Pillars of Eternity II: Deadfire — niech żyje król elektronicznych gier fabularnych!

Premiera najnowszej gry studia Obsidian Entertainment miała miejsce 8 maja. Zaledwie miesiąc przed tym terminem miałem możliwość zagrania w wersję przedpremierową, która nakreślała nową mechanikę oraz była technologicznym wstępem do oryginalnej rozgrywki. Pillars of Eternity II: Deadfire - kontynuuje dobrze znaną nam historię z poprzedniej części dodając rozbudowany wątek fabularny, odświeżoną grafikę oraz bardziej zaawansowaną mechanikę. Tuż po premierze tytuł ten zyskał bardzo wysokie oceny na całym świecie, stając się ponownie pretendentem do fabularnej gry roku!

Ciąg dalszy nastąpi ...

Kampania fabularna nowej części rozpoczyna się zadziwiająco ciekawie. Otóż mając za sobą przygody z poprzedniej odsłony, prężnie zarządzając okazałym przybytkiem Caed Nua jesteśmy świadkami przepotężnej tragedii. Otóż podłoże zamkowe wykonane z czystej Andry ożywa, całkowicie rujnując nasze piękne włości oraz wchłaniając dusze poddanych. Okazuje się że sprawcą tego zamieszania jest bóg Eothas, który w formie ogromnego kolosa zbudził się z wiecznego snu. Z naszego bohatera w trakcie tego aktu zniszczenia, ulatuje dusza ...

Po tym krótkim prologu nasza postać podąża drogą astralną do zaświata - miejsca pomiędzy życiem a śmiercią (muszę przyznać iż w tym momencie zauważyłem masę nawiązań do Tides of Numenera). Tam brata się (lub nie) z tajemniczą postacią i powraca do żywych by wypełnić swe przeznaczenie. Mam tutaj na myśli pogoń za siejącym zniszczenie kolosem. Po powrocie do naszego ciała, budzimy się na łajbie ocalałych z katastrofalnego pogromu. Tu też ponownie spotykamy naszych drogich towarzyszy broni oraz uczestniczymy w krótkim rejsie ... bardzo krótkim.

Podczas żeglugi natrafiamy na potężny sztorm, który wyrzuca nas na nieznaną wyspę, doszczętnie niszcząc nasz środek transportu. Właśnie w tym miejscu zostajemy zapoznani z bazową mechaniką gry, uczestniczymy w pierwszej walce oraz podejmujemy się pierwszych zadań - w ten sposób działa samouczek w Deadfire. By móc opuścić wyspę, pomagamy jej gubernatorowi w rozwiązaniu kilku pomniejszych problemów, przyczyniając się do zdobycia dodatkowego zaufania wśród mieszkańców oraz naszej drużyny. 

"Przed wyruszeniem w drogę ...

... należy zebrać drużynę". Chyba każdy wielbiciel elektronicznych gier fabularnych zna tę treść z Wrót Baldura, wypowiedzianą przez pana Piotra Fronczewskiego. Tak i w tym wypadku nasza przygoda będzie musiała opierać się na dobrych relacjach z załogantami. Trzonem naszej gromadki będą nasi towarzysze broni oraz postacie zajmujące się łajbą. Przed wyruszeniem w ląd, niejednokrotnie warto będzie w taki sposób dysponować postaciami, by należycie pokryć w drużynie każdy aspekt związany z rozgrywką. Mam na myśli postacie walczące w zwarciu, na odległość, używające magii czy czarów wspomagająco-leczących. Do tego przyda się postać mająca wysokie predyspozycje dyplomatyczne oraz taka która para się znajdowaniem oraz rozbrajaniem pułapek.

Każdy z naszych towarzyszy odznacza się inną aparycją i kieruje się odmiennymi celami podczas wyprawy. Ważne będą też takie wybory moralne, by nie zniechęcić nadmiernie naszych współtowarzyszy do naszej osoby lub współzałogantów. Podczas przygód trafimy na możliwość dodania do drużyny bezpłciowych postaci generowanych losowo w knajpkach, ale również pełnoprawne osoby. Dojdą do nich wojownicy, magowie, śmieszni śmiałkowie czy bezwzględni watażkowie. Wiele z nich często dopowie coś od siebie lub zaneguje nasz wybór, niejednokrotnie napominając naszego bohatera.

Im bardziej nasz towarzysz nam zaufa, tym większa będzie szansa na otrzymanie zadania pobocznego związanego z jakąś dodatkową czynnością. I z jednej strony misje takie są pewną odskocznią od głównego wątku, ale z drugiej - nie zawsze są arcyciekawe. 

Tropem kolosa

Przygody które będziemy przeżywać nie kończą się tylko na eksploracji wysp. Na wiele z nich natkniemy się właśnie przemierzając tajemniczy archipelag. Ten jest ogromny więc na dalszą podróż musimy się odpowiednio przygotować. W tym celu zaczniemy wypełniać zadania na lądzie oraz na morzu, do tego dochodzą walki z nieugiętymi piratami oraz potworami morskimi. Z czasem przyjdzie nam zakupić lepiej wyposażone okręty oraz inwestować w obecne, gdyż przepłynięcie statkiem otrzymanym w pierwszym akcie przygody na północ, będzie prawie niemożliwe. 

Zadania główne są bardzo złożone. Opowiadają one o problemach społeczności, często zahaczając o sprawy duchowe a nawet mistyczne. Do tego dochodzą zadania poboczne w których niestety dominuje zasada - idź, odbierz siłą i wróć. Na szczęście na archipelagu jest co robić. Gdy dobrze poszukamy odnajdziemy w gąszczu zleceniodawców misje łowieckie, detektywistyczne a nawet ratunkowo-wydobywcze. Zdobyte podczas zadań wyposażenie możemy sprzedać lub przeznaczyć na rozbudowę naszej łajby. Należy mieć na uwadze również żołd dla naszych podkomendnych oraz racje żywnościowe, bez których bunt może zacząć się dość szybko. Nie możemy zapominać o kwestii lekarstw na szkorbut czy kul armatnich do statku. 

Na ducha, z obucha 

To co zawsze było wyznacznikiem serii, to arcyciekawe podejście do walki. Tu zazwyczaj króluje taktyka oraz strategiczne podejście do potyczki. Aktywna pauza przydaje się w każdej możliwej sytuacji, pozwalając na przemyślenie kolejnego ruchu oraz wybranie specjalnych umiejętności naszym postaciom. Mimo posiadania dobrego ekwipunku oraz niezłego wytrenowania, polec w walce jest dość łatwo. Nie jest to wina wyśrubowanego jak w Divinity: Original Sin II poziomu trudności, a raczej świetnie przemyślanej sztucznej inteligencji wrogów. Wielokrotnie należy zastanowić się czy w ogóle rozpoczynać walkę w nowej lokacji, gdyż wielokrotnie natrafimy na o wiele potężniejszych od nas przeciwników. 

Ich taktyka i podejście do walki, wielokrotnie wystawi nasze postacie na próbę. Zdarzyło mi się wczytywać zapis rozgrywki by podejść do walki z nieco innej strony. Dzięki temu odkryłem zalety ataku z ukrycia, jednocześnie zmieniając mojego wojownika na maga bitewnego który po wypatrzeniu na skraju mapy - wroga, atakuje go ognistym gradem. Mimo że samo prowadzenie w ten sposób walk jest bardzo przyjemne, to niestety ale w obliczu szybko poruszających się przeciwników lub elit, sprawdza się to różnie.

Za to bardzo ciekawie sprawdzają się potyczki na morzu. Przed walką, warto skorzystać z szerokiego wachlarza wyborów i decyzji, opierających się o to czy w ogóle jest sens atakować statek. Wynik takiej potyczki zależy od wielu czynników - ilości załogantów, wyposażenia okrętu oraz jego siły ogniowej. Po udanym ostrzelaniu, dochodzi do abordażu w którym walka przenosi się do dość znanego systemu taktycznego, kojarzonego z tym w walce na lądzie. Po wygranej możemy liczyć na wyposażenie statku a nawet zadania poboczne.

Oprawa wizualna

Pierwsze co od razu rzuci nam się w oczy to ulepszona oprawa graficzna. Twórcy podciągnęli nieco jakość tekstur, jednocześnie nie zwiększając za wiele wymagań tytułu. Pierwszy plan został odświeżony, a każda poszarpana przez piksele krawędź została należycie wygładzona. Daje to wspaniały efekt dopracowania i cieszy oko przy każdej możliwej okazji. Na pochwałę zaliczyć również trzeba dbałość o elementy drugiego planu - barwne tła, duża ilość ukrytych szczegółów na które nie zwracamy uwagi za pierwszym razem. 

Niestety ale muszę się doczepić do ścieżki dźwiękowej. Ta, mimo że została wykonana dość starannie, to nie wpada w ucho tak jak w przypadku poprzedniej odsłony. Moim zdaniem ta z pierwszej części wypadała bardziej atrakcyjniej, przykuwając uwagę gracza. 

Przedwakacyjna przygoda

Czas spędzony w nowej odsłonie Pillars of Eternity II: Deadfire, nie uważam za stracony, choć główny wątek fabularny udało mi się spokojnie przejść w niecałe 42 godziny. Biorąc pod uwagę zaległe misje poboczne, czas potrzebny na odkrycie całej mapy powinien zamknąć się w około 100 godzinach gry. Do tego dochodzi kilka zakończeń i wyśmienite podejście do tematu wyborów moralnych naszych postaci od samego początku naszej przygody. Podczas tych kilku dni, bawiłem się wyśmienicie - powolnie odkrywając tajemnice dawnych cywilizacji oraz igrających z losem bóstw, a i tak zakończenie fabularne wywołało u mnie tak wielkie zaskoczenie że przez kilka minut zbierałem szczękę z podłogi. Moim zdaniem jest to tytuł obowiązkowy dla fanów RPG wszelakiej maści a w szczególności wspominających klasyczne wrota Baldura. 

Tytuł ten można przejść nie znając wydarzeń z poprzedniej części, ale jest również możliwość importu stanu gry z wcześniejszej gry - co oczywiście zrobiłem, ciesząc się dodatkowymi smaczkami podczas zabawy. A teraz przepraszam ale mam ochotę zająć się pozostałymi zadaniami pobocznymi :)

Grę na potrzeby recenzji otrzymałem od platformy GOG.com. Polecam zagrać!