r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Oprogramowania traktorów przerabiać nie wolno – bo rolnik mógłby słuchać pirackiej muzyki

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Charakterystycznych zielono-żółtych traktorów firmy John Deere przedstawiać zainteresowanym szeroko rozumianą motoryzacją nie trzeba – ta marka to odpowiednik BMW czy Audi w świecie sprzętu rolniczego. Ceny nowoczesnych modeli sięgają nawet 700 tys. złotych. Czy jednak płacąc taką kwotę za sprzęt na pewno otrzymujesz go na własność? To co wydawałoby się oczywiste ze zdroworozsądkowej perspektywy, dla producenta wcale takie oczywiste nie jest. Jego prawnicy uważają, że zakup traktora daje jedynie licencję na jego użytkowanie – a to za sprawą oprogramowania systemowego, bez którego traktor nie ruszy.

Amerykańska ustawa Digital Millenium Copyright Act uczyniła nielegalnymi praktycznie wszystkie narzędzia i metody, za pomocą których użytkownicy mogliby złamać zabezpieczenia software'owe producentów. A co, jeśli zabezpieczenia takie stosowane są nie tylko w smartfonach czy konsolach, ale też w ciężkim sprzęcie rolniczym czy budowlanym? Prawnicy firmy John Deere przekonani są, że zapewniana przez DMCA ochrona rozciąga się także na produkowany przez nich sprzęt – i by uzyskać oficjalne potwierdzenie, złożyli w tej kwestii oficjalne zapytanie do Urzędu Patentowego USA.

Spór o zakres sprzętu czy usług informatycznych wyłączonych spod ochrony DMCA rozgorzał na nowo od kilku miesięcy, przede wszystkim za sprawą Electronic Frontier Foundation, która zamierza ograniczyć zasięg ustawy. We współpracy z kilkunastoma innymi organizacjami proponuje 27 klas sprzętu i dzieł poddanych ochronie własności intelektualnej, których „rozbrajanie” z zabezpieczeń byłoby zgodne z amerykańskim prawem. Jeśli chodzi o wspomnianego Johna Deera, to problemem są klasy 21 i 22, oprogramowanie pojazdów – diagnostyka, naprawa i modyfikacje oraz oprogramowanie pojazdów – badania nad bezpieczeństwem.

r   e   k   l   a   m   a

Rozstrzygnięcie w tej sprawie, po oczywiście przesłuchaniu zainteresowanych stron, zapaść ma w lipcu. Już teraz jednak John Deere i kilku innych producentów z branży motoryzacyjnej, włącznie z takim gigantem jak General Motors, rozpoczęły walkę o zablokowanie inicjatywy. W przesłanym do urzędu patentowego wyjaśnieniu twierdzą, że tak naprawdę właściciel pojazdu otrzymuje w domniemany sposób licencję na (sic!) używanie pojazdu, poddaną rozmaitym ograniczeniom gwarancyjnym i klauzulom zawartym w umowie. Nawet gdyby zabezpieczeń w oprogramowaniu traktorów nie było, to i tak zmiany w tym oprogramowaniu mogą oznaczać naruszenie praw autorskich, tajemnic handlowych czy praw patentowych producenta czy jego dostawców.

Nie ma się tu z czego śmiać, John Deere stoi na stanowisku, że prawo rolników do samodzielnego naprawiania i modyfikowania swojego sprzętu wiąże się z poważnymi zagrożeniami. Na przykład rolnik podczas jazdy swoim ciągnikiem mógłby słuchać bezprawnie pozyskanej, chronionej prawem autorskim muzyki, a inni pasażerowie mogliby w tym czasie oglądać film (jeśli komuś wydaje się to nierealne, to zapewne nigdy nie widział kabiny nowoczesnego traktora od środka). Po uwolnieniu systemów informatycznych pojazdów ich właściciele mogliby także wgrywać nowsze wersje oprogramowania z innych modeli, do których przecież nie mają praw licencyjnych. Dlatego właśnie nie wolno dopuścić do tego, by ktokolwiek poza producentem mógł modyfikować firmware i aplikacje pokładowe pojazdu – nawet jeśli alternatywą byłaby konieczność oddania go na złom (po okresie gwarancyjnym).

Inni producenci zwracają uwagę na zagrożenia związane z bezpieczeństwem pasażerów (np. popsucie poduszek powietrznych przez nieautoryzowaną modyfikację firmware) czy zanieczyszczeniem środowiska (uzyskanie lepszych osiągów silnika prowadzące do naruszenia przepisów o dopuszczalnym składzie spalin). Mówi się nawet o tym, że zamykanie rozwiązań technicznych i ukrywanie kodu pomaga innowacyjności, bo przecież jak wiadomo, gdyby nikt nie czytał książek, wszyscy byliby świetnymi pisarzami.

Biorąc pod uwagę absurdalność tych argumentów, nie dziwi, że bardzo trudno w komentarzach przesłanych przez samych właścicieli sprzętu do amerykańskiego urzędu patentowego znaleźć choć jeden, który brałby stronę korporacji. Ludzie są przekonani, że kupując traktor od producenta stają się właścicielami tego traktora – i na miarę swoich możliwości i potrzeb chcą go samodzielnie naprawiać i modyfikować. To zaś w naszych czasach oznacza konieczność ingerowania nie tylko w mechanikę i elektrykę, ale też i w oprogramowanie.

A jak to jest z traktorami w Polsce?

Sytuacja usuwania zabezpieczeń ze sprzętu w świetle polskiego prawa jest jeszcze bardziej zagmatwana, niż w Stanach Zjednoczonych. Z jednej strony uważa się, że samo odblokowanie posiadanych urządzeń, w celu uzyskania dodatkowych funkcjonalności, nie narusza prawa – tak jest np. z odblokowywaniem smartfonów z Androidem czy iPhone'ów, dzięki którymi stają się one pełnowartościowymi komputerami, poddanymi kontroli użytkownika. Z drugiej zaś strony obowiązują zapisy art. 118 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, według których zarówno wytwarzanie jak i posiadanie urządzeń pozwalających obejść skuteczne (sic!) techniczne zabezpieczenia antypirackie poddane jest sankcji karnej. Ten przepis pozwala np. władzy ścigać ludzi, którzy uwalniają swoje konsole do gier.

By było jeszcze ciekawiej, mamy też art. 75 wspomnianej ustawy, stanowiący, że bez zezwolenia uprawnionego dozwolone jest sporządzanie kopii zapasowych, jeśli jest to niezbędne do korzystania z programu komputerowego. Skoro jest to dozwolone, to również i tworzenie narzędzi umożliwiających sporządzenie kopii (a zatem łamiących zabezpieczenia) powinno być dozwolone. Niejednoznaczność prawa w tej sytuacji oznacza jednak, że żaden właściciel sprzętu, chcący modyfikować swoją własność, nie może się w tej kwestii czuć bezpiecznie.

W wypadku modyfikowania oprogramowania pojazdów dochodzą do tego też kwestie legalności wprowadzonych zmian, które często mogą prowadzić do naruszenia homologacji sprzętu. Tu kwestią wartą rozważenia jest tzw. chiptuning samochodów, polegający na modyfikacji sterownika silnika tak, aby wykorzystać w pełni rezerwy mocy (jak wiadomo większość aut ma celowo zaniżone parametry, często obniżoną moc mimo tego samego momentu obrotowego co modele na rynek amerykański czy japoński, tak by zmniejszyć opłaty ubezpieczeniowe). Usługi chiptuningu oferowane są przez wiele profesjonalnych firm, podkreślających legalność takiego zabiegu, ale z drugiej strony znane są wypadki odmowy wypłacenia przez ubezpieczalnie odszkodowań powypadkowych właścicielom tak zmodyfikowanych pojazdów.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.