Bezpieczeństwo to bez wątpienia coś,
na co trzeba zwracać najwięcej uwagi i czemu należy poświęcać
maksymalnie dużo czasu. Nic dziwnego, że producenci oprogramowania
nieustannie wydają poprawki zabezpieczeń do swoich produktów, bo
cały czas odkrywane są w nich błędy - a jak wiadomo, nie ma
aplikacji czy systemu bez wad. Dzięki tym poprawkom użytkownicy -
czyli my - możemy czuć się w miarę bezpiecznie. W miarę, bo pojęcie
pełnego bezpieczeństwa w informatyce to fikcja.
Nie będę ukrywał: do napisania tego
felietonu bezpośrednio skłoniła mnie lektura jednego komentarza pod
ostatnim newsem z zapowiedzią biuletynów zabezpieczeń Microsoftu.
Pozdrawiam w związku z tym tego Czytelnika, ale ksywki nie
wymienię, bo byłbym nie fair wobec dziesiątek innych, którzy już
wcześniej takie argumenty jak on podnosili. O co chodzi? O wieczne
narzekanie użytkowników, że Microsoft wydaje krytyczne poprawki
tylko raz w miesiącu, a nie natychmiast po opracowaniu, a na
dodatek - często mając już je opracowane - bezczelnie wydaje
"zapowiedzi" tydzień wcześniej. Gdzie tu więc bezpieczeństwo?
Szkoda, że tak mało osób tak naprawdę rozumie ideę comiesięcznego
wydawania biuletynów zabezpieczeń Microsoftu i to, w jaki sposób
oprogramowanie Open Source różni się od tego z zamkniętym
(przynajmniej publicznie) źródłem. Takie komentarze są jednak
dowodem na to, że warto te różnice i tę ideę wytłumaczyć - choć
osobiście nie łudzę się, że już nigdy podobnego komentarza nie
przeczytam.
Na początku grudnia Internet obiegł bardzo kontrowersyjny raportautorstwa Jeffa Jonesa, zajmującego stanowisko Security Strategy
Director w firmie Microsoft. Jest to dość gruba ryba w centrali w
Redmond i słynie już z wielu mniej lub bardziej (ale zawsze)
kontrowersyjnych raportów na temat zabezpieczeń produktów
Microsoftu i konkurencji. Tym razem jednak trudno się nie zgodzić,
że przysłowiowy kij w mrowisko został włożony wyjątkowo udanie.
Jones postawił tezę, że Firefox (choć tu akurat mogłaby być dowolna
przeglądarka albo inny program z otwartym źródłem) jest mniej
bezpieczny niż Internet Explorer (tu również można wstawić coś ze
stajni Microsoftu, np. Windows), ponieważ. aktualizacje do niego
wychodzą zbyt często. Absurd, czyż nie? Może nie do końca...
Pytanie retoryczne: dlaczego Microsoft swego czasu dodawał przy
każdym biuletynie zabezpieczeń informację, czy opisywana w nim luka
jest już publicznie znana, czy nie? Zaraz, zaraz. To oznacza, że.
Rzeczywiście, ogromna większość luk opisywanych w biuletynach
zabezpieczeń jest nieznana do momentu publikacji biuletynu, a więc
poprawki. Skoro luka jest publicznie nieznana, istnieje marginalne
więc prawdopodobieństwo, że powstanie exploit (kod pozwalający
wykorzystać tę lukę innym, np. hakerom), a skoro raczej nie
powstanie exploit, to prędko użytkownicy na tej luce nie
ucierpią...
Spójrzmy, jak to wygląda od strony oprogramowania z otwartym
źródłem. Tutaj faktycznie powstaje pewien problem, bo każdy może
sobie zajrzeć w źródła, każdy może też znaleźć jakąś lukę -
wiadomo, że na pewno jest ich mnóstwo, tak jak i wszędzie. Nie jest
to bynajmniej proste, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że możliwe, a
co więcej - prostsze, niż u konkurencji. I teraz dopiero powstaje
problem - luka jest odkrywana, powstaje exploit, użytkownicy są
atakowani. Od tego, w którym miejscu tego łańcucha
przyczynowo-skutkowego ktoś lukę załata zależy, ile osób na tym
ucierpi. Z tego powodu producenci oprogramowania Open Source nie
mogą sobie pozwolić na wydawanie łatek według określonego
harmonogramu, a raczej muszą publikować ja jak najszybciej po
opracowaniu (i, miejmy nadzieję, odpowiednio gruntownemu
przetestowaniu).
Microsoft spokojnie może natomiast kontrolować cykl wydawniczy
poprawek i ma czas na ich przetestowanie przed wypuszczeniem (od
jakiegoś czasu wysyła je nawet beta-testerom na kilka dni przed
oficjalną publikacją). Jeśli natomiast jakaś luka jest już
publicznie znana i pojawił się exploit, Microsoft może wydać
poprawkę bez zwłoki, poza harmonogramem - było tak już nieraz.
Pomijam już to, że stały harmonogram jest sporym ułatwieniem dla
administratorów dużych firm. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w
większych firmach każda, nawet najmniejsza poprawka przed
instalacją na stu czy stu tysiącach komputerów musi być wnikliwie
przetestowana w laboratorium przez administratorów. Gdyby mieli to
robić codziennie, nie zajmowaliby się niczym innym. Dzięki
harmonogramowi miesięcznemu mogą to bardzo dokładnie zaplanować, a
dzięki zapowiedziom wiedzą także, ile pracy ich czeka i z jakim
oprogramowaniem.
W tym felietonie nie chciałem udowadniać nikomu, że coś jest
bezpieczniejsze od czegoś, bo tego nie wiem i nie czuję się takim
specem od bezpieczeństwa, żeby się na ten temat autorytatywnie
wypowiadać. Chciałem tylko wytłumaczyć, dlaczego różnice w ilości
luk w zabezpieczeniach (także tych niezałatanych) pomiędzy
chociażby IE i Firefoksem są wręcz naturalne. Chciałem też pokazać,
że publikowanie łatek do systemu Windows, przeglądarki Internet
Explorer i innych produktów Microsoftu raz na miesiąc naprawdę ma
sens i nie stanowi zagrożenia dla nas, użytkowników.