Tak więc po pierwsze, primo, temat
zabezpieczeń płyt CD, DVD i innych fizycznych nośników jest o tyle
mało ciekawy, ze dni tych rozwiązań są policzone, a wszelkie
dotychczasowe próby zabezpieczeń nośnika a nie formatu danych
skończyły się totalną kompromitacją (pierwsze wysiłki Sony w tym
zakresie zniweczył zwykły marker), więc nie tędy droga. W tej
chwili muzyka to MP3, wideo to AVI i rozpaczanie nad naklejkami czy
wrzutkami do płyt to - z całym szacunkiem - strata cennego wysiłku
literackiego :-)
Daleko bardziej interesujący problem związany z DRM dotyczy technik
i celów zabezpieczeń samych danych, bez względu na to, w jaki
sposób docierają one w ręce odbiorcy - czy to na płycie, czy to
przez Internet, przez pendrivea, radio, satelitę czy dzięki biletom
na koncert. Każde bowiem, nawet najlepsze cyfrowe zabezpieczenie
przed kopiowaniem danych boleśnie kapituluje przed techniką
analogową - co z tego, w jaki sposób zabezpieczymy płytę czy plik,
jeśli możemy odtworzyć go przez głośniki i przy pomocy mikrofonu
zgrać do dowolnego formatu bez zabezpieczeń? Owszem, utracimy
trochę na jakości, ale raz - zyskamy na kieszeni, dwa - technologie
minimalizujące straty powstające w takim procesie rozwijają się
nawet szybciej od DRM.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Koncepcja DRM jest bowiem dużo
starsza niż powszechnie się wydaje i obecna jej implementacja -
która jak widać już teraz budzi spore kontrowersje - jest jedynie
rozwiązaniem przejściowym. W istocie rzeczy nie chodzi bowiem o
kontrolę danych, a o kontrolę zachowania użytkownika - to dopiero
daje przecież gwarancję, że pieniądze koncernów będą się mnożyć bez
przeszkód. Brzmi jak spiskowa teoria dziejów?
Możliwe, ale moje 25 lat doświadczeń - i to z samego kraju nad
Wisłą - pokazuje że życie potrafi pisać scenariusze, przy których
bledną najlepsze powieści sensacyjne. Jeśli nie lubicie przyjmować
niczego na wiarę, czas zainteresować się porozumieniem zawartym w
1999 roku przez takie korporacje jak Compaq, HP, IBM, Intel i
Microsoft. W tej chwili sojusz ma już ponad dwustu członków i
nazywa się TCPA (Trusted
Computing Platform Alliance). Jego cele są bardzo złożone. Po
pierwsze dąży do wdrożenia platformy TCP (Trusted Computing
Platform) bazującej na zapleczu sprzętowym TPM (Trusted Platform
Module) i odpowiednich rozwiązaniach softwareowych. Warto zwrócić
uwagę, że te wymyślone w 1999 roku nazwy leżały uśpione przez
niemal 6 lat w oczekiwaniu na odpowiedni moment. Najpierw światło
dzienne ujrzało określenie podstawowej koncepcji DRM - nad którym
rozwodzi się Ryan - natomiast w tym roku wraz z Windows Vista
pojawi się kolejny element układanki, mianowicie sprzętowe
komponenty Trusted Platform Module reklamowane przez Microsoft jako
rozwiązanie z zakresu nie tyle DRM, co bezpieczeństwa. Nie wolno
jednak zapominać, że pierwotna koncepcja tej technologii powstała w
czasach, kiedy podejście do bezpieczeństwa definiowały standardy
Windows 95. To, że w międzyczasie bezpieczeństwo stało się gorącym
tematem który pozwolił ubrać TPM w eleganckie opakowanie nie
znaczy, że pierwotne cele zostały zarzucone.
Skoro - jak widać - wszystkie obecne wydarzenia prowokujące autorów
felietonów rysowane są ręką owego porozumienia z 1999 roku, warto
przyjrzeć się co jeszcze znalazło się w celach TCPA. Kolejnym
bowiem elementem planu sojuszu jest lobbing forsujący uchwalenie w
USA zmian ustawy CBDPTA (Consumer Broadband and Digital Television
Promotion Act), które miałyby zmusić rynek do wprowadzenia
sprzętowych rozwiązań DRM i zabronić dokonywania aktów sprzedaży
czy kupna produktów nie spełniających norm platformy opracowanej
przez TCPA (pod karą pięciu lat więzienia lub grzywny w wysokości
pół miliona dolarów). Brzmi groźnie i nierealnie? Kilka lat temu
tak właśnie mówiło się o samych chipach...
Pierwsze przymiarki do poparcia rozwiązań technologicznych aktami
prawnymi zostały już wykonane. W 2003 roku amerykański urząd
federalny do spraw kontroli komunikacji (FCC) podjął kroki w celu zmuszenia producentów elektroniki użytkowej, w tym
komputerów, do implementacji sprzętowych rozwiązań DRM do końca
lipca 2005. Sprawa została jednak odsunięta w czasie, a eksperci
jako powód podają przesunięcie pierwotnych planów premiery Windows
Vista - będącego przecież jednym z kluczowych elementów całego
systemu, który miał wprowadzić TPM jako aspekt bezpieczeństwa
użytkownika a nie metody na ograniczenie jego wolności. W tej
chwili wiadomo już, że do podobnych rozwiązań prawnych sojusz TCPA
przekonuje nie tylko rząd USA, ale i Australii. Lobbing w innych
częściach świata to zatem tylko kwestia czasu i pozostaje w tym
miejscu szczerze podziękować Andrzejowi Lepperowi i spółce, która
skutecznie pcha nasz kraj w bezpiecznym z tego punktu widzenia
kierunku.
Wracając do tematu felietonu Ryana... Rootkit w oprogramowaniu
Sony? Dylematy moralne przy zgrywaniu płyt do formatu MP3 na
komputer mamy? Lament o prawa klientów? Hologramy i mafijne
praktyki ZAiKSu? Przyznacie, że na tle tego co rozgrywa się za
kulisami to dziecinne problemy, gra bowiem toczy się o znacznie
większą stawkę. Biorąc bowiem pod uwagę to, że skuteczne
rozwiązanie problemu ochrony własności intelektualnej połączyło
wysiłki wielu wpływowych firm z branży czerpiących zyski z praw
autorskich (rozrywka, oprogramowanie, biotechnologie), należy
spodziewać się że obecne problemy to jedynie wierzchołek góry
lodowej. Już widać, że kręcący z początku nosem na podobne praktyki
sektor producentów sprzętu, dla którego sprawa jest kłopotliwa bo
nie przekłada się znacząco na zyski, budzi za to nieufność - poddał
się i klepnął całą sprawę. A gdy wszystkie elementy tego
przemyślanego planu pojawią się na swoich miejscach, użytkowników
nikt już wtedy nie będzie o nic pytał, tylko oznajmi nowe
zasady.
Pytanie jednak, czy należy się tego obawiać? W krótkiej
perspektywie - z pewnością będzie to rewolucja boleśnie atakująca
nasze przyzwyczajenia. Warto jednak zastanowić się nad jej
możliwymi skutkami. Obecna nieskrępowana wolność jest bowiem także
pewnym wypaczeniem. Wypaczeniem, zapytacie? A jak inaczej nazwać
sytuację, w której dwudziestokilkuletnia dziewczyna o kompletnie
pustej głowie, wypromowana przez siedzących za kulisami bossów
przemysłu medialnego, dziewczyna której jedynym wkładem własnym
jest twarz i głos pasujący do aktualnie wykreowanego
zapotrzebowania, wydaje miliony dolarów żeby kupować sobie w
rezydencji na Malibu sedes wysadzany brylantami? Jest to możliwe,
bo przy całym ubolewaniu przemysłu rozrywkowego nad upadkiem
moralności rysującym widmo śmierci głodowej artystów, obecny
nieograniczony dostęp do treści także kreuje olbrzymie trendy
finansowe - czasami w wypaczony sposób. Studenci piracący
oprogramowanie Adobe wpływają na późniejsze decyzje swoich
pracodawców w zakresie zapewnienia im narzędzi do pracy. Urzędnicy
przyzwyczajeni do pracy na pirackich wersjach Windows w domu
przeciwstawiają się instalacji na komputerach w pracy nieznanego im
Linuksa. I tak dalej, i tak dalej... Obecna skala piractwa jest
istotnym elementem teorii wyboru konsumenta, która zniekształca
wolny rynek czyniąc go podatnym na manipulacje.
Co stanie się, jeśli każdy będzie musiał zapłacić za to, co obecnie
bierze za darmo? Po pierwsze, zaczniemy podejmować decyzje w sposób
bardziej świadomy. Po drugie, to co w chwili obecnej kosztuje duże
- zbyt duże pieniądze - stanieje, bo wzrośnie liczba odbiorców, a
na dobra niewarte swojej ceny chętnych nie będzie. Przestaniemy być
wtedy bierną masą, której serwując w umiejętny sposób papkę można
zrobić wodę z mózgu i zarobić miliony, a zaczniemy dostawać to
czego oczekujemy. Wprowadzenie skutecznych technik DRM może bowiem
położyć kres nie tylko piractwu, ale przez indywidualizację
odbiorcy także i kanałowemu serwowaniu treści, które jest jednym z
czynników prowadzących do absurdów, o których pisze Ryan. I może w
końcu zamiast z powodu kosmicznych cen kraść interesujące nas
treści będziemy w stanie je kupić, dzięki czemu ich twórca będzie
miał środki na to, by zaskakiwać nas kolejnymi produkcjami swojego
autorstwa.
Bez wątpienia jednak w tym utopijnym modelu, w którym każdy byłby
zadowolony - i klient płacący niewiele, i nie okradany artysta czy
programista - jest spora rysa. A właściwie dwie. Po pierwsze -
osiągnięcie takiej równowagi zajmie z pewnością lata, podczas
których obecna patologiczna sytuacja może się jeszcze pogorszyć. Co
jednak ważniejsze, w tym modelu w bardzo istotny sposób ograniczona
zostałaby przecież rola pośrednika. Czyli RIAA, ZAiKSów, BMG, Sony
Music cośtam, Microsoftów, Applów i innych. Ale hej, zastanówmy się
chwilę - przecież to te same firmy, które poprzez porozumienie TCPA
realizują taki właśnie scenariusz. Czyżby więc sygnatariusze tego
"paktu stabilizacji cyberświata" byli tak krótkowzroczni, by nie
dostrzec w nim zagrożenia dla siebie? Z pewnością nie. O co więc
chodzi? Być może o to, czego o TCPA jeszcze nie wiemy. I tego
faktycznie, w odróżnieniu od hologramów ZAiKSu czy rootkitów w
obecnych implementacjach DRM, można się obawiać...