Instalator OpenBSD: mikroskopijny wyjątek w morzu software'owej opuchlizny

Jak być może niektórzy pamiętają, poza zmywaniem naczyń w Redakcji, jestem też administratorem-wdrożeniowcem. Zajmuję się przygotowywaniem i obsługą platform automatycznych instalacji systemów Windows Server i Red Hat Enteprise Linux. Dotyczy to zarówno modeli bezstanowych (mądra nazwa na tępą kopię zawartości dysków), jak i - przede wszystkim - "bardzo stanowych", czyli nienadzorowanych instalacji sieciowych. Obrazy WIM, pliki odpowiedzi Kickstart, WSUS, Cobbler, pakiety MSI oraz RPM i tak dalej.

Relaks ze starociami

Gdy jakimś cudem mam jakiś strzęp wolnego czasu i nie płoną mi od monitora oczy, zajmuję się swoim hobby, którym jest składanie starych pecetów. Jestem jak ten kierowca ciężarówki, który po pracy idzie się odprężyć grając w "Truck Simulator". Niestety, moje złomowe hobby sprawia mi przyjemność na tyle, że koszty oddalenia się od racjonalnego zarządzania czasem i pulą tematyczną w życiu schodzą na dalszy plan. Dlatego niezmiennie cieszy mnie, gdy znajdę jakiś artefakt, który w zabawny sposób łączy oba te światy. 

Jakiś czas temu dopadłem dziwaczny komputer z 1996 roku, bardzo podobny do sprzętu, na którym przebiegał proces mojego technologicznego wychowania. Ze względu na potencjał nostalgiczny, przytaszczyłem sprzęt do siebie z zamiarem renowacji i uruchomienia. Spędziłem nad tym dobre kilka dni, w dodatku oddalonych od siebie, bo nie wszystkie części są dziś czymś, co można po prostu kupić w pierwszym lepszym sklepie. Pozostają raczej internetowe aukcje, a i to wymaga wstępnego odsiania delikwentów sprzedających przerdzewiałe starocie za 800 PLN. Ewentualnie nurkowanie w śmietnikach (don't judge me). Wśród zamontowanych komponentów znajdują się:

  • Procesor Pentium 200 (Socket 7, bez MMX)
  • 128 MB RAMu w czterech kostkach SIMM
  • śledź audio + gameport
  • kontroler USB 2.0 ze sterownikami dla Detroit
  • kieszeń na dysk IDE
  • pamięć DRAM dla zintegrowanej karty graficznej S3 Trio64+ (cały jeden megabajt!)

Gdy już udało mi się zebrać wszystko, przystąpiłem do instalacji Windows 95 oraz Windows 2000. Maszyna okazała się mniej zgodna ze standardowymi DOSowymi wynalazkami typu Sound Blaster i raczej nie zdetronizowałaby mojego głównego retro-komputera, ale to zapewne ze względu na to, że jest to rzadki, dziwny model oparty o płytę główną Intela w formacie NLX. Zdecydowałem się więc na przetestowanie alternatywnego zastosowania i sprawdziłem, jakie systemy Uniksowe są dalej wydawane w wersjach działających na Pentium w architekturze P55C (i586 z minusem), o co dziś trudno. 

Porzucona architektura

Okazało się, że Debian porzucił ją już jakiś czas temu i wsparcie dla poprzedniego wydania, które na niej działa, jest dziś już na kroplówce. Zostało więc... OpenBSD! To coś nowego. Od dawna chciałem je wypróbować. Mam bardzo mało kontaktu z systemami BSD, więc to być może dziwny scenariusz na start, ale czemu nie? 

Pojawił się jednak problem. Płyta RU420HX rzekomo obsługuje standard El Torito i umie startować z płyty CD, ale... udało się to tylko z oryginalną płytą CD wersji beta Windows 98. Wszystko inne, a zwłaszcza wszystko wypalone samodzielnie, odmawiało współpracy. Płyta z OpenBSD 6.5 rzecz jasna również.

Na szczęście manual OpenBSD informuje o obrazach dyskietek dla systemów nieumiejących startować z CD. Świetnie! Użyję go zatem. Będzie to pewnie coś na kształt dyskietki startowej Windows 95: start do systemu MS-DOS z obsługą CD-ROMu, a następnie uruchomienie instalatora z płyty.

Jak się okazało, rzeczywistość była o wiele lepsza! Otóż dyskietka instalacyjna OpenBSD nie jest dyskietką startową. Jest to kompletny instalator systemu, z obsługą sieci! Uruchamiając się dobre 10 minut, zracji głębokiej kompresji, oferuje możliwość instalacji systemu po sieci TCP/IP z podanego mirrora. Dzięki niej udało mi się zainstalować najnowsze OpenBSD 6.5 ze środowiskiem graficznym, najnowszym LibreSSH i Perlem - a to wszystko na maszynie z 1996 roku!

Blast from the past

Dlaczego było to dla mnie takie szokujące? Bo moja profesja przyzwyczaiła mnie do "instalatorów sieciowych" ważących np. 500 MB. Serio: płyta netinst najnowszego Red Hata i Fedory to właśnie takie rozmiary. Nieco mniejszy rozmiar ma instalator netinst pchany bezpośrednio po PXE, ale również są to poważne ilości danych: wszak instalator jest domyślnie graficzny.

Da się tego uniknąć, oferując pełny plik odpowiedzi, ale nie zmienia to faktu, że nawet odpowiedzialnie uruchomiony, instalator Red Hata jest olbrzymi. Wymaga nie tylko dużo miejsca, ale i solidnej dawki pamięci: zamraża się, gdy maszyna ma mniej, niż 512 MB RAMu (mając obok siebie pięć testowych instalacji, nie chce się każdej dawać po 4 GB, prawda...?).

Tymczasem obraz instalacyjny ważący 1.44 megabajta jest zupełnie wystarczający! Zdążyłem zapomnieć, jak wiele umieliśmy osiągnąć na systemach instalowanych w całości np. z ośmiu dyskietek + dwóch kolejnych ze sterownikami. System taki poprawnie obsługiwał sprzęt i sieć oraz był gotowy do pracy z całym oprogramowaniem. Podczas, gdy dziś same środowiska Windows Preinstallation Environment i Red Hat Anaconda - czyli dopiero instalatory całości, są cięższe, niż taki system.

Bardzo sympatyczne i otrzeźwiające odkrycie :) Czuję, że muszę nadrobić swoje braki w znajomości systemów BSD. Może niekoniecznie od razu na desktopie - OpenBSD nie obsługuje wielu kart Wi-Fi oraz takiego detalu jak TRIM na dyskach SSD. Ale na pewno coś wymyślę, może na Pi? ^^