Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Koniec XP. Szturmem na GNU/Linux. Czy tak to powinno wyglądać?

W Redmond odlicza się czas do wystrzału korków szampana w związku z pożegnaniem dziadka XP. Mało kto o tym wspomina, niemniej serwery aktywacyjne oczywiście zostaną jak to ujmuje m$, w najbliższym czasie wyłączone. Część użytkowników się tym faktem nie przejęła i ma to gdzieś. Ale czy naprawdę sam antywirus bądź pakiet internet security załatwi sprawę w obliczu niełatanych dziur w samym XP jak i we własnościowych, sieciowych (a zatem i dziurawych) technologiach? Skoro Adobe zakończyło wspieranie platformy GNU/Linux w gestii Adobe Reader'a i Flash Player'a, to kto im zabroni zgasić światło na platformie xp?

Choć na codzień używam systemów z rodziny GNU/Linux, gdy czytam na blogach czy w portalach treści o tym, że koniec XP to nie problem, przecież jest GNU/Linux, patrzę na to kręcąc nosem. To tak samo jakbym przeczytał w prasie artykuł o tym jak to wykończyliśmy naszą planetę, i o tym, że nie ma czym się przejmować, gdyż odnaleźliśmy w odległej galaktyce analogiczny układ planetarny ...Sęk jednak w tym, że jeśli technicznie byłoby to możliwe, należałoby by się liczyć z innymi właściwościami środowiskowymi i z przystosowaniem do istniejących tam warunków.

Z motyką na księżyc

Chcąc nie chcąc tak samo jest ze zmianą systemu operacyjnego. Lata nawyków, przyczajeń i oczywiście uzależnienia od wind wszelakich zrobiły swoje. W komentarzach codziennie przewijam waśnie, kłótnie, dyskusje i spory (nawet biorąc w nich czynny udział), co do tego, że GIMP nie jest Photoshop'em, a GNU/Linux windą. I wiecie co? Pomimo kolorytu różnego rodzaju kontrargumentów w większości wypadków są to dyskusje puste. Z reguły się kończą na tym, że któryś z dyskutantów stawia na swojszą rację, bagatelizując zanadto siłę przyzwyczajenia czy nawet uzależnienia od powszechnie użytkowanego dziś oprogramowania. Patrząc na poniższy cytat odnoszę wrażenie, że jednak nadszedł sądny dzień zapłaty...

r   e   k   l   a   m   a
(...) użytkownicy nie płacą za oprogramowanie. Kiedyś zapłacą. Tak długo, jak będą je kradli, chcemy, żeby kradli nasze. Staną się jak gdyby uzależnieni, a wtedy jakoś dojdziemy do tego, jak sobie to powetować w przyszłości

cyt. Bill Gates

Okazuje się, że naśladowanie modelu biznesowego w wykonaniu m$, polegającego na zbieraniu co raz to większych pokładów danych w zamian za system o nieco niższej cenie jest pierwszym, ale nie ostatnim krokiem w kierunku żeru na uzależnionych... Kłopot jednak w tym, że taką samą cenę, w postaci swoich danych, zmuszeni będą zapłacić również ci wierni, oddani i uczciwi...

Wracając do sedna tematu - przyznam, że swego czasu zirytował mnie przekaz artykułu ze strony głównej portalu dobreprogramy o końcu wsparcia XP i monachijskiej inicjatywie. Autor skupił się na wyborze urzędników co do dystrybucji, niemniej pominął już formę, jaką ta inicjatywa ma przybrać. I w moim wpisie będzie też i o tym.

Zacznę może od tego, że osobiście ja uważam iż pomimo rozwoju komputeryzacji czy ogólnego postępu technologicznego, wciąż większość ich użytkowników stanowi jedynie konsumentów treści reprezentujących grupę analfabetów komputerowych. Tak, nie bójmy się tego stwierdzenia, kompletnych analfabetów komputerowych żyjących w przeświadczeniu, że rozszerzanie tego typu horyzontów to rzecz zbędna i niepotrzebna ze wzgląd na mnogość dyscyplin życiowych.

Bo zupa była za słona

Nie mnie takim ludziom cokolwiek dawać czy zabierać wbrew ich woli, niemniej tu jest ta bariera komunikacyjna. Wypada aby prasa czy w ogóle media zdawały sobie z tego aspektu sprawę. Wcale nie chodzi też o to aby ambitniejszych rozwiązań nie popularyzować czy też je dyskredytować, o nie. Należy zadać więcej trudu przy pisaniu artykułów tego typu. To tylko i aż tyle.

Będąc przy rzeczonym artykule, autor odgórnie założył, że większość użytkowników feralnego XP nawet nie zechce sobie tyłka zawracać zupełnie czym innym. Jak dla mnie jest to nie do końca trafne uproszczenie. Wielu użytkowników windy bardzo by chciało stać się użytkownikami alternatywnego systemu operacyjnego, choćby ze wzgląd na fakt, że takim użytkownikom może nie odpowiadać dzisiejsza wizja Redmond, polegająca na przebranżowieniu się z firmy produkującej oprogramowanie na profil o działalność usługową. Oczywiście to kropla z morza argumentów chcących zmienić decyzję co do użytkowanego systemu operacyjnego.

Znajdą się tacy, którym działalność PRISM lub/i NSA nie odpowiada, znajdą się typowi ciekawscy, znajdą się i tacy, którzy nie lubią ograniczać swoich wyborów czy nienawidzą jednie słusznych kompromisów. No ale ton artykułu taki przybrał wydźwięki, jaki nadał mu jego autor. Wielu ludzi chciałoby aby inicjatywy związane z wolnym i otwartym oprogramowaniem miały szerszy wydźwięk, aby były w ich zasięgu, choćby lokalnym. Owszem, zawsze znajdą się i tacy którzy powstając gorączkowo, przewrócą krzesło i zaczną się wydzierać: nie za moje pieniądze, nie z tego budżetu...

Jednak nie ryba, a wędka...

Okazuje się, że dystrybucja płyt z ulotką nie są jedynymi próbami zaangażowania społeczności w ideę Wolnego i Otwartego Oprogramowania. Niewiele jest okazji ku temu, aby przeciętny posiadacz komputera, miał możliwość wzięcia udziału w wydarzeniu takim jak installfest, więc tym bardziej dziwi mnie postawa krytykująca takie inicjatywy. Na ulotce nie zauważam aby gdziekolwiek była informacja o tym, że obecność jest obowiązkowa, podobnie jak w przypadku rekrutacji wojskowej. Ba, żaden z obywateli nie jest narażony na jakiekolwiek sankcje prawne w związku z wyrzuceniem ulotki do śmietnika czy nieobecności na takim evencie...

Taki installfest jest okazją do tego, aby nauczyć się czegoś słuchając innych, jest to także możliwość ku temu by zrewidować własne, puste i niesłuszne teorie wywodzące się na podstawie doświadczeń z tylko jednym systemem. Takie spotkanie nie ma na celu wpajać zebranym vademecum wiedzy o wszystkich dystrybucjach GNU/Linuksowych. Jest to iskra zapalna do dalszych działań, która zgaśnie albo zapłonie po pierwszym takim evencie i przygodą z nowym systemem.

Owszem, na komputerach nowszych można się pokusić np. o Open Suse, które może zadowolić tych, co lubowali się w grzebaniu po panelu sterowania. Oczywiście, można się zastanawiać nad dobraną dystrybucją i dyskutować o słuszności wyboru, niemniej uważam, że nie jest to najważniejsze.

Sukcesem będzie jeżeli choć jedna osoba zrozumie, że alternatywne, niesztampowe rozwiązania są zupełnie inne, a nie najgorsze... Forma tej idei wcale nie jest zła, biorąc pod uwagę powszechne zjawisko wystawek w Niemczech, absolutnie nie postrzegam jej za nienależycie zorganizowaną. Na podstawie komentarzy pod artykułem o ulotkach i Lubuntu wnioskuję, że postawa zdesperowanego despoty jest najbardziej faworyzowaną w Polsce. Każdemu z takim podejściem będę szczerze odradzał wyboru systemu GNU/Linuksowego.

Uważam, że jedynie w pełni dojrzała postawa użytkownika charakteryzująca się wyrozumiałością co do wszelkich zmian ma potencjał przynieść pożądane efekty. Sama idea Installfestu dla mnie jest najlepszą z możliwych form, gdyż swoje komputery przytaszczą osoby, którym jednak na zmianie systemu zależy. Nie można też tu mówić o specjalnie nachalnej formie propagandy, bo z tego co się orientuję liczba miejsc była ograniczona i należało potwierdzić swoje uczestnictwo...

Jak to dla wszystkich, a nie dla mnie?

W przypadku GNU/Linux nie można mówić tylko o zmianach związanych z korzystaniem z systemu operacyjnego od strony technicznej. W tej chwili nie ma zbyt wiele komercyjnych adaptacji tego systemu przeznaczonych na potrzeby konsumującego typu użytkownika.

Ten aspekt jest bardzo istotny, gdyż konsumpcyjnym typem systemu jest zarówno winda jak i mac-os. Być może w tych systemach potencjalny użytkownik dostaje co raz mniej do "pogrzebania", niemniej z punktu osób totalnie niezorientowanych w obsłudze komputera czy jakiegokolwiek urządzenia może nie stanowić to wady.

Poza tym użytkowanie systemu GNU/Linux ściśle wiąże się z Open Source, a zatem z licznymi filozofiami i wywodzących się od nich licencjami. Nie można wymagać np. od społeczności stojącej za projektem na wolnościowej licencji, traktowania siebie jako pana i władcy czy kogoś w rodzaju klienta, którego każdy ma słuchać pokornie przy tym opuszczając głowę.

Jeśli ktoś nie potrafi żyć z myślą, że niezależnie od gustów użytkowników, twórcy oprogramowania będą je rozwijali w swoją stronę, wedle ich własnej wizji, to wtedy zdecydowanie zalecam ponowne rozważenie swojego wyboru. W takich sytuacjach można liczyć na to, że ktoś sforkuje jakiś projekt i zmieni odpowiednio priorytety pod "widzi mi się" użytkownika, niemniej nie należy liczyć na to, że takie sytuacje zdarzać będą się zawsze z każdą zachcianką potencjalnego użytkownika. Powszechnie dostępne dystrybucje GNU/Linuksowe wedle mnie są przeznaczone do tworzenia, a nie konsumpcji oprogramowania. 

windows linux internet

Komentarze