans i ma się świetnie. Ja gry planszowe lubiłem zawsze. I lubię nadal. Niestety moje najbliższe towarzystwo, z którym na co dzień muszę/chcę/lubię przebywać, do planszówek miłością raczej nie pała. No i właśnie dla takich jak ja ktoś kiedyś wymyślił rozwiązanie prawie idealne, czyli możliwość zagrania w gry planszowe na ekranie komputera i/lub smartfona.

Na szczycie K2

Na początek parę słów z Wikipedii:

K2 to drugi co do wysokości szczyt Ziemi. Ten położony na granicy Chin i Pakistanu górozaur wznosi się na wysokość 8611 metrów nad poziomem morza i jest jednym z trzydziestu pięciu szczytów łańcucha górskiego Karakorum.

Nazwę K2 nadał tej górze w roku 1856 Brytyjczyk T. G. Montgomerie z Indyjskiego Urzędu Mierniczego. K odnosi się do Karakorum, a 2 oznacza pozycję na liście mierniczej i ma związek nie z wysokością szczytu, lecz z położeniem góry (mierniczy opisywał je z zachodu na wschód: jako pierwszy wypadł mu Maszerbrum, który otrzymał numer K1, a drugi był K2). Zgodnie z polityką Indyjskiego Urzędu Mierniczego starano się nazywać szczyty zgodnie z ich lokalnymi nazwami. Jednakże ze względu na wyjątkowe odosobnienie K2 nie posiadał lokalnej nazwy. Szczyt nie był widoczny ani z najbliższej wioski na północ od niego, ani od najbliższej wioski na południe. Widoczny jest z lodowca Baltoro, tam jednak mieszkańcy pobliskich osad zapuszczali się bardzo rzadko.

CR2032 — prawie jak nowe życie

Ten, kto mnie zna i kto co jakiś czas zajrzy na mojego dobroprogramowego bloga, ten wie, że humanista i filozof ze mnie nieprzeciętny, ale "sprzętowiec" - żaden. Przed wielu laty nasz wielki narodowy wieszcz pisał: "Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga", ale do mnie te słowa jakoś nie do końca dotarły, więc pod tak zwaną maskę swojego laptopa, obchodzącego w tym roku ósme(!) urodziny, nie zajrzałem ani razu. Aż do dziś. Bo - jak pisał/mówił kiedyś ktoś inny - potrzeba jest matką wynalazków. Więc kiedy pojawia się potrzeba, nawet tacy sprzętowi laicy jak ja zbroją się w śrubokręt, ciężko wzdychają jak przed podróżą w nieznane i dłubią. Różnie może się skończyć takie niedoświadczone i niepoparte odpowiednią wiedzą dłubanie, ale u mnie całą operację skwitować można krótkim "Success Full".

Kilka miesięcy temu mój stary, ale jary Asus z serii F5 (nie śmiejcie się z tego dziadka, lecz podziwiajcie go, że wciąż jeszcze robi swoje i przeżył już niejednego młodziana) na starcie przywitał mnie nieuchronnie zwiastującym przyszłe kłopoty takim oto obrazkiem:Każdy, kto choć trochę interesuje się sprzętem komputerowym, w mig zauważy na powyższym obrazku wszystkomówiący wers:

W tunelach metra

Gdyby wielkim tego świata nagle maksymalnie odbiło, być może ich ręce w mgnieniu oka powędrowałyby w kierunku przysłowiowych czerwonych guziczków, aktywując tym samym nikomu dobrze nieznaną liczbę pocisków jądrowych, które latałyby nad Ziemią gęściej i częściej niż jaskółki na wiosnę. I być może wtedy ta nasza od lat gnębiona Ziemia obrosłaby grzybami atomowymi, stając się grobem dla wszystkich tych, którzy akurat stąpaliby po jej powierzchni. I być może wtedy skończyłaby się era ludzi, i być może wtedy wypełniłoby się to, na co wszyscy czekamy, a co nie wiemy kiedy i jak nastąpi, ale co od wieków nazywamy Apokalipsą.

Ale być może Apokalipsa ta dotknęłaby tylko tych, którzy pod gołym niebem nie mieliby przecież szans oprzeć się skumulowanej potędze rozszczepionego atomu. Być może jednak część tak zwanej ludzkiej cywilizacji mogłaby w sposób całkiem przypadkowy stać się wybrańcami, w Godzinie Zero przebywając akurat z dala od szalejącej pożogi, unikając losu, który nijak nie da się nazwać inaczej, jak piekłem na ziemi.

Windows 10 — Pan Kowalski mówi: „Nie"

Szaleństwo związane z premierą Windows 10 prawie sięgnęło zenitu. Wszak do oficjalnego rzucenia na pożarcie użytkownikom ze 190 krajów najmłodszego dziecka Microsoftu pozostały zaledwie godziny. Zawierucha związana z wydaniem "dziesiątki" szaleje również i u nas (czytaj: na portalu dobreprogramy.pl), praktycznie codziennie wychwalana lub krytykowana przez redakcję, blogerów i - najśmielszych w całym tym towarzystwie - komentatorów newsów.

Jeśli sinusoidalną teorię dziejów systemów Microsoftu (zakładającą, że tylko co druga produkcja herosów z Redmond jest ogólnie mówiąc udana) przyjmiemy za prawdziwą, okaże się, że Windows 10 powinien dołączyć do między innymi XP i "siódemki", stając się kolejnym systemem, wobec którego użycie słowa "badziewie" będzie co najmniej sporym nadużyciem. Niebotyczne wychwalanie zalet "dziesiątki", czy też odwrotnie, jej bezdenna krytyka, nigdy nie będą w pełni obiektywne. Ilu testerów, tyle opinii, mniej lub więcej różniących się od siebie i zależnych od oczekiwań, gustów, przyzwyczajeń, wymagań itd.

Łowca snów

Książki w moim życiu obecne były zawsze. Ta oto specyficzna miłość zrodziła się sam nie wiem jak i kiedy, ale raczej nie zawdzięczam jej ani Temu, który nadał mi imię (a który dziś cieszy się spokojem w Krainie Wiecznych Łowów), ani Tej, która przed ponad trzydziestu laty w środku nocy podgrzewała mi butelkę z mlekiem. Ta oto specyficzna miłość, jak krzew gorejący, płonie żywo do dziś, a ostatnimi czasy zdaje się, że jej blask jest jeszcze jaśniejszy niż dotychczas.

Moje wiecznie spocone paluchy przekartkowały jak dotąd setki tysięcy stron (a może już milion?), obtłuściły tysiące okładek, zapewniając umysłowi niezłą intelektualną pożywkę, a wyobraźni - ogromne pole do popisu i rozwoju. Sporo dostało się też oczom, które dziś (ale czy to faktycznie przez to?) wspomagać się muszą parą eliptycznych szkiełek zaleconych przez lekarza okulistę.

Sołtysie, pomożesz?

Mity i legendy powstałe wokół abonamentu radiowo-telewizyjnego mogłyby zapełnić niejeden pokaźny tom. Dajmy więc na początek kilka faktów. Kwestię abonamentu reguluje Ustawa z dnia 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych, w której czytamy, że „Opłaty abonamentowe pobiera się w celu umożliwienia realizacji misji publicznej, o której mowa w art. 21 ust. 1 Ustawy z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji. Cóż to za misja? Jak mówi Ustawa o radiofonii i telewizji (Art. 21 ust. 1.) „Publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując, na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki, kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu.”

O wirtualnej śmierci — powszechnej jak chleb

Poniedziałkowy wstępniak eimiego skłonił mnie do powrotu do tematu, o którym już dawno miałem tutaj co nieco skrobnąć - powszechnego jak chleb zabijania w grach i jego wpływu na gracza.

Wmontowany w artykuł eimiego trailer gry "Hatred" (bardzo trafnie moim zdaniem nazwanej przez jednego z internautów "symulatorem Andersa Breivika") dość dobitnie pokazuje, jak wiele nieuzasadnionej śmierci oferują swoim użytkownikom niektóre współczesne gry komputerowe. "Hatred" jest produkcją nastawioną na destrukcję i typowe wyżycie się - rozwalić wszystko i wszystkich wokół. Czy gracz, który po hatredowskiej "misji" rozdawania śmierci na lewo i prawo, po odejściu od komputera wyjdzie na miasto i swoje wirtualne "osiągnięcia" spróbuje przekuć w reality show? Na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi nie ma i pewnie nigdy nie będzie, bo psychika człowieka, jakże przecież indywidualnie różna w przypadku każdego z nas, jeszcze na długo pozostanie jedną z największych tajemnic dla współczesnej nauki.

Gdzie jest Pokój 25?

Jennifer budzi się w nieznanym pokoju; w jego wszystkich czterech ścianach tkwią zamknięte drzwi. Gdy mija początkowe oszołomienie Jennifer dostrzega, że w pokoju prócz niej znajduje się jeszcze pięć innych osób, równie jej nieznanych jak miejsce, w którym się znajduje. "Co jest grane?" - pyta się w duchu, a tępy wyraz twarzy pozostałej piątki mówi jej, że i oni zadają sobie to samo pytanie.

"Witajcie w naszym Reality Show!" - rozbrzmiewa nagle głos znikąd, paraliżując echem wszystkich zebranych. - "Nie traćcie czasu na zbędne pytania i nie zastanawiajcie się, gdzie jesteście. Pomyślcie raczej, jak stąd wyjść! Baczcie jednak, komu zaufać i komu dać się poprowadzić za rękę, bo dwojgu z was wcale nie zależy na znalezieniu wyjścia; ich celem nie jest ucieczka, lecz wy! To Strażnicy, którzy tylko w tym pokoju dadzą wam fory, ale po jego opuszczeniu staną się waszym przekleństwem. W końcu za to im płacimy :)"

Głos milknie. Ciszę w pokoju zakłócają jedynie oddechy uwięzionej szóstki, z której każdy z pokerową miną obserwuje pozostałych, zastanawiając się, kto faktycznie jest Więźniem, a kto Strażnikiem.