30 tysięcy orgazmów, czyli sextech na CES 2020

Strona główna Aktualności

O autorze

W 2020 roku po raz pierwszy na prestiżowych targach elektroniki użytkowej CES swoje miejsce oficjalnie miały gadżety z tzw. branży sextech. To po części efekt ubiegłorocznego oburzenia po tym, jak organizatorzy targów odebrali nagrodę przyznaną firmie sextechowej Lora DiCarlo. Ale nie tylko.

Pomimo oficjalnego uznania obecności erotycznej branży na CES i wydzielenia jej miejsca w strefie Health and Wellness, przedstawicieli sextechu było niewielu. Udało mi się naliczyć sześć firm. Chociaż wychodzenie z niszy nie jest łatwe, to obecni na CES przedstawiciele okazywali spory entuzjazm i mówili, że spotykają się z bardzo pozytywnym odbiorem.

- Chętnie wystawiamy się w miejscach, w których zwykli ludzie mogą z nami porozmawiać - mówi mi Mona Ghannoum, która razem z firmą Strap U prezentowała bezuprzężowy strap-on z nadmuchiwaną uchwytem dopochwowym. - Cały czas widzę osoby, które omijają nas zawstydzone, ale za każdym razem jest coraz więcej takich, które podchodzą i zadają mnóstwo pytań.

Mona prezentuje mi najnowszy produkt, czyli wspomniany strap-on. Nowatorskim rozwiązaniem, jakie zastosowała firma Strap U, jest wyposażenie gadżetu w nadmuchiwany element, który poprawia utrzymanie go we właściwym miejscu. Jak mówi mi Mona, wiele kobiet, które chcą używać bezuprzężowych strap-onów, ma problem z utrzymaniem ich w pochwie. Temu ma zaradzić właśnie nadmuchiwany element, który dopasowuje się do anatomii pochwy i blokuje w niej gadżet.

Oprócz tego strap-on wyposażony jest w element stymulujący łechtaczkę, a sama część penetrująca jest wibratorem z siedmioma wzorami wibracji i trzema prędkościami. Przyjemność dla obydwu partnerów. Strap-on Strap U jest też stosunkowo niedrogi, kosztuje ok. 100 dolarów.

Obecność firm sextechowych na CES 2020 to świetna okazja, aby zobaczyć, jak ta branża wykorzystuje trendy i technologie znane z innych dziedzin. Firma Lioness z USA pokazała pierwszy smart-wibrator, który zbiera dane o użytkowniczkach (na razie nie ma modelu dla mężczyzn) i używa sztucznej inteligencji do analizy orgazmów.

Lioness twierdzi, że ma już dane z 30 tysięcy sesji zakończonych orgazmem (oczywiście wszystkie dane są anonimowe), co jest wg nich największym zbiorem tego typu danych na świecie. W przyszłości Lioness chce wykorzystać dane do przewidywania preferencji seksualnych i "ulepszania" kobiecych orgazmów.

Przedstawiciele branży sextech na CES 2020 nie zapomnieli też o mężczyznach. Na targach znalazłem 3 gadżety przeznaczone specjalnie dla panów. Firma Myhixel z Hiszpanii zaprezentowała urządzenie dla mężczyzn, które ma poprawić jakość stosunków seksualnych poprzez opóźnienie wytrysku i przedłużenie samego stosunku. Kierowane jest przede wszystkim do osób, które cierpią na przedwczesny wytrysk, czyli ok. 30 proc. populacji.

W pakiecie razem z urządzeniem dołączana jest aplikacja z programem ćwiczeń opracowanym przez lekarzy seksuologów i seksterapeutów. W wersji o 70 dolarów droższej są też zdalne konsultacje z lekarzem.

Firma Lovense skupia się przede wszystkim na czystej przyjemności w epoce zaawansowanych technologii. Lovense Max 2 to sztuczna pochwa o imponujących możliwościach. Oprócz standardowych funkcji, jak różne motywy uciskania i wibracji oraz kontrola przez aplikację, Max 2 pozwala też na zsynchronizowanie z wibratorem dla kobiet Nora i na przeżywanie namiastki wspólnego seksu na odległość.

Lovense pracuje też nad połączeniem Max 2 z wirtualną rzeczywistością. Już teraz firma przygotowała kilka demonstracyjnych scenariuszy i współpracuje z twórcami nad rozszerzeniem biblioteki.

Firma Mysteryvibe z Kalifornii zaprezentowała kilka urządzeń. Między innymi wibrator o szerokich możliwościach zmieniania jego kształtu oraz wibrator dla mężczyzn stymulujący jednocześnie prącie, jądra, prostatę oraz łechtaczkę partnerki. Prace badawczo-rozwojowe nad wibratorem Tenuto trwały ponoć aż trzy lata.

Coś więcej niż zabawki

Pozostaje pytanie, czy targi nowych technologii to odpowiednie miejsce na prezentacje i promowanie seks gadżetów. Moja odpowiedź brzmi: tak, to idealne miejsce. Powodów jest kilka. Po pierwsze, sztuczne blokowanie dostępu branży sextech do największych targów technologicznych z powodu tabu jest po prostu śmieszne. Mamy XXI wiek i większość ludzi już nie czerwieni się na dźwięk słów pochwa czy penis, i nie odwraca wzroku na widok wibratora.

Po drugie, problemy seksualne dotykają ogromnej części społeczeństwa. Niektóre z nich to problemy medyczne, inne mają podłoże psychologiczne, które też mogą być symptomami schorzeń. To z kolei prowadzi do nieszczęśliwych i rozpadających się związków, frustracji i poczucia niskiej wartości osobistej. Jeśli są urządzenia, które w domowym zaciszu mogą rozwiązać przynajmniej część tych problemów, to powinno się je promować, jak najszerzej.

Po trzecie, branża sextech warta jest dziś 30 mld dolarów i rośnie w tempie 12 proc. rocznie. Przed takimi pieniędzmi nie da się zamykać drzwi w nieskończoność.

Po czwarte, gadżety erotyczne często cechują się ciekawszym podejściem do wykorzystania nowych technologii niż większość firm "technologicznych", które z roku na rok pokazują dokładnie to samo i są po prostu nudne. Wśród firm sextechowych widziałem najwięcej innowacji i myślenia "outside of the box", czyli nieszablonowych koncepcji, niż w jakiejkolwiek innej branży.

Może giganci technologiczny, którzy wciskają nam na siłę nieprzydatnych asystentów i inteligentne miksery, "ukradną" sextechowi podejście do nowych technologii i ich wykorzystania w prawdziwie konsumenckich produktach.

© dobreprogramy