r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Windows 10 w pułapce aktualizacji – jak pracować z systemem, który jutro może odmówić współpracy?

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Wczoraj wieczorem chciałem opublikować newsa o ciekawej odmianie Chromium, pozbawionej wszelkich odniesień do google’a. By umieścić program w naszej bazie oprogramowania dla Windowsa potrzebowałem oczywiście przetestować go na Windowsie. Sprawa łatwa, jedno kliknięcie na linuksowym pulpicie uruchamia mi wirtualną maszynę z Windowsem 10, współdzielone katalogi i synchronizacja schowków sprawiają, że praca w takiej konfiguracji jest bardzo wygodna. Jednak z testów nic nie wyszło. Windows 10 stwierdziło, że się nie uruchomi. Po pół godzinie restartów dałem sobie spokój, żałując jedynie, że nie miałem miejsca na dysku na migawkę z wcześniej działającą wersją Windowsa, sprzed Rocznicowej Aktualizacji, najlepiej odpiętą od sieci. Cieszyłem się przy tym, że Windows 10 żyje tylko w maszynie wirtualnej. Tekst o unchromium-google został opublikowany dopiero dziś, już z biura, po testach zrobionych na maszynie z Windowsem 8.1.

Wygląda na to, że ta ostatnia kolekcja łatek dla Windowsa 10, która robiła z niego wersję 14393.222, sprawia kłopoty nie tylko użytkownikom fizycznego sprzętu, także zwirtualizowane Windowsy mogą wariować – mimo że od maszyn wirtualnych należałoby oczekiwać większej stabilności, w końcu ujawnione systemowi zwirtualizowane środowisko jest znacznie bardziej przewidywalne. A jednak: we couldn’t complete the updates, undoing changes, don’t turn off your computer i tak w kółko.

Sugerowane przez jednego Insiderów (Sean8102) rozwiązanie? Weź sobie ze strony Get Windows 10 narzędzie aktualizacyjne, uruchom go, kliknij Upgrade This PC Now, wybierając zachowanie wszystkich dotychczasowych ustawień. Świetna rada, tylko dla mnie bezużyteczna. Na czym miałbym uruchomić to narzędzie, skoro jedyny Windows jakiego miałem pod ręką zamknął się w pętli aktualizacji?

r   e   k   l   a   m   a

No cóż, wyboru przecież nie mam. Windows 10 każe mi łykać wszystko, co Microsoft w moją maszynę wirtualną zechce wepchnąć. Łatki są obowiązkowe, nie mam możliwości wybrania tego co chciałbym aktualizować, pozostaje mi wierzyć jedynie, że gdzieś tam w Redmond zadbali o kontrolę jakości. Nawet powrót do mojego starego Windowsa 7 nic by w końcu nie zmienił, gdyż także „siódemka” i „ósemka” mają teraz dostawać zbiorcze łatki, bez możliwości ominięcia tego, co sprawiałoby problemy.

Wciskanie zbiorczych łatek najwyraźniej nie przełożyło się na kontrolę jakości, szczególnie dla egzotycznych scenariuszy, gdzie jakiś gość z Polski uruchamia Windowsa 10 na linuksowym hoście. Niby Insiderzy te łatki mieli zbadać na wylot, niby telemetria miała podwyższyć jakość oprogramowania, tymczasem można odnieść wrażenie, że niewiele się zmieniło od sierpnia 2013 roku, kiedy to Microsoft potrafił wydać pięć psujących system łatek pod rząd.

Pomysł wydawał się dobry. Biorąc pod uwagę to, że Windows adresowany jest przede wszystkim do Zwykłego Użytkownika, od którego nie można oczekiwać przecież dziś jakiejkolwiek wiedzy technicznej, lepiej by te całe procesy łatania i uaktualniania oprogramowania odbywały się gdzieś tam w tle, automatycznie – prawda? Niestety jednak dla upiornie skomplikowanego w środku Windowsa każde uaktualnienie jest bolesnym procesem, który nie może się dokonać w trakcie normalnej pracy, i w którym za błędy płaci się niemożliwością użycia komputera (czy też maszyny wirtualnej). I niestety ten bolesny proces, teraz obowiązkowy dla niemal każdego (poza tymi, którzy przełączyli się na gałąź biznesową i mogą pozwolić sobie na odsunięcie uaktualnień, ponosząc ryzyko niezałatanych luk bezpieczeństwa), po prostu się nie sprawdza.

Tyle się mówi o złym systemie aktualizacji Androida, o tym, że łatki wychodzą nie za często, a często na wiele urządzeń w ogóle nie wychodzą, ale wiecie co? Podejrzewam, ze gdy Android zdoła już przejść na tryb ciągłych aktualizacji, niezależnych od producenta i modelu, skończy się to tym samym, co w wypadku Windowsa – co miesiąc będziemy słyszeć płacze milionów, jak to po kolejnej łatce ich telefony przestały działać.

W końcu czym się różni świat Androida od świata Windowsa? W zasadzie mamy sytuację niemal identyczną: dziesiątki OEM-ów robiących składaki z dostępnych na rynku części, na których następnie preinstalowany jest cudzy system operacyjny, z jakimiś dodatkowymi sterownikami niewiadomej jakości. Do tego mamy dwóch producentów systemu operacyjnego, którzy z OEM-ami zaczęli konkurować swoimi własnymi, drogimi urządzeniami (Pixel i Surface), starając się, by to „najlepsze wrażenie” czy to Androida czy Windowsa było przede wszystkim na ich sprzęcie.

Pewnie choćby z tego powodu wiele jeszcze lat pozostanę przy linuksowych systemach. Są po prostu tak przewidywalne, jak chcesz. Możesz iść na jazdę bez trzymanki z Archem, możesz uprawiać skrajny konserwatyzm na CentOS-ie, możesz znaleźć sobie rozwiązania pośrednie. No i naprawić je łatwo, gdyby coś się popsuło. Linux jest prosty. Przeciętnie zdolny uczeń technikum informatycznego powinień dać sobie radę ze zbudowaniem Linuksa od Podstaw w ciągu weekendu. Ile trzeba umieć, by zbudować działającego Windowsa?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.