Czy taka sytuacja będzie się powtarzać? Czy trudno jest odłączyć kraj lub terytorium od Internetu? — na te pytania stara się odpowiedzieć specjalizująca się w analizie sieci firma Renesys. Badacze przyjrzeli się po prostu topologii sieci i określili, ile każdy kraj ma niezależnych „wyjść na świat”, które należałoby zamknąć. Wyniki nie są ciekawe — w 61 krajach za komunikacje ze światem zewnętrznym odpowiedzialny jest jeden lub dwóch operatorów. Tam wystarczy odpowiedni rozkaz ze strony rządu lub nawet atak fizyczny, aby pozbawić obywateli łączności.
Na liście krajów, w których ryzyko odcięcia Internetu jest najwyższe, znalazły się właśnie Syria, Egipt, Birma, Tunezja, Algeria, Jemen, Korea Północna, Kuba czy Watykan. Relatywnie łatwo byłoby odciąć kraje, w których ruchem zagranicznych steruje mniej niż 10 operatorów. W tej kategorii mieszczą się 72 kraje, między innymi Białoruś, Czarnogóra, Iran czy Pakistan. Liczba dostawców między 10 a 40 zapewnia już, według Renesys, sporą odporność na odcięcie od Sieci. Takich krajów jest 58, zaczynając od Bahrajnu, przez Afganistan (tu na korzyść działa ciekawa geografia kraju i związane z tym wyzwania techniczne — kraj ten korzysta z łączy satelitarnych oraz lądowych linii Palestyny, Iranu i Uzbekistanu), Chiny (co może być pewnym zaskoczeniem), kraje Bałkańskie, Słowację, Litwę, Łotwę, Estonię, Islandię, Portugalię po Meksyk.
Polska znalazła się w grupie 32 krajów mających więcej niż 40 operatorów i ocenionych jako odporne na odłączenie Internetu. Grupa ta jest najmniejsza z wyszczególnionych w tym raporcie i należą do niej również Stany Zjednoczone, Rosja, Australia, Japonia, Brazylia, Kanada, Indonezja i większość Europy. Nie oznacza to, że obywatele wszystkich wymienionych krajów mogą być pewni, że ich łącza zawsze będą działać — mimo krytyki w Stanach Zjednoczonych co jakiś czas powraca plan obronny z „wyłącznikiem Internetu”, który nałożyłby na wszystkich dostawców wyłączenie ruchu na polecenie Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.