Anker PowerPort Speed PD5 — ładowarka prawie idealna

Każdy z nas otoczony jest przez urządzenia wymagające okresowego ładowania. Czasy, gdy przeciętny Kowalski potrzebował jednej (za to unikalnej) ładowarki do swojego telefonu odeszły w niepamięć. Teraz potrzebujemy ładować telefony, tablety, komputery, a jakby tego było mało, to zegarki, opaski i pewnie parę innych drobiazgów też się znajdzie.

Producenci dostarczają wraz ze swoimi urządzeniami niezbędne ładowarki i kabe, a praktyka życiowa wskazuje, że wielu z nas ma ich czasem w nadmiarze. Ładowarki są jednak różne i różnie współpracują z naszymi urządzeniami - a podobno to jeden standard. Rzecz w tym, że o ile te firmowe, markowe trzymają parametry, o tyle najtańsze produkty z drugiego końca globu, standardy czasem trzymają tylko na etykiecie. Dla nas jako użytkowników liczy się to, jak szybko naładujemy swoje urządzenie oraz czy ładowarka nie zamieni naszego urządzenia w zapiekankę.

Ja jednak dostrzegam kilka innych problemów z ładowarkami. Ciągle mi czegoś w nich brakuje.

Nie ma rozwiązania idealnego ?

Choć problem jaki przedstawię bazuje na produktach Apple, z pewnością może on dotyczyć także użytkowników każdego innego producenta elektroniki użytkowej. 

Jestem użytkownikiem iPhone, słuchawek bezprzewodowych, Apple Watch, MacBooka oraz drona DJI. Oczywiście każde z tych urządzeń dostało swoją własną ładowarkę:

  • iPhone - mizerną 500 mA USB-Lightning
  • Słuchawki - nie dostały żadnej, ale mają gniazdo micro USB
  • Apple Watch - mizerną 500 mA USB na ... ładowarkę indukcyjną Apple.
  • MacBook - całkiem przyzwoitą 2.4 A ładowarkę USB-C na USB-C
  • Dron DJI - świetną i niewielką ładowarkę 1.5 A

Każdy ma swoją. Brawo ! Możemy się rozejść. Ale nie....

Oczywiście w domu nie mam problemów z ładowaniem. W ścianach jest wystarczająca ilość gniazdek i nawet kumulację ładowania (wszystko na raz) jakoś jestem w stanie zorganizować. Jednak podróżowanie, zwłaszcza na dłużej, stanowi już nie lada problem i wyzwanie.

Po pierwsze... wozić cały ten kabelkowo-ładowarkowy dobytek nie jest zbyt wygodnie. Owszem, można ograniczyć. Rzecz w tym, że w przypadku podróży dochodzi jeszcze mój syn z iPhonem i słuchawkami, żona z dwoma iPhonami i ... rozpoczyna się bitwa o kabelki i ładowarki. Nawet jeśli każdy z nas zabierze swój zestaw... na miejscu zaczyna się zażarta walka o gniazdka. 

Tak więc postanowiłem coś z tym zrobić.

Anker ci pomoże

Oczywiście dość szybko wpadłem na pomysł, że można zamiast kilku ładowarek wozić jedną, ewentualnie dwie, posiadające większość gniazd. Teoretycznie to proste i oczywiste rozwiązanie. Kable każdy może mieć swoje, wiele miejsca nie zajmują. A jedna ładowarka rozwiązuje problem walki o gniazdka. W moim wypadku jedynym ograniczeniem była konieczność zakupu takiej, która posiada choć jedno wyjście USB-C oraz była w stanie zapewnić na nim 30W abym mógł ładować także MacBooka.

Szybki przegląd ofert na zawęził mój wybór do kilku bardziej znanych producentów, a ostateczny wybór padł na ładowarkę Anker PowerPort Speed PD 5.

Ale dlaczego Anker

Ładowarka Anker oferuje aż 4 gniazda USB, każde z nich ma maksymalnie do 2.4 A. Wymagane przez mnie USB-C dostarcza 2.5 A. Jak wynika z informacji producenta, ładowarka ma moc 60W, z czego 30 W jest "na sztywno" przypisane do USB-C, a pozostałe 30W jest przypisane do gniazd USB, gdzie moc jest już dysponowana dynamicznie. Dodatkowo jest to ładowarka dość inteligenta, gdyż producent wyposażył ją w dość złożony system zabezpieczenia ładowanych urządzeń przed uszkodzeniem oraz inteligentny system ładowania PowerIQ, z którego producent wydaje się być szczególnie dumny. Gniazdo USB-C umożliwia szybkie ładowanie telefonu dzięki funkcji PowerDelivery.

Dodatkowym atutem był jej naprawdę atrakcyjny wygląd, możliwość podpięcia do sieci przy pomocy zwykłego kabla (odpadają problemy wtyczek podczas podróży do UK... ale kto by tam teraz jeździł). 

Dodam tylko, że ten konkretnie model sprzedawany jest także oficjalnie w sklepie Apple, co dla mnie jest tylko potwierdzeniem faktu, że Ankier zyskał uznanie nadgryzionych jako urządzenie bezpieczne dla ich urządzeń.

Unboxing i pierwsze wrażenie

Ładowarka zapakowana jest w niezwykle minimalistyczne, tekturowe opakowanie, nie sugerujące kompletnie nic. Dobra, wiem... jestem estetą rozpuszczony przez opakowania Apple i... Anker nie ma się czego wstydzić. Wytłoczenia ładowarek, kabelków i różnych innych urządzeń na pudełku nie są nachalne, ale ciężko ich nie zauważyć i pomyśleć:


Kurcze !! Komuś się chciało !!!

Już samo opakowanie sprawia, że czujemy iż mamy do czynienia z urządzeniem, które nie powstało w bambusowej chatce na skraju dżungli.

Wewnątrz pudełka powinniśmy znaleźć ładowarkę, która w rzeczywistości jest nieco większa niż wygląda na zdjęciach, standardowy kabel o długości 1,5 m umożliwiający podpięcie ładowarki do gniazdka, dwie opaski na rzepach umożliwiające zwinięcie i spięcie przewodów oraz... dwustronna taśma klejąca, gdyby ktoś chciał zamocować ładowarkę na stałe. Dużo, nie dużo... wystarczająco. Jest to co potrzeba i nic więcej.

Sama ładowarka jest bardzo estetycznie wykonana. Śnieżnobiały, lekko porowaty plastik sprawia, że urządzenie wydaje się być całkiem solidne. Tylko mocniejsze naciśnięcie na środku boków obudowy sprawia, że czujemy iż minimalnie się ugina. Ładowarka występuje też w czarnej wersji kolorystycznej jeśli ktoś nie lubi bieli.

Na froncie ładowarki znajdują się cztery porty USB oraz jeden port USB-C oraz niebieska lampka sygnalizująca, że ładowarka jest wpięta do zasilania. Mała rzecz, a cieszy. Całości dopełnia dyskretne wytłoczenie nazwy "Anker" na obudowie. I znowu wypada pomyśleć:


Kurcze, byle ładowarka, a komuś się chciało !!!

Dość zachwytów... 

Na wstępie pozwolę sobie przybliżyć, czym charakteryzuje się owa inteligencja ładowarki i dlaczego firma Anker chce być z niej dumna.

Jak wspomniałem, gniazda USB mają funkcję PowerIQ która polega na tym, że ładowarka stara się dobrać optymalne dla urządzenia parametry ładowania modyfikując je także w zależności od czasu ładowania oraz tego, czy urządzenie w trakcie ładowania jest używane czy nie. Producent tu nastawił się także na to, aby w przypadku podłączenia urządzenia całkowicie rozładowanego jak najszybciej doprowadzić do jego uruchomienia się (bardzo szybkie ładowanie), a następnie nieco zwolnić by dość szybko osiągnąć stan naładowania w okolicach 50% pojemności baterii. Dalej ładowanie odbywa się już nieco wolniej do pojemności około 80%, a w przedziale pomiędzy 80%-100% ładowarka przechodzi w tryb dbania o kondycję naszej baterii i ładuje dość powoli.

Ładowanie telefonu przy użyciu gniazda USB-C jest nieco szybsze, a dzięki funkcji PowerDelivery możemy znacznie szybciej uruchomić całkowicie rozładowane urządzenie i osiągnąć wystarczający do pracy stan jego naładowania. Pozostałe schematy związane z dbałością o baterię są identyczne jak w przypadku ładowania przez gniazda USB.

Jak to wygląda w praktyce 

Pierwszą rzeczą którą zauważyłem, nawet gdy ładujemy z wszystkich gniazd (wpiąłem MacBooka i trzy telefony), ładowarka nie nagrzewa się zbytnio, a poziom jej nagrzania mógłby określić, jako ledwo ciepła.

Drugim, bardzo pozytywnym zaskoczeniem jest fakt, że zupełnie rozładowany iPhone XS Max uruchomił się w ciągu kilku sekund, po 20 minutach ładowania miał już 35%, a po 30 minutach miał 51% naładowania. Pełne naładowanie XS Max zajmuje 100 minut co jest naprawdę dobrym wynikiem, gdyż fabryczna (śmieszne 5W) ładowarka Apple potrzebuje na to ponad 200 minut.

Do poniższego testu użyłem nieco mocniejszej ładowarki Apple pochodzącej z iPada Mini o mocy 10W. Jak łatwo się domyślić, ładowanie ładowarką dołączoną do telefonu wydłuża ten czas prawie o kolejne 100 minut.

Czas ładowania MacBooka nie odbiega znacząco od czasu ładowania z użyciem fabrycznej ładowarki. Choć przy ładowarce Anker MacBook naładował się do 100% w ciągu 130 minut (wobec 140 na ładowarce Apple), zupełnie inaczej przebiegał proces lądowania baterii. O ile ładowarka Apple ładuje komputer liniowo, dostarczając na każde zwiększając stan naładowania baterii o około 6-7% na każde 10 minut ładowania, Anker przez pierwsze 40 minut ładowania naładował baterię do 40% by później ładować już około 6% na każde kolejne 10 minut.

Podsumowanie czyli prawie idealna ?

Ładowarka Anker PowerPort Speed PD 5 jest niewątpliwie świetnym rozwiązaniem dla osób podróżujących z wieloma użądleniami wymagającymi częstego ładowania. Nie tyko rozwiąże ona problemy z walkiem o ładowarkę, ale także z walką o gniazdko. 

Imponuje staranność z jaką zostałą wykonań i zaprojektowania oraz fakt, że ładowarka kładzie duży nacisk na to, by w miarę szybko naładować urządzenie, jednocześnie dbając o to, by bateria nie ulegała nadmiernemu zużyciu. Trochę to sztuka godzenia wody z ogniem, ale Anker wydaje się mieć na to złoty środek.

No dobra... a co z tym "prawie" ?

W pierwszej chwili chciałem napisać, że producent mógł dodać wtyczkę umożliwiającą wpięcie ładowarki bez kabla. Bezpośrednio do gniazdka. Jednak w ofercie firmy Anker jest oddzielna grupa ładowarek ściennych. PowerPort Speed PD 5 zakwalifikowana jest jako ładowarka biurkowa. Więc zarzut byłby nieco chybiony.

Drugą mogą uwagą jest to, że podczas ładowania zegarka, podstawka wpięta do Ankera grzeje się znacznie mocnej niż w sytuacji, gdy wepniemy ją do zwykłej ładowarki Apple. Ale czy to napewno wina Ankera ?