O ile wszystko potoczy się tak, jak
głoszą
zapowiedzi, to już wkrótce możemy mieć spory problem z
kupieniem w Europie systemu Windows 7 z przeglądarką Internet
Explorer. Co więcej, możemy mieć problem z kupieniem Windows 7 z
jakąkolwiek przeglądarką. Można więc powiedzieć: ostateczny tryumf.
Jeśli nie już teraz, to z całą pewnością wkrótce. Pytanie tylko,
kto tryumfuje?
Spór o dołączanie Internet Explorera
do Windows to już prawie legenda - wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale
mało kto pamięta, kiedy i jak się zaczął. Antymonopolowy ostrzał
Microsoftu prowadziło już mnóstwo rządów i instytucji z całego
świata, na czele z Departamentem Sprawiedliwości Stanów
Zjednoczonych i unijną Komisją Europejską. Dopiero ta druga jednak
od kilku lat nadaje sprawom antymonopolowym przeciwko Microsoftowi
prawdziwie pikantnego charakteru. Wygląda na to, że teraz zbliżamy
się do punktu kulminacyjnego, czyli ostatecznego rozwiązania sprawy
Internet Explorera.
Zanim otworzymy szampana i będziemy świętować zwycięstwo nad
zatwardziałą polityką monopolisty, warto zastanowić się chwilę, co
tak naprawdę zmienia postanowienie Microsoftu. Przede wszystkim w
nowo zakupionym systemie nie będzie już Internet Explorera, dzięki
czemu każdy będzie mógł samodzielnie poświęcić kilka chwil na
zainstalowanie własnej, wybranej przez siebie a nie narzuconej
przez monopolistę przeglądarki. Wystarczy udać się na stronę...
Ups, zapomniałem, że w systemie nie ma przeglądarki. Może sąsiad
będzie miał jakąś? Wtedy można by nagrać plik instalacyjny na
pendrive. Podobno będzie też można skorzystać z wersji
instalacyjnej Internet Explorera dystrybuowanej przez Microsoft na
płytach CD, ale póki co niewiele wiadomo, skąd i w jaki sposób
będzie można je zdobyć. Poza tym, przecież nie chcemy Internet
Explorera.
Na szczęście Komisja Europejska oszacowała, że powyższego
scenariusza - brak jakiejkolwiek przeglądarki - na własnej skórze
doświadczy zaledwie 5% użytkowników Windows 7 w Europie. Pozostali
kupią system z nowym komputerem, a tam sprawę uratują producenci
sprzętu, którzy na czysty system będą mogli preinstalować dowolną
przeglądarkę (lub kilka) według własnego uznania. "Według własnego
uznania" nie znaczy jednak "według życzenia klienta". Ot, podobna
sytuacja jak w przypadku notebooków - model X sprzedawany jest z
Vistą Home Basic, a jak klient chce zakupić wersję Ultimate, to
może ją oczywiście dokupić (i nadal zapłacić za Home Basic, bo jest
integralną częścią zestawu i jej cena jest wliczona). Może się też
zdarzyć, że będziemy kupować komputery z pięcioma przeglądarkami
już preinstalowanymi (w końcu mamy wolność wyboru - klient ma prawo
poznać wszystkie przeglądarki). Przynajmniej jednak będzie można
później ściągnąć jakąs szóstą.
Komisja Europejska jest
względnie zadowolona z rozwiązania dla 95% użytkowników (swoją
drogą, czy te szacunki nie są trochę przesadzone?). Nie jest
niestety zadowolona z tego, że 5% nie będzie miało żadnej
przeglądarki - jak widać, musi to być rozwiązanie naprawdę
absurdalne, skoro nie podoba się nawet Komisji Europejskiej.
Komisja proponuje więc, by system sprzedawany w wersji pudełkowej
różnił się instalatorem - na końcu procesu instalacji powinien
pojawiać się monit z prośbą o wybór, jakie przeglądarki mają być
zainstalowane. Na liście będzie oczywiśce Internet Explorer,
zapewne będzie też kilka innych bardziej popularnych przeglądarek.
To nic, że na świecie istnieją prawdopodobnie setki różnych
przeglądarek internetowych - na tym jednak polega walka o wolny
wybór, że są równi (np. ci z popularnością powyżej 5%, którzy na
liście będą) i równiejsi (pozostali, których zabraknie, bo mało
prawdopodobne, by lista miała 534 pozycje). Trudno jednak
powiedzieć, czy takie kryterium kwalifikacji spotkałoby się z
uznaniem Komisji Europejskiej - kto miałby liczyć tą popularność?
Eurostat?
Całkowicie zrozumiałe jest natomiast oburzenie Opery - producenta
konkurencyjnej dla Internet Explorera przeglądarki, który jest
inicjatorem całego tego zamieszania (to Opera pierwsza
złożyła skargę do Komisji Europejskiej). Norweska firma jest
niezadowolona z tego, że w Windows 7 "E" nie będzie w ogóle żadnej
przeglądarki. Oczywiście, lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby
zamiast Windows 7 "E" w sprzedaży pojawił się Windows 7 "O" - od
pierwszej litery nazwy jedynej wbudowanej w system
przeglądarki.
Koniec ironii. Jeśli spojrzeć na całą tę aferę przeglądarkową
racjonalnie, można dojść do smutnego wniosku, który tłumaczy
postępowanie Komisji Europejskej i konkurentów Microsoftu. Władzom
antymonopolowym Unii Europejskiej udało się nałożyć na Microsoft
gigantyczną karę i wyegzekwować wykonanie swoich postulatów w
kwestii odtwarzacza Windows Media Player czy interoperacyjności.
Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia, a skoro udało się wtedy, to
czemu miałoby nie udać się i teraz? Na tapetę wzięto jednak
poważniejszy temat - przeglądarki, zapewne dlatego, że nikomu
wcześniej nie udało się w tej sprawie nic sensownego osiągnąć. Do
nagonki przyłączyli się jeszcze inni (nie tylko Opera) i wszyscy
mieli satysfakcję z kolejnych informacji prasowych, kolejnych
oskarżeń i kolejnych wątłych tłumaczeń Microsoftu. Aż tu nagle...
Ups - oni naprawdę wycięli Internet Explorer z Windows! I co my
teraz zrobimy?...
Na szczęście został jeszcze WordPad.