Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Urokliwe manifestacje zagadnień losowości w nieprzewidywalnym świecie

Jako przedstawiciel pokolenia wychowywanego przez ludzi przyspawanych do telewizora w myśl reguły „oglądam to, bo nie ma nic lepszego”, pamiętam następujący obrazek, zaobserwowany w okolicach roku 1999 z balkonu w moim mieście. Którymś ciepłym wieczorem, około godziny dwudziestej (nie pamiętam dokładnie), okna u wszystkich sąsiadów oraz w kilku pobliskich blokach, zmieniały kolor na jednorodny, lekko migoczący od kiepskich kineskopów, odcień niebiesko-żółtego. Rozpoczynało się Losowanie Lotto na Polsacie. W Polsce B (tej prawdziwej i tej mentalnej, w latach 90tych wyziewającej jeszcze tu i ówdzie) była to niemal msza święta, w intencji ludzi sfrustrowanych krzywą płac w realiach post-transformacji ustrojowej. W Telegazecie, na stronach przeznaczonych na reklamy, oraz w telegazetowym zegarku (anyone?) pojawiały się ogłoszenia przeróżnych „systemów” rzekomo gwarantujących zwycięstwo. U szczytu swej popularności, były one reklamowane również na krzywo kserowanych ulotkach na kolorowym, acz zaskakująco sztywnym, papierze, zostawianych na parapetach wielkopłytowców. Zastanawiałem się wtedy, ponieważ nie biegałem za piłką jak bezpański pies, a Dragon Ball akurat nie leciał, jaka jest rzeczywista losowość wspomnianych „losowań”.

A gdy nikt nie patrzył, wyłączono MSN

Matko jedyna, jak gorąco. I jak tu pisać.

Gdy kładę się spać po kolejnej późno-wieczornej grzebaninie elektronicznej, porzucone urządzenia mszczą się na mnie, nie dając mi spać. Bezowocne, a często nędznie uzasadnione próby jednoczesnego instalowania LineageOS, szyfrowania tabletu i aktualizacji wersji Insider Preview na zapomnianej Lumii doprowadzają do stanu, w którym żadne z urządzeń nie działa do końca poprawnie, ale każde co kilka chwil hałasuje. Wszak na wszystkich „w miarę działających” urządzeniach instaluję Skype’a i Facebook Messengera – jedyne pozostałe mi komunikatory, z których korzystają znajomi. Późnym wieczorem zawsze okaże się, że zapomniałem wyciszyć powiadomienia na co najmniej jednym z urządzeń. Albo nie odwróciłem któregoś plecami do góry, przez co rozświetla nocą pokój krwistoczerwoną, mrugającą okresowo diodą.

Nie mam szczególnych oporów przed poznawaniem nowych narzędzi komunikacyjnych, tak długo, jak jestem w stanie naprędce złożyć zdecentralizowaną i zaszyfrowaną OTR alternatywę (a jeszcze mogę, wszak specjalizujemy się w zupełnie innej formie państwa policyjnego, niż np. obecna, i zapewne przyszła, Wielka Brytania). Stąd też dość prędko porzuciłem archaiczne, frustrujące i drogie SMSy.

Tęczowe flagi w świecie nielegalnych liczb, czyli dziś będzie o kryptografii

Wyskrobuję już resztki z dna beczki z napisem „historie do opisania na blogu”, stąd śmielej poszukuję inspiracji, skutkujących wpisami coraz bardziej odmiennymi od dotychczasowych. Ponieważ skonfrontowany z dnem zawsze dziarsko sięgam po łopatę, pozwolę sobie na domieszki z pozatechnologicznych dziedzin, leżących w zasięgu moich pretensjonalnych zainteresowań. Rozminę się dzięki temu zupełnie z grupą docelową niniejszej strony i w dodatku zrobię to z uśmiechem na twarzy. Zacznijmy więc.

Żyję w społecznej bańce. Zaczęło się to już dawno temu, wskutek pójścia do szkoły dla dzieci bogatych rodziców. Od tego czasu egzystuję w surrealistycznym odseparowaniu od wyznawców wielu obecnych form szaleństwa, w tym tego ustrojowego, skutkiem czego ze zdziwieniem wyglądam za okno, a wiadomości czytam wręcz z lękiem. Jestem przyzwyczajony do nieco mniejszego lęku przed uśmiechem, niż ten, który staje się obecnie modny i nie odczuwam promowanej pośrednio dumy z bycia smutnym i rozgoryczonym. Nie uśmiecham się raczej dlatego, że robią się od tego zmarszczki. Ale tęczowych flag i tak nie lubię. Nie lubię ich rzecz jasna z powodów całkowicie pozamerytorycznych, w swym niezdrowym rozmiłowaniu w poszukiwaniu inspirującej formy, zawsze kosztem treści.

Microsoftu przygody z Javą

Zakładając chwilowo, że mam jakichkolwiek „stałych czytelników”, przypuszczam, że dość prędko dostrzegli oni, że nie przepadam za Javą. Jestem świadom tego, jaki problem usiłowała rozwiązać, twierdzę jednak, że boleśnie widocznym jest to, że cierpi ona na przypadłości pioniera: przed Javą nie istniało nic podobnego (a na pewno nie na taką skalę), zaoferowane rozwiązania były technicznie eleganckie i bezkonkurencyjne, lecz wciąż było to niejako pierwsze podejście. Mimo wielu nowych iteracji i niezwykle długiej drogi przebytej przez Javę, jej specyfika niezmiennie mnie denerwuje. Dostaję ciężkiej, plamistej cholery widząc ładowanie NetBeansa i Eclipse’a, notorycznie napotykam na małe, acz rozwścieczające niedoróbki (zwane „decyzjami projektowymi”), a przebywanie w tym samym pomieszczeniu z komputerem zawierającym jakiekolwiek oprogramowanie korzystające ze Swinga skraca mój lifespan o wiele miesięcy.

Pożegnaj sieci społecznościowe – oto nadchodzi Mastodon.social

W czasach absolutnej wszechobecności i zależności od Internetu, paradoksalnie coraz trudniej jest obecnie znaleźć osobę, z którą da się przeprowadzić merytoryczną dyskusję na temat samej jego istoty. Jeszcze kilka lat temu (czyli pewnie ponad dekadę, bo przecież życie przecieka mi przez palce i nie potrafię szacować upływu czasu) nie miałbym problemu z uzyskaniem odpowiedzi na pytanie „co jest fundamentalnym założeniem funkcjonalnym internetu?”. Jasnym jest bowiem, że mowa tu o decentralizacji: sieć działa nawet, gdy duża jej część ma awarię. Wynika to z mrocznych początków internetu, wszak był to projekt wojskowy, stąd też założenie, że sieć ma być odporna na awarie, bo ową „awarią” może być na przykład wojna nuklearna, zamieniająca serwery w poskręcaną kupę żelastwa, której nie pomoże nawet restart. Swego czasu, wszystkie protokoły w internecie budowano z zachowaniem wyżej wymienionych pryncypiów. Było to naturalne dla twórców nowych usług, jako, że wynikało z intuicyjnie rozumianej estetyki technicznej. Najlepiej znanym przykładem projektu zgodnego z założeniami jest DNS. Serwery DNS dokonują propagacji i ciągłej, wzajemnej synchronizacji.

Poczytaj mi, wielkipiecu — biblioteczka programisty

Faktem, który w 2017 zdumiewa jeszcze mocniej, niż to, że dalej istnieją gazety jest fakt, że w dalszym ciągu drukowana jest literatura informatyczna. W dodatku tłumaczona! Co jeszcze bardziej oddala treść od punktu w czasie, w którym była względnie świeża. Dotychczas moim głównym zarzutem względem drukowanych książek informatycznych, pomijając oczywiście marnowanie papieru, był brak możliwości kopiowania kodu żywcem. Okazuje się jednak, że setki tysięcy ludzi uczą się programowania z pogadanek na YouTube (!!!), z których kopiować nie da się tym bardziej. Oznacza to zatem, że nie poniósł nas pęd do nowoczesności, a zanik umiejętności przyswajania tekstu dłuższego, niż wiadomość na Facebook Messengerze.

Silverlight – przepis na kiepską kopię umierającej technologii

Podczas instalacji starszych wersji Windowsów, lub podczas aktualizowania programu Internet Explorer, istniała możliwość wyboru instalowanych komponentów (przypominam, że żyjemy w czasach, w których owa opcja jest jedynie odległym wspomnieniem). Domyślnie zaznaczonymi elementami zawsze były kontrolki COM dla „Macromedia Shockwave” i „Macromedia Shockwave Flash”. Dzięki temu system był zaopatrywany we wtyczkę ActiveX dla Flasha w wersji 5 lub 6 (aktualizowanej na żądanie, gdy jakaś strona zażyczy sobie nowszą wersję), co było niezbędne, ponieważ przez wiele lat przeglądanie „bogatych” i „multimedialnych” treści w internecie wymagało Flasha i nie było z tym żadnej dyskusji.Drugim takim gniotem, również instalowanym bezpośrednio przez Microsoft, była moja ukochana Java. Wynikało to z prostego, acz niespodziewanego dla marketingowców faktu: HTML, nawet z JavaScriptem i kolejnymi warstwami, jak XML, VBS, CSS i „DHTML”, nie nadaje się do zbudowania interaktywnej aplikacji multimedialnej.

Popsujmy internet, czyli jak zarejestrować niemożliwego maila

Tym razem będzie inaczej, niż zwykle :) But stay with me!

Polskie znaki to wyczyn

Od zawsze, niezmiennie, denerwuje mnie brak obsługi polskich znaków, gdziekolwiek (najwyraźniej nie mam w życiu większych problemów). Nieważne, czy chodzi o koszulki reprezentantów drużyny w piłkę ręczno-nożną, czy wyświetlanie łańcuchów tekstowych w jakimś nowoczesnym języku programowania. Nie chodzi mi tu oczywiście o szacunek do języka polskiego, bowiem z trudem przychodzi mi takowy wykrzesać, a o brak obsługi Unicode’u w 2017 roku. Jest to częstsze, niż się wydaje: czkawki w tym zakresie potrafią dostać PHP, Perl i Python, a przecież stoi na nich cały internet. Użycie litery „Ł” w komentarzu do skryptów instalacyjnych instalatora Anacoda w Red Hacie 7.1 ($799 rocznie) kończy się paraliżem infrastruktury PXE i niediagnozowalnym brakiem możliwości przeprowadzania instalacji nienadzorowanych. Niediagnozowalnym, bowiem logi ulegają zniszczeniu. Przez tę jedną literkę. To tylko jeden z takich urokliwych przykładów.

"ąęśżźćńłó" vs "?????????"

Jest ich rzecz jasna więcej.

Pentium 4 – wspomnienie intelowskiej czkawki

Zanim Intel stał się (na nowo) niekwestionowanym liderem w dziedzinie procesorów dla PC, sytuacja była o wiele bardziej skomplikowana. Dziś nie mamy wątpliwości: kupujemy płytę główną dowolnego producenta, a na niej jest chipset Intela i socket, do którego pasuje tylko procesor Intela. Kupowanie platformy opartej o AMD uchodzi za zbędny, niesłyszany przez nikogo manifest i oczywiście skazywanie się na niekończącą się, nierówną walkę ze sterownikami. Za absolutną niezarządzalność i pasmo problemów z OpenCL będę nienawidzić AMD jeszcze przez wiele lat, zanim dam mu drugą szansę. Bardzo często w technicznej wyobraźni „prawie-fachowców”, AMD jest uznawane wręcz za „podróbę” Intela, niewartą zachodu. Czyli wszystko jest tak, jak przed wiekami. W latach osiemdziesiątych, AMD było firmą, której zlecano tworzenie tańszych odpowiedników znanych układów. A więc z definicji nie mogło być liderem rynku. Zabawnym jest fakt, że taki dwójpodział jest w istocie zasługą IBM, który, dość staroświecko (co nie znaczy błędnie!) wymuszał istnienie co najmniej dwóch dostawców dla swoich kluczowych komponentów. Dlatego 8088 był produkowany przez Intela i AMD jednocześnie.

Nie tylko antywirus: firewall też może być niepotrzebny

Znowu miałem pisać o czymś innym , ale poruszona niegdyś tematyka antywirusów wraca do mnie okresowo, zwyczajowo w akompaniamencie, powiedzmy, niskiej aprobaty. Niedawny wpis o bezzasadności stosowania oprogramowania antywirusowego ponownie obudził rzeszę głęboko wierzących i praktykujących posiadaczy takowego, co zazwyczaj idzie w parze z feerią przerażających argumentów, z którymi nie da się dyskutować, nie wykazując głębokiego zwątpienia w przyszłość ludzkości. Stąd też poza obowiązkowym usprawiedliwianiem błędu logicznego, jakim jest antywirus, mogłem zaobserwować również licytację w temacie całych „pakietów zabezpieczających”. O ile jestem w stanie zrozumieć (acz nie poprzeć) kwestię samego antywirusa, będącego pozostałością po okropnych przyzwyczajeniach, to pławienie się w całym arsenale zbędnego oprogramowania budzi mój głęboki niepokój.

Gratulacje!

znalezione maszynki:

Twój czas:

Ogól Naczelnego!
Znalazłeś(aś) 10 maszynek Wilkinson Sword
oraz ogoliłeś(aś) naszego naczelnego!
Przejdź do rankingu
Podpowiedź: Przyciśnij lewy przycisk myszki i poruszaj nią, aby ogolić brodę.