r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Linus Torvalds krytykuje biurokrację w świecie wolnego oprogramowania

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

CLA, czyli umowy licencyjne dla niezależnych programistów, którzy piszą kod dla projektów software'owych, mających swoich opiekunów, nie są niczym nowym w świecie wolnego oprogramowania. Zwykle nie ma w nich żadnych kontrowersyjnych zapisów, ot np. Fundacja Apache wymaga podpisania umowy, na mocy której autor kodu zachowuje prawa autorskie, ale zgadza się na to, by organizacja ta mogła licencjonować kod ten zgodnie z własną polityką. Free Software Foundation wymaga zaś zgody na to, by oddany do jej projektów kod zawsze mógł być udostępniany na licencji typu copyleft. Bywają też jednak CLA znacznie bardziej kontrowersyjne, a największe w społeczności kontrowersje budzi umowa, jakiej podpisania żąda producent Ubuntu – Canonical.

Głównym problemem z CLA Canonicala jest rażąca asymetria zapisów. Z jednej strony producent Ubuntu rozpowszechnia swoje oprogramowanie na licencji GNU GPL (w jej kilku różnych odmianach), z drugiej żąda, aby niezależni autorzy podpisywali umowę, pozwalającą mu na redystrybucję kodu na własnościowej licencji. Nie ma więc tu porównania z tym, co robi Free Software Foundation czy Apache Software Foundation, chroniące poprzez CLA zachowanie otwartości i wolności przyjętego kodu.

W tej sytuacji niechęć społeczności do wspierania projektów Canonicala, takich jak choćby serwer grafiki Mir, staje się zrozumiała. Pisząc zaś o „społeczności”, trzeba pamiętać, że chodzi nie tylko o niezależnych koderów, piszących oprogramowanie na laptopie w swojej sypialni, ale też korporacje pokroju Intela, który otwarcie wyraził swoją niechęć do współpracy z producentem Ubuntu. I niekoniecznie powodem tej niechęci musi być niechęć do komercjalizacji kodu. Digia, opiekun frameworka Qt, otwarcie mówi, że dostarczony jej kod zostanie udostępniony na własnościowej licencji (obok wolnej licencji LGPL).

Do debaty nad licencjami włączył się właśnie Linus Torvalds. Twórca Linuksa niespodziewanie dla wszystkich zajął jednak stanowisko, które uderza nie tylko w umowy CLA Canonicala, ale też wszystkie inne. W jego wpisie na Google+ możemy przeczytać: By być fair, ludzie po prostu lubią okazywać nienawiść wobec Canonicala. Ale CLA od FSF i Apache Foundation są w równym stopniu popsute. I to popsute nie ze względu na jakieś relicencjonowanie, ale ze względu na to, że papierowa robota z prawami autorskimi zabija społeczność. Przez CLA nie dostajesz żadnego „długiego ogona”, jakim cieszy się kernel, otrzymujący spontanicznie napisane łatki. A jako że w ten właśnie sposób wielu ludzi próbuje swoich sił, wszelkiego rodzaju CLA , czy to zmieniające licencję, czy też nie, są dogłębnie popsute. Tyle opinia znanego ze swojej niechęci do licencyjnych zawiłości Linusa. Torvalds niejednokrotnie dał się bowiem poznać jako człowiek niechętny „wolności” w sensie Stallmana, podkreślając, że Linux to Open Source, a nie Free Software. Jedynym celem Open Source jest pełna dostępność kodu źródłowego za darmo – i to wszystko.

A co na to sami zainteresowani? Jono Bacon, menedżer społeczności Ubuntu, broni zapisów CLA swojej firmy, twierdząc, że nie powinny one być przeszkodą dla nikogo, kto chciałby dołączyć do prac nad oprogramowaniem Canonicala. To wszystko sprowadza się do barier stojących na drodze do współpracy ze społecznością. Jest pełno takich barier – to wybór języka programowania, systemu wersjonowania, zarządzania, tonu dyskusji, sposobu podejmowania decyzji, recenzowania (…) i wielu innych spraw. CLA to tylko jeden z elementów. Niektórzy ludzie to lubią, inni tego nie lubią, i nie ma w tym nic złego.

Nie zamierzamy tu rozsądzać, kto ma rację. Warto jednak zauważyć, że Linux jest jedynym chyba software'owym projektem tej wielkości, który obywa się bez CLA, a ten stan rzeczy jest akceptowany przez gigantów oprogramowania tylko ze względu na jego kluczowe znaczenie dla całej branży IT. Z perspektywy menedżerów projektów, takie umowy niezwykle bowiem zwiększają elastyczność projektu, a jednocześnie w razie ewentualnych sporów prawnych ułatwiają obronę przed sądem. Niełatwo bowiem poradzić sobie w sytuacji, gdy prawa autorskie do jednego projektu należą do setek czy nawet tysięcy autorów, z których wielu nawet nie ujawnia swojej tożsamości. Wymuszenie się zrzeczenia prawa do rozpowszechniania i kontroli nad kodem na rzecz organizacji opiekującej się projektem software'owym wydaje się być najłatwiejszym sposobem rozwiązania tych bolączek. Linus oczywiście może wiele rzeczy rozwiązywać dzięki swojej pozycji i charyzmie – ale nie każdy przecież projekt open source ma tak spektakularnego lidera.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.