Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

O obraźliwej bezsensowności Booth Babes w branży IT, czyli po co nam te hostessy?

Gdy jakiś czas temu obejrzałem przypadkowo fotorelację z wydarzenia INTEL EXTREME MASTERS, zanosiłem się ze śmiechu. Przede wszystkim dlatego, że za każdym razem, gdy widzę tę nazwę, wyobrażam sobie tę równinę intelektualną intelowskiego działu marketingu: IEM to doskonały dowód na całkowity zanik kreatywności wśród ludzi, którzy rzekomo trudnią się reklamą na co dzień. Co to znaczy "Extreme Masters"? Toż to nazwa pasująca swą przaśnością do amerykańskich turniejów wrestlingu, albo do zawodów w wyzwaniach szkoły przetrwania, czy innego wyścigu dronów. Jest tak ogólna, że nadaje się nawet na tytuł programu kulinarnego. Jedyne skojarzenie z komputerami pochodzi od nazwy "Intel", a i tak nie przekłada się to bezpośrednio na jakikolwiek związek z grami komputerowymi (prędzej pasuje do demonstracji osiągnięć overclockerów). Jeżeli stosuje się tak chybioną i drętwą nazwę, twierdząc, że wystarczająco przemyślana, to znaczy, że równie dobrze można używać zestawienia dowolnych wyrazów: Intel Overconfident Ducks, Intel Dynamic Grandmother lub Intel Pumped Cherry.

Określenie "extreme

Dla upartych: garść wskazówek o serwisowaniu Windows 7

(nie o tym będzie w tym miesiącu)

Zanim złowroga Wizja TV przyszła i spolszczyła szereg stacji telewizyjnych, jak CN albo Fox Kids (w praktyce pozbawiając je 60% oferty programowej, resztę skazując na wieczne opóźnienie względem oryginału), pewna polska telewizja kablowa o nazwie Polska Telewizja Kablowa oferowała dostęp do „prawdziwych” wersji owych stacji, co pozwoliło mi w dość młodym wieku zostać narażonym na wpływ kreskówki Cow and Chicken, nie tylko całej serii, ale i odcinka pilotażowego, jeszcze bardziej chorego, niż reszta produkcji. Jestem głęboko przekonany, że nieodwracalnie i poważnie mnie to skrzywiło, czego nieprzepracowane terapeutycznie skutki muszę znosić do tej pory. Niewątpliwą zaletą tej traumy było jednak zaszczepienie we mnie, w jednocyfrowym wieku, miłości do napędzającej moją wyobraźnię popkultury. Zresztą w dalszym ciągu twierdzę, że lepsze to, niż

Cloud Rot, czyli jak z telefonów uchodzi dusza

Bezchmurne dzieciństwo

Należę do ostatniego pokolenia, które było zmuszone rozmawiać ze sobą na podwórku, zamiast grać w Angry Birds. Na szczęście jest to również pokolenie, które miało już odtwarzacze MP3 i nie musiało słuchać o zawałach serca i mszach świętych, jadąc z Grażynami autobusem. Oznacza to, że swój pierwszy telefon otrzymałem późno, i nie był to smartfon, bo smartfonów, powiedzmy, nie było (co jest nieprawdą, ale o tym za chwilę). W powszechnym użyciu rozplenione były urządzenia w najpełniejszy i bolesny sposób wypełniające definicję określenia „telefon komórkowy”. A więc aparacik był przeznaczony głównie do dzwonienia, SMSy wysyłaliśmy wyłącznie do rówieśników (nie znoszę tego słowa), bo tylko oni zdawali się rozumieć, jakim błogosławieństwem jest nie musieć słyszeć czyjegoś głosu. Internet niby działał, ale był afunkcjonalny i porażająco drogi, strony w formacie WML stanowiły wszakże egzotyczną rzadkość. Raz w miesiącu można sobie było najwyżej pobrać pocztę przez wbudowanego klienta. Niektóre wyższe modele miały wbudowany aparat fotograficzny (bez lampy), pozwalający ukradkiem robić zdjęcia tyłka koleżanki z klasy, gdy przyszła w nowych spodniach.

Urokliwe manifestacje zagadnień losowości w nieprzewidywalnym świecie

Jako przedstawiciel pokolenia wychowywanego przez ludzi przyspawanych do telewizora w myśl reguły „oglądam to, bo nie ma nic lepszego”, pamiętam następujący obrazek, zaobserwowany w okolicach roku 1999 z balkonu w moim mieście. Którymś ciepłym wieczorem, około godziny dwudziestej (nie pamiętam dokładnie), okna u wszystkich sąsiadów oraz w kilku pobliskich blokach, zmieniały kolor na jednorodny, lekko migoczący od kiepskich kineskopów, odcień niebiesko-żółtego. Rozpoczynało się Losowanie Lotto na Polsacie. W Polsce B (tej prawdziwej i tej mentalnej, w latach 90tych wyziewającej jeszcze tu i ówdzie) była to niemal msza święta, w intencji ludzi sfrustrowanych krzywą płac w realiach post-transformacji ustrojowej. W Telegazecie, na stronach przeznaczonych na reklamy, oraz w telegazetowym zegarku (anyone?) pojawiały się ogłoszenia przeróżnych „systemów” rzekomo gwarantujących zwycięstwo. U szczytu swej popularności, były one reklamowane również na krzywo kserowanych ulotkach na kolorowym, acz zaskakująco sztywnym, papierze, zostawianych na parapetach wielkopłytowców. Zastanawiałem się wtedy, ponieważ nie biegałem za piłką jak bezpański pies, a Dragon Ball akurat nie leciał, jaka jest rzeczywista losowość wspomnianych „losowań”.

A gdy nikt nie patrzył, wyłączono MSN

Matko jedyna, jak gorąco. I jak tu pisać.

Gdy kładę się spać po kolejnej późno-wieczornej grzebaninie elektronicznej, porzucone urządzenia mszczą się na mnie, nie dając mi spać. Bezowocne, a często nędznie uzasadnione próby jednoczesnego instalowania LineageOS, szyfrowania tabletu i aktualizacji wersji Insider Preview na zapomnianej Lumii doprowadzają do stanu, w którym żadne z urządzeń nie działa do końca poprawnie, ale każde co kilka chwil hałasuje. Wszak na wszystkich „w miarę działających” urządzeniach instaluję Skype’a i Facebook Messengera – jedyne pozostałe mi komunikatory, z których korzystają znajomi. Późnym wieczorem zawsze okaże się, że zapomniałem wyciszyć powiadomienia na co najmniej jednym z urządzeń. Albo nie odwróciłem któregoś plecami do góry, przez co rozświetla nocą pokój krwistoczerwoną, mrugającą okresowo diodą.

Nie mam szczególnych oporów przed poznawaniem nowych narzędzi komunikacyjnych, tak długo, jak jestem w stanie naprędce złożyć zdecentralizowaną i zaszyfrowaną OTR alternatywę (a jeszcze mogę, wszak specjalizujemy się w zupełnie innej formie państwa policyjnego, niż np. obecna, i zapewne przyszła, Wielka Brytania). Stąd też dość prędko porzuciłem archaiczne, frustrujące i drogie SMSy.

Tęczowe flagi w świecie nielegalnych liczb, czyli dziś będzie o kryptografii

Wyskrobuję już resztki z dna beczki z napisem „historie do opisania na blogu”, stąd śmielej poszukuję inspiracji, skutkujących wpisami coraz bardziej odmiennymi od dotychczasowych. Ponieważ skonfrontowany z dnem zawsze dziarsko sięgam po łopatę, pozwolę sobie na domieszki z pozatechnologicznych dziedzin, leżących w zasięgu moich pretensjonalnych zainteresowań. Rozminę się dzięki temu zupełnie z grupą docelową niniejszej strony i w dodatku zrobię to z uśmiechem na twarzy. Zacznijmy więc.

Żyję w społecznej bańce. Zaczęło się to już dawno temu, wskutek pójścia do szkoły dla dzieci bogatych rodziców. Od tego czasu egzystuję w surrealistycznym odseparowaniu od wyznawców wielu obecnych form szaleństwa, w tym tego ustrojowego, skutkiem czego ze zdziwieniem wyglądam za okno, a wiadomości czytam wręcz z lękiem. Jestem przyzwyczajony do nieco mniejszego lęku przed uśmiechem, niż ten, który staje się obecnie modny i nie odczuwam promowanej pośrednio dumy z bycia smutnym i rozgoryczonym. Nie uśmiecham się raczej dlatego, że robią się od tego zmarszczki. Ale tęczowych flag i tak nie lubię. Nie lubię ich rzecz jasna z powodów całkowicie pozamerytorycznych, w swym niezdrowym rozmiłowaniu w poszukiwaniu inspirującej formy, zawsze kosztem treści.

Microsoftu przygody z Javą

Zakładając chwilowo, że mam jakichkolwiek „stałych czytelników”, przypuszczam, że dość prędko dostrzegli oni, że nie przepadam za Javą. Jestem świadom tego, jaki problem usiłowała rozwiązać, twierdzę jednak, że boleśnie widocznym jest to, że cierpi ona na przypadłości pioniera: przed Javą nie istniało nic podobnego (a na pewno nie na taką skalę), zaoferowane rozwiązania były technicznie eleganckie i bezkonkurencyjne, lecz wciąż było to niejako pierwsze podejście. Mimo wielu nowych iteracji i niezwykle długiej drogi przebytej przez Javę, jej specyfika niezmiennie mnie denerwuje. Dostaję ciężkiej, plamistej cholery widząc ładowanie NetBeansa i Eclipse’a, notorycznie napotykam na małe, acz rozwścieczające niedoróbki (zwane „decyzjami projektowymi”), a przebywanie w tym samym pomieszczeniu z komputerem zawierającym jakiekolwiek oprogramowanie korzystające ze Swinga skraca mój lifespan o wiele miesięcy.

Pożegnaj sieci społecznościowe – oto nadchodzi Mastodon.social

W czasach absolutnej wszechobecności i zależności od Internetu, paradoksalnie coraz trudniej jest obecnie znaleźć osobę, z którą da się przeprowadzić merytoryczną dyskusję na temat samej jego istoty. Jeszcze kilka lat temu (czyli pewnie ponad dekadę, bo przecież życie przecieka mi przez palce i nie potrafię szacować upływu czasu) nie miałbym problemu z uzyskaniem odpowiedzi na pytanie „co jest fundamentalnym założeniem funkcjonalnym internetu?”. Jasnym jest bowiem, że mowa tu o decentralizacji: sieć działa nawet, gdy duża jej część ma awarię. Wynika to z mrocznych początków internetu, wszak był to projekt wojskowy, stąd też założenie, że sieć ma być odporna na awarie, bo ową „awarią” może być na przykład wojna nuklearna, zamieniająca serwery w poskręcaną kupę żelastwa, której nie pomoże nawet restart. Swego czasu, wszystkie protokoły w internecie budowano z zachowaniem wyżej wymienionych pryncypiów. Było to naturalne dla twórców nowych usług, jako, że wynikało z intuicyjnie rozumianej estetyki technicznej. Najlepiej znanym przykładem projektu zgodnego z założeniami jest DNS. Serwery DNS dokonują propagacji i ciągłej, wzajemnej synchronizacji.

Poczytaj mi, wielkipiecu — biblioteczka programisty

Faktem, który w 2017 zdumiewa jeszcze mocniej, niż to, że dalej istnieją gazety jest fakt, że w dalszym ciągu drukowana jest literatura informatyczna. W dodatku tłumaczona! Co jeszcze bardziej oddala treść od punktu w czasie, w którym była względnie świeża. Dotychczas moim głównym zarzutem względem drukowanych książek informatycznych, pomijając oczywiście marnowanie papieru, był brak możliwości kopiowania kodu żywcem. Okazuje się jednak, że setki tysięcy ludzi uczą się programowania z pogadanek na YouTube (!!!), z których kopiować nie da się tym bardziej. Oznacza to zatem, że nie poniósł nas pęd do nowoczesności, a zanik umiejętności przyswajania tekstu dłuższego, niż wiadomość na Facebook Messengerze.

Silverlight – przepis na kiepską kopię umierającej technologii

Podczas instalacji starszych wersji Windowsów, lub podczas aktualizowania programu Internet Explorer, istniała możliwość wyboru instalowanych komponentów (przypominam, że żyjemy w czasach, w których owa opcja jest jedynie odległym wspomnieniem). Domyślnie zaznaczonymi elementami zawsze były kontrolki COM dla „Macromedia Shockwave” i „Macromedia Shockwave Flash”. Dzięki temu system był zaopatrywany we wtyczkę ActiveX dla Flasha w wersji 5 lub 6 (aktualizowanej na żądanie, gdy jakaś strona zażyczy sobie nowszą wersję), co było niezbędne, ponieważ przez wiele lat przeglądanie „bogatych” i „multimedialnych” treści w internecie wymagało Flasha i nie było z tym żadnej dyskusji.Drugim takim gniotem, również instalowanym bezpośrednio przez Microsoft, była moja ukochana Java. Wynikało to z prostego, acz niespodziewanego dla marketingowców faktu: HTML, nawet z JavaScriptem i kolejnymi warstwami, jak XML, VBS, CSS i „DHTML”, nie nadaje się do zbudowania interaktywnej aplikacji multimedialnej.