Chybione pomysły – przegląd zaniechanych kierunków rozwoju Windows 10, część II

Strona główna Aktualności
Przegląd zaniechanych kierunków rozwoju Windows 10 (depositphotos)
Przegląd zaniechanych kierunków rozwoju Windows 10 (depositphotos)

O autorze

W poprzednim odcinku naszej mini-serii omówiliśmy pokrótce te najważniejsze elementy interfejsu kafelkowych Windowsów, które mimo agresywnej niegdyś promocji, nigdy się nie przyjęły. W konsekwencji zostały zlikwidowane lub znacząco rozmontowane. Jednak poza zmianami w interfejsie, nowe systemy zaczęły dołączać bogatą paletę aplikacji-akcesoriów. Stanowiło to rewizję obranej dotychczas polityki. Windows 7 zasłynął wszak z usunięcia wielu komponentów (jak klient poczty) i udostępnienia ich jako pakiet do opcjonalnego pobrania. Jego następcy, silnie wzorując się na telefonach, zaczęli na nowo dostarczać akcesoria i dodatki. Były to jednak programy zupełnie innego rodzaju i innej jakości, niż dawne Windows Live Essentials.

OneDrive

Ponownie musimy zacząć od Windows 8, dokładniej od 8.1. Jedną z bardzo fajnych opcji w owym systemie, wymuszającą jednak logowanie za pomocą konta Microsoft, była wbudowana integracja z dyskiem chmurowym SkyDrive. Wcześnie, celem zapewnienia synchronizacji plików, konieczna była instalacja oddzielnego narzędzia. Windows 8.1 załatwiał to automatycznie i oferował (pełnoekranową) aplikację do zarządzania ustawieniami i udostępnieniami materiałów z dysku chmurowego. SkyDrive działał znacznie, znacznie prościej, niż dotychczasowa alternatywa w postaci ultraskomplikowanego programu Windows Live Mesh. Programu uwielbianego przez nielicznych (np. mnie) i kompletnie nieużywalnego w opinii pozostałych. Synchronizacja z dyskiem chmurowym nie była oczywistością w roku 2010, więc Mesh, mimo swojego interfejsu, dostarczał świeżości. W międzyczasie powstał jednak DropBox, oferujący łatwe rozwiązanie i ikonkę w trayu. Prędko stał się wzorem i generatorem Jedynych Prawidłowych Przyzwyczajeń. Odpowiedzią na to był właśnie SkyDrive. Z biegiem czasu i pod presją użytkowników, SkyDrive, przemianowany na OneDrive, zaczął oferować w stu procentach to samo doświadczenie, co DropBox. Ikonę w zasobniku, międzyplatformowego klienta, portal online z udostępnieniami, pliki na żądanie itp. Jednocześnie przestał wymuszać integrację z kontem Microsoft i zaczął działać żywcem w ten sam sposób, co na Windows 7 (dostarczając teraz tę samą, 32-bitową aplikację na oba systemy).

Co więcej, domyślnie wycięto również aplikację Metro/UWP dla OneDrive’a. Początkowo była ona manifestacją podejścia „jeżeli coś jest chmurowe, to ma być Metro” i oferowała dostęp do podstawowych funkcji chmurowego dysku podczas gdy ten sam oferował ich niewiele. Potem stała się menedżerem plików, używanym chyba tylko przez recenzentów oprogramowania. Następnie, w zaskakującym przypływie sensu, wersja UWP pełniła dwojaką rolę: aplikacji dostępnej również na telefony oraz „celu” dla frameworku udostępniania. Windows 10 zawiera bowiem infrastrukturę „Udostępnij w…”, czyli chmurowe Zapisz Jako. Na telefonach z Windows 10 Mobile działa ona naprawdę nieźle, a na pecetowej dziesiątce… nikt nie używa owego frameworku. Dlatego owa aplikacja jest dziś domyślnie niedostępna. Jeszcze nie zniknęła, ale nie instaluje się na świeżych systemach. Wraz ze zmierzchem wersji Mobile stała się po prostu niepotrzebna. Oferowała mniej, niż strona WWW onedrive.com, a to właśnie tam kierują się użytkownicy, gdy potrzebują naprawdę zaawansowanych funkcji (na przykład posprzątanie i anulowanie wszystkich wystawionych linków udostępniania, pochopnie rozdanych rodzinie i znajomym).

Wbudowany komunikator

System Windows od czasu mojej ulubionej wersji Millennium, zawiera wbudowany komunikator. Szczyt swojego rozwoju osiągnął w czasach Windows XP, gdy był malutkim, szybkim, pozbawionym reklam, estetycznym komunikatorem spiętym danymi logowania z kontem systemowym. Ponieważ jednak było to zbyt niezrozumiałe dla użytkowników, a w niektórych krajach królowały komunikatory o drastycznie niskiej jakości (jak GG) lub innych funkcjach (jak ICQ), komunikator ten nie był w zbyt powszechnym użyciu. Mowa oczywiście o programie MSN Messenger, z racji popularności w niektórych krajach, rozwijanym jeszcze przez wiele lat. Windows 8 zawierał nową wersję owego komunikatora, wbudowaną w program „Poczta, Kontakty, Wiadomości i Kalendarz” (windowscommunicationsapps). Jej powstanie unaoczniło jedną z wielu wojen frakcyjnych, prowadzonych od lat w Microsofcie. Firma wykupiła bowiem niewiele wcześniej komunikator Skype, po czym postanowiono za wszelką cenę uczynić go głównym rozwiązaniem IM dla systemu Windows. Doprowadziło to do zabawnej sytuacji. Z jednej strony mocno promowano Skype’a, z drugiej jednak poczta Hotmail i narzędzia Windows Live oferowały wyłącznie integrację z MSN Messengerem. W dodatku oba te programy przez chwilę oferowały integrację z Facebookiem. Jednocześnie, aplikacje Windows 8 zawierały Messengera Metro, czyli drugiego oficjalnego klienta. Z kolei Sklep Windows na głównej stronie oferował… Skype’a. Ale innego, niż promowany, bo w wersji Metro. Skype Metro, fatalny, ciężki, niefunkcjonalny i gubiący wiadomości, zaczął oferować integrację z protokołem Messenger. Wkrótce potem, pulpitowy Messenger przestał działać, Messenger Metro odsyłał do Skype’a Metro, a aktualizacja Windows 8.1 wywaliła Messengera w całości.

Owa absurdalna, niemożliwa do spamiętania szamotanina, odbyła się w dodatku w atmosferze wadliwej migracji kontaktów: użytkownicy Skype w wielu przypadkach otrzymali niekompletne lub cudze (!) listy kontaktów z Messengera. Okno migracji musiało zostać zamknięte i nie otwarto go już nigdy więcej. Z powodu niedopatrzeń w procesie spinania kont wyszedł w dodatku poważny problem z bezpieczeństwem haseł… MSN Messenger został więc zamordowany w atmosferze skandalu, a nie „przemigrowany”, jak widnieje w ogłoszeniach Microsoftu. To jednak nie koniec cyrkowania z domyślnym komunikatorem.

Windows 10 powrócił do koncepcji niewidzialnego komunikatora zintegrowanego w system i postanowił „wlać” Skype do powłoki, oferując program o nazwie Wiadomości. Była to aplikacja obsługująca SMSy i wiadomości Skype, oferująca również rozmowy wideo. Aspiracją Microsoftu było tutaj stworzenie komunikatora jako naturalne wyposażenie chmurowego systemu. Android ma swoje Hangouts, Apple ma FaceTime i iMessage – istnienie komunikatora jest więc oczywiste, więc Windows powinien zintegrować własny. Przy bazie kilkuset milionów użytkowników, na papierze wygląda to jak prosty przepis na dominację rynku. Tak stworzony komunikator miał „po prostu działać”. Nazwa Skype padała w nim bardzo rzadko i była skrzętnie ukryta, całość była gotowa do pracy już po pierwszym zalogowaniu. Coś jednak poszło bardzo źle.

Po pierwsze, najpierw okazało się, że nie działają rozmowy wideo. Potem wyszło na jaw, że obsługa kamery w ogóle nie działa poprawnie w aplikacjach UWP, tylko nikt tego nie zauważył, bo przecież któż używa komunikatorów UWP. Następnie w nieznanych okolicznościach wycofano obsługę synchronizacji SMSów. Wreszcie na podstawie telemetrii i fatalnych opinii w Feedback Hub, aplikacja Wiadomości została rozmontowana jeszcze dalej i obsługa protokołu Skype wyleciała z niej w całości.

Dlaczego? Prawdopodobnie ze względu na niemożność zrozumienia, że Skype funkcjonował w masowej wyobraźni jako odrębna marka, oddzielnie pobieranego produktu autorstwa zewnętrznej firmy. Jeżeli Windows 10 miałby zawierać wbudowany komunikator, powinien nim być… Messenger, a nie Skype. Zamiast spieszyć się z uśmiercaniem Messengera, wbudowany komunikator byłby dobrą okazją do połączenia obu klientów. W efekcie jednak Messenger nie działał, aplikacji Wiadomości nikt nie używał, Skype Metro nie działał na Windows 10, a wszyscy i tak pobierali klasyczną, pulpitową wersję. Klęska.

Wkrótce później w Sklepie pojawił się Skype UWP, wspólny dla telefonów z Windows Mobile i pulpitowych Dziesiątek. Wydano również wersję na systemy z Linuksem. Jednocześnie rozwijana była wersja na macOS… Obecnie złączono wszystkie linie do jednej – Skype 8, stosując wiele wstawek z niej w wersji UWP. Skype Metro już nie działa, klasyczny Skype też nie i bardzo możliwe, że również wersja UWP, niebędąca zresztą „koszerną” aplikacją UWP, również nie wytrzyma próby czasu. Obecnie domyślny klient Skype dla Windows 10 to, jak w przypadku OneDrive’a, ta sama wersja, co dla Windows 7.

Aplety użytkowe

Wśród aplikacji dołączonych do Windows 8 znajdował się też pakiet kafelków, które należy ująć pod wspólną kategorią „dlaczego to po prostu nie są strony internetowe?”. Nowy system zakładał milcząco, że jest uruchomiony na małym, podręcznym urządzeniu trzymanym w kieszeni lub używanym np. w kuchni jako IoT. Dlatego usiłowano umieścić w systemie zbiór aplikacji pełniących rolę elektronicznej wersji akcesoriów – książkę kucharską, gazetą, szyld reklamowy kantora i tym podobne. Wzorując się zapewne na trendach z tabletów i smartfonów, opracowano zbiór aplikacji MSN: Pogoda, Finanse, Wiadomości, Zdrowie, Sport, Podróże i Kuchnia. Istotnie, w okolicy roku 2012 zauważalnie rosła popularność dedykowanych aplikacji np. kucharskich lub informacyjnych, wykorzystywanych na małych, czterocalowych smartfonach. Popularność tę uznano za potencjalną siłę, w praktyce wynikała ona jednak ze słabości. Dedykowane aplikacje wyparły strony internetowe na smartfonach dlatego, że te drugie były w przeważającej większości przekombinowane, niedostosowane do małych ekranów i pełne banerów, pasków i nakładek. Telefon dzielnie walczył, by wyświetlać strony internetowe i nie ciąć, ale wystarczyło przewinąć na bardziej wymagający obliczeniowo obszar albo – nie daj Boże! – obrócić telefon, by obsługa urządzenia stała się kieszonkowym horrorem.

Zamiast dostosować i odchudzić swoje strony, ich właściciele zaczęli oferować aplikacje, dostarczające tę samą treść, ale w sposób bardziej strawny dla telefonu. Nie chcąc (lub z komercyjnych powodów nie mogąc) zrozumieć, że dobra strona internetowa to taka w ogóle bez JavaScriptu, animacji i widżetów, nie decydowano się na ich naprawę, zamiast tego opakowując materiały w lżejsze obliczeniowo sreberko, do pobrania ze Sklepu.

Komputery PC, nawet w formie wymarłych, ośmiocalowych tabletów, generalnie nie posiadają tego problemu. Absolutnie naturalnym jest tam zatem korzystanie po prostu ze strony internetowej, a nie jakiegoś dziwnego, dedykowanego opakowania. Pulpitowe przeglądarki internetowe, wykorzystując fakt zalogowania do wielu portali, znoszą również konieczność istnienia „frameworku udostępniania”, zamiast tego działając na normalnych linkach i systemowym Schowku. Cały proces jest też o wiele bardziej elastyczny, niż w przypadku zamkniętych aplikacji dostarczających de facto to samo, tylko gorzej. Nie istnieje zatem żadne uzasadnienie, by na komputerze z czterordzeniowym procesorem i dwudziestosiedmiocalowym monitorem wyświetlać książkę kucharską używając upośledzonej wersji normalnej strony internetowej. Upośledzonej nawet mimo tego, że jej autorem była ta sama firma, która opracowała całe API.

Wkrótce potem wiele z aplikacji MSN przestało działać. Wyświetlają obecnie informację „Żegnamy się z tą aplikacją” i odsyłają… do głównej strony portalu MSN. Niektóre z nich się ostały, jak np. Pogoda – zapewne głównie ze względu na to, że żywy kafelek z prognozą pogody potrafi być autentycznie przydatny. Wciąż aktualizowana jest również aplikacja Wiadomości, z pryncypialnych i anachronicznych powodów uparcie niebędąca czytnikiem RSS. Powyższe aplikacje mają również swoje odpowiedniki na innych systemach, jak Android i iOS, ale wersje dla Windows są póki co prawdziwymi aplikacjami UWP, realizującymi w pełni początkowe założenia projektowe dla platformy. Zapewne więc ich koniec nastąpi najpóźniej.

Swoją drogą, wycofanie aplikacji MSN nastąpiło mniej więcej rok przed popularyzacją rozwiązania problemu dławiących się stron na urządzeniach mobilnych. Inicjatywa projektowa PWA, rozwijana między innymi przez Google i Microsoft, polega na tworzeniu stron internetowych możliwych do opakowania kontenerem aplikacyjnym bez konieczności wprowadzania zmian. Tak stworzona strona internetowa może być albo hostowana przez przeglądarkę internetową, albo przez systemowy mechanizm aplikacji, jeżeli chce się jej używać jako utensylium, a nie stronę WWW. W zależności od tego, co hostuje aplikację, inna warstwa oferuje dostęp do takich mechanizmów, jak udostępnianie, uwierzytelnianie i wyświetlanie powiadomień. Dlatego tak ważne jest dziś posiadanie aktualnej przeglądarki internetowej.

Poprawnie wdrożone PWA powinno teoretycznie zlikwidować całkowicie potrzebę dedykowanych aplikacji, pisanych „pod system operacyjny”. Przykładem niech będzie Twitter Lite – wersja PWA owej kilkudzisięciomegabajtowej aplikacji zajmuje około ośmiuset kilobajtów. Wynika to z tego, że aplikacja nie musi dostarczać żadnych własnych komponentów, zamiast tego zaciągając się z wersji WWW. Jedyne, co należy zrobić, to stworzyć „manifest”, opisujący ikonę, aktywację linków oraz dostawcę powiadomień systemowych (oraz parę innych rzeczy). Gdyby PWA było faktem w czasach oryginalnego Windows 8, na świat przyszłoby mniej zbędnych aplikacji. Niestety, biorąc pod uwagę moc ówczesnych urządzeń mobilnych, którymi inspirowała się Ósemka, świat nie był wtedy gotowy na PWA. Zresztą, działanie takich aplikacji musiałoby być obsługiwane pod spodem przez silnik Internet Explorera… Swoją drogą, dodanie obsługi PWA do Windows Mobile mogłoby przedłużyć życie owej platformy o jakiś czas.

Użytkowe aplety nie wyginęły jeszcze w całości w Windows 10, jest ich kilka, jak choćby wspomniana Pogoda i Wiadomości. Trudno tu liczyć na ich wyginięcie, aczkolwiek przejście na inne API niż ścisłe UWP jest znacznie bardziej prawdopodobne.

Stay tuned!

W ostatniej części omówimy „wnętrzności” systemu, czyli wszystkie te elementy, których nie widać gołym okiem. Windows 10 zawiera bowiem bardzo dużo wewnętrznych komponentów i środowisk programowania, odróżniających ten system od jego klasycznych poprzedników. Część z nich jest odziedziczona po Windows 8. Czy spotka je ten sam los, co u poprzednika?

© dobreprogramy