Kocham Internet.
Tydzień, ba! dzień abstynencji jest dla mnie bolesny. Uzależniłem
się od
informacji. Nie niszczy to (moich) związków
z ludźmi, nie rujnuje (mojej) kariery ani nie wywołuje (u mnie)
trwałego kalectwa. Jeszcze nie. Przez tych dziesięć lat nauczyłem
się korzystać z sieci efektywnie, wyszukiwać informacje, odsiewać
bzdury. Oczywiście nie wszystkie, sam czasem dam się nabrać na
akcję policyjną 1. kwietnia, czy uwierzę w
totalny bełkot (szczególnie jeśli czymś dopiero zaczynam się
interesować). Ale skłonność do skakania z tematu na temat i
poszerzania wiedzy z dziedzin zbędnych, bzdurnych i niepotrzebnych
uczuliła mnie na drobny smród, który wije się za Internetem.
Internet to wygoda.
Zamiast wertować sterty książek mogę wesprzeć się magią Google czy Wikipedii i
stać się posiadaczem wiedzy. Nie muszę czekać na nowe
wydanie magazynu o grach, dziennika sportowego czy fakciora -
nowinki ze świata elektronicznej rozrywki, piłki kopanej, rzucanej
i tarmoszonej jak i ploteczki i brudy z życia gwiazd stoją przede
mną otworem. Ogranicza mnie tylko fantazja w wyborze tematów.
Z jednej strony można się dowiedzieć rzeczy, których przyswojenie
(nawet pobieżne) wymagałoby znacznych nakładów finansowych. Nie
muszę iść do lekarza by dowiedzieć się z czym wiąże się operacja
powiększenia piersi, co szumi w świecie stomatologii czy
w poczuciu internetowej anonimowości rozwiązać wstydliwe męskie
problemy. Z drugiej strony czyha niebezpieczeństwo...
Po co lekarz, prawda? Przecież widnieje czarno na białym wszystko o
dręczącym mnie problemie, a życzliwi Internauci zawsze chętnie
służą pomocą. Przecież z Internetu też korzystają specjaliści
wszelkiej maści i dotarcie do nich nie stanowi problemu? Chyba
jednak nie. To przekonanie staje się drogą do nikąd. Ta sama
anonimowość, która zapewnia mnie komfort, zapewnia bezkarność
osobie po drugiej stronie skrętki (na szczęście bezkarność w pewnym
tylko zakresie). Posłuchaj mnie jak Ci mówię, że najlepsze na
przybranie masy mięśniowej są specyfiki na Allegro. Najlepiej te
sprzedawane przez mojego brata... Strach pomyśleć w co można
się wpakować wierząc w treści publikowane na Internecie. Na jednej
z aukcji można kupić suplement białkowy dla sportowców. 13% białka
i 73% aminokwasów. Nie wiem czy ukończona podstawówka to
przypadkiem nie za dużo, żeby zrozumieć bezsens tej
reklamy.
Wiara w słowo pisane wielu zawiodła na manowce. Czy trudno
zaimponować komuś wiedzą na sieci, powiedzieć kilka zdań
sprawiających wrażenie mądrych, które podkreślają naszą widzę? Nie
oszukujmy się - to technobełkot. Na tym vortalu dziesiątki osób
piszą o oprogramowaniu z perspektywy mentora. W rzeczywistości
niewielu z nich posiada jakąkolwiek wiedzę. A już prawie nikt
wiedzę rozległą, sobie przypisywaną. Pamiętacie reklamę Ace?
Jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Człowiek
też.
Ale przecież niektóre treści są niegroźne. Np. biografie sławnych
ludzi. Henryk Batuta bez wątpienia zasługuje na
uwiecznienie w Wikipedii. Jasne, że to przykład ewidentnego
wandalizmu, który należy tępić. W żadnym wypadku nie można mieć o
to pretensji do Wikipedystów, najwyżej do tego co tkwi w nas
wszystkich - chęci psucia i niszczenia. I nie ważne czy robi się to
dla zgrywy, czy ze względów ideologicznych, jak nieustanne próby
usunięcia artykułu Krytyka papieża Jana Pawła II z Wikipedii.
Zupełny brak kultury w sieci i złudne poczucie bezkarności, pchnęło
z pewnością każdego użytkownika do złego. Przynajmniej raz.
Ktoś może mi zarzucić, że brak kultury jest tępiony i tyczy się
tylko nowicjuszy. Przecież jest netykieta. Tak, ale to zbiór
zaleceń, które w zasadzie nie różnią się niczym od
zasad pokojowej koegzystencji w społeczeństwie. Zaleceń, do których
nikt nie musi się stosować. Bo ani IRLani w sieci nie każdy chce być miły, często przenosząc swoją
frustrację na innych. O frustracji i krzykactwie zresztą pisałem
poprzednio.
Papier (także jego elektroniczny odpowiednik) jest cierpliwy i
przyjmie wszystko, z czasem ta jadowita, myląca informacja uleży
się na sieci a Google zaczną ją serwować jako istotny wynik
wyszukiwania. My szukając informacji trafimy na bełkot, przyswoimy
go a później powielimy. I tak wkoło. Bezwzględna wiara w słowo
pisane, szczególnie w tak otwartym środowisku jak Internet, jest
zgubna.
Internet ma wiele wad, jedną z nich jest jego wiek. Z jednej strony
jest młody i niestety z racji wieku ciężko znaleźć w sieci
informacje sprzed jego popularyzacji (kto zna wynik pierwszego
powojennego, ligowego spotkania piłkarskiego w Polsce?). Z drugiej
ma już wystarczająco wiele lat, by wytworzył się ogromny szum
informacyjny, który utrudnia odsianie informacji wiarygodnej i
wartościowej. Poszukiwanie informacji staje się jeszcze trudniejsze
w połączeniu nieumiejętnego konstruowania stron i kalectwa
użytkownika. Dostępność stron stara się okiełznać WAI - jedna z
jednostek W3C. Jak widać dostępność jest i dla nich kłopotliwa - na
jednej tylko podstronie znalazłem trzy martwe linki do ich własnych
dokumentów. Niestety link do zgłaszania błędów też prowadził do
strony z błędem 404. Wysłałem e-mail w tej sprawie i dostałem
odpowiedź, że nie jestem autoryzowany by pisać listy pod wskazany w
FAQ adres do zgłaszania błędów - muszę czekać. Szkoda, może przejdę
autoryzację i moje uwagi zostaną uwzględnione. Wszak minęło dopiero
dziesięć dni od zgłoszenia.
Nie tylko dostępność treści jest elementem jej opakowania. Forma,
sposób zapisania informacji, stylistyka są nie do przecenienia,
jeśli zależy nam na czytelnym i trafiającym do odbiorcy przekazaniu
wiedzy. Drążąca tą "czystość" plaga - nowomowa - jest najbardziej
niebezpieczną z chorób Internetu. Jak nie wiesz o czym piszę, to
jesteś n00b.
Pwnd!
Slang jest ciekawy, póki nie rozciąga się na każdą czynność w sieci
i prawdziwym życiu. Poklikashhh? Skont yeste$ kotqqq??????
Yestem tiaka siamotna....... Nic dziwnego, kto by chciał
rozmawiać z czternastoletnią miłośniczką krótkich bluzeczek i
ścigaczy, która nie potrafi napisać poprawnie jednego słowa? O
interpunkcji kiedyś czytała w Naszej Miss i jest pewna, że od tego
zachodzi się w ciążę. Bykom stop! A jeśli to choroba, to należy ją
leczyć jak każdą inną. Ktoś z Was widział, by uczeń legitymował się
świstkiem papieru, który upoważnia go do chronicznego kichania na
zajęciach?
Boję się o swoją przyszłość. Książki na mojej półce pokrywają się
grubą warstwą kurzu, a ja stukam w klawisze pisząc to wszystko, co
dotrze do Was... w formie elektronicznej. Jak poradzicie sobie z
oddzieleniem ziarna od plew? Kto Wam powie, czy ten felieton jest
jadalny? ;-)