Miał być najpiękniejszy chiński system, a wyszło jak zwykle – małe co nieco na temat Deepin Linuksa i niespójności rodem z Windows 10

Nie tak dawno na jednym z popularniejszych spośród polskich portali pojawił się wpis traktujący o nowej wersji Deepin Linuks. Nie bano się tam użyć określenia “najpiękniejszy chiński system”, co mnie bardzo zainteresowało, jeśli mam być szczery. Był to akurat okres, kiedy Ubuntu sam z siebie zaczął mi się sypać (taki jego urok), więc postanowiłem skorzystać z okazji i zainstalować wychwalane cudo. 

Nośnik instalacyjny zrobiłem, wyczyściłem dotychczasowe partycje (systemową i domową), skorzystałem z instalatora (prosty i przejrzysty, nie ma sensu go opisywać), a na koniec zwyczajnie uruchomiłem komputer.

Pierwsze wrażenie 

Jeśli o to chodzi, to trzeba uczciwie przyznać, że Deepin Linuks MOŻE się spodobać. Na start pojawia się minimalistyczny konfigurator, podsuwający nam pod rękę poszczególne opcje personalizacyjne. Znajdziemy tam przełącznik przezroczystości, wybór przewodniego motywu (jasny lub ciemny), kilka paczek ikon i takie tam – niby nie ma tego dużo, ale ten robi to robotę. Oczywiście wszystko to dostępne jest w każdym momencie z poziomu systemowych ustawień, gdyby nie spodobał nam się uzyskany efekt. Co ciekawe, możemy wybrać jedną z dwóch predefiniowanych interpretacji paska zadań - modną (a’la macOS) oraz wydajną (a’la Windows).

Gdy ujrzałem te nazwy od razu nasunęła mi się myśl, iż pomimo wyboru już sami twórcy wskazują nam jedyny “godny” wybór (chyba, że jesteśmy tzw. “blogerem” – wtedy moda szybuje na zasłużone pierwsze miejsce). 

Jak już wspominałem na początku, po przejściu krótkiej, wstępnej konfiguracji naprawdę można odczuć pewną dozę oczarowania. Wszystko zdaje się być dopracowane, spójne i ładne - tak jak twierdzili we wpisie, który zachęcił mnie do instalacji. Problem w tym, że wystarczy poobcować trochę więcej z systemem, aby się przekonać, że nie jest to do końca prawdą. 

Pierwszy zgrzyt 

Załóżmy, że tak jak ja zdecydowaliście się na ciemną kolorystykę. Otwieracie menadżer plików, spodziewacie się pięknie zaprojektowanego, czarnego interfejsu, a tam rażąca po oczach biel. Błąd? Ponowne uruchomienie i ten sam efekt. No nic, może to jednostkowy przypadek? Sprawdzacie kolejne systemowe aplikacje i za każdym razem kończy się w ten sam sposób - spektakularne oślepienie. W pierwszej chwili zapewne pomyślicie, że ten czarny motyw kończy się i zaczyna na pasku zadań i bocznym panelu z ustawieniami - również tak pomyślałem, póki nie odkryłem czegoś dziwnego. Otóż preinstalowane aplikacje wspierają ciemny motyw (co ciekawe i jednocześnie dobijające, nie wszystkie), lecz każdą z osobna musimy przełączyć ręcznie. Jaki jest więc sens globalnego przełącznika (chyba, że chodzi o Google Chrome – ten akurat się do niego stosuje)? Może ja czegoś nie rozumiem. 

Co dalej? Wyłączyłem sobie efekt przezroczystości, bo mi osobiście nie jest do szczęścia potrzebny. Generalnie nie powinno to się z niczym szczególnym wiązać, a jednak … Po dokonaniu takiego, a nie innego wyboru, nie możemy skorzystać z widoku wielozadaniowości - iście przemyślana i niczym nieuargumentowana decyzja. Podejrzewam, że chodziło o rozmycie tła obecne podczas korzystania z tego trybu, ale co za problem użyć jednolitego koloru? Że niby tak brzydko wygląda, więc lepiej zwyczajnie pozbawić użytkownika dostępu do takowej funkcji? Żeby było zabawniej, przycisk zamykania systemu otwiera pełnoekranowy widok, który oczywiście posiada półprzezroczyste tło i to jakoś nikomu nie przeszkadzało. Nie jest to nawet jednostkowy przypadek, gdyż to samo tyczy się pełnoekranowej formy menu start i ekranu logowania. 

Im dalej w las, tym jeszcze gorzej 

Przejdźmy teraz do rzeczy bardziej użytecznych, czyli funkcjonalnych niedociągnięć. Podium na mojej liście absurdów bezsprzecznie zajmuje umiejscowienie centrum powiadomień. Przez pierwsze kilka dni byłem pewny, że coś takiego w ogóle tutaj nie istnieje, a pojawiające się raz po raz dymki po prostu przepadają. Jakie było moje zdziwienie, gdy przez przypadek znalazłem stosowny odnośnik w panelu ustawień … Tak, żeby uruchomić centrum akcji należy kliknąć w aktywator (tzw. menu start), następnie w Ustawienia, później w coś a’la hamburger menu i dopiero wtedy możemy przejrzeć powiadomienia. Proste i logiczne, prawda? Jeśli ktoś zna jakiś skrót klawiaturowy (ja do takowego nie dotarłem), to będę wdzięczny - to jednak wcale nie niweluje problemu, zwłaszcza u przeciętnego użytkownika. Poza tym, jak na niby “najpiękniejszy chiński system” są one niemiłosiernie brzydkie i nieczytelne. 

Z nieznanego mi powodu, KDE Connect nie umożliwia wysyłania czy odpisywania na SMS. Na początku myślałem, że być może w repozytorium dostępna jest jakaś mocno stara wersja, więc ręcznie pobrałem najnowsze wydanie. Oczywiście niczego to nie zmieniło i za chiny ludowe nie jestem w stanie zmusić go do działania. To samo tyczy się odpowiedzi poprzez Messengera. Jakieś sugestie? 

Nie bardzo rozumiem dlaczego dwuklik w ikonę pracującego w tle programu (zasobnik systemowy, czy jak to się w linuksie nazywa) nie działa tak jakbym się tego spodziewał, tj. nie uruchamia ukrytej aplikacji (inne środowiska graficzne nie mają z tym problemu). Jedyne co mogę w tym przypadku robić to ratować się prawym przyciskiem myszy. 

Kolejny absurd, ponownie dotyczący interfejsu i logicznego ułożenia jego poszczególnych elementów. Kliknięcie w ikonę głośności uruchamia pływające okienko z suwakami. Kliknięcie w ikonkę dysku otwiera pływające okienko z podpiętymi wolumenami. Kliknięcie w ikonę sieci ukazuje nam Wi-Fi wykrywane w pobliżu. Klikniecie w ikonę baterii … przenosi nas do ustawień(?). Nie wiem kto wpadł na ten genialny pomyśl i dlaczego mu to do głowy przyszło, ale jest to co najmniej dziwne. Przełączenie trybu pracy laptopa, czyli włącznie oszczędzania baterii lub jakiegoś trybu wydajnego, nie powinno wymagać uruchomienia systemowych ustawień. Bo i niby dlaczego? Zresztą, znajdziemy tam taki ogrom opcji, że spokojnie mogli je upchnąć do małego pływającego okna. 

Na koniec wisienka na torcie, czyli nieogarnianie wyświetlania obrazu na zewnętrznym ekranie. Duplikowanie? Jak najbardziej. Tryb rozszerzony? Nie ma problemu. Wyłącznie drugi ekran? Można zapomnieć - przynajmniej w moim przypadku, gdyż problem może być czysto programowy. Mnie i każdego normalnego użytkownika to jednak nie obchodzi – nie działa i tyle (bez żadnego widocznego komunikatu o błędzie). Pozostając w temacie wykorzystania zewnętrznego źródła do wyświetlania obrazu wypada mi wspomnieć o przymusie ręcznego przerzucania wyjścia dźwięku z laptopa na TV. Co ciekawe, mam tak na każdej jednej dystrybucji (niezależnie od wykorzystanej wersji jądra) – z czego to wynika? Nie mam pojęcia, ale jest to strasznie irytujące. 

Ale żeby nie było, że wyłącznie narzekam 

Muszę jednak uczciwie napisać, że Deepin Linuks w kilku aspektach zrobił na mnie również pozytywne wrażenie. Nie jest przesadnie przeładowany zbędnymi ustawieniami, jednak oferuje kilka naprawdę przydatnych rzeczy. Warto przy tym nadmienić, że każdą z nich osiągniecie w mniej lub bardziej konwencjonalny sposób wszędzie indziej, niemniej przeciętny użytkownik ceni sobie wygodę i możliwość “wyklikania” wszystkiego. 

Tak więc spodobało mi się zarządzanie programem rozruchowym GRUB wprost z poziomu systemowych ustawień, tj. włączymy / wyłączymy tło, opóźnienie rozruchu, a także zdefiniujemy co uruchomi nam się automatycznie (niekoniecznie pierwsza rzecz z listy). Nic nadzwyczajnego, ale jeszcze nie spotkałem się z żadnym natywnym narzędziem tego typu. 

Deepin zawiera w sobie również mechanizm znany mi z Ubuntu, dzięki któremu w prosty sposób zainstalujemy własnościowe sterowniki do karty graficznej. Dwa kliknięcia, restart i gotowe – zero stresu. 

Warto nieco nawiązać do ekranu pierwszej konfiguracji, a także obecnych w nim opcji personalizacyjnych. Jasne, istnieją pod tym względem bardziej rozbudowane środowiska graficzne (chociażby KDE), jednak warto zachować w tym aspekcie umiar. Zapewnić użytkownikowi faktycznie potrzebne funkcje, zamiast zasypywać go możliwością konfiguracji dosłownie wszystkiego – wbrew opinii maniaków to naprawdę mało kogo rajcuje. 

Dotychczas wykorzystywane przeze mnie odmiany (Mint, Fedora oraz Ubuntu) za chiny ludowe nie chciały uruchomić ArchiSteamFarm poprzez dwuklik w eksploratorze plików, zawsze musiałem dokonywać tego z poziomu konsoli. Pewnie to kwestia ustawień zabezpieczeń, no ale w sumie użytkownika średnio to interesuje – tam nie działa, a tutaj owszem. 

Już tak całkiem bonusowo dodam, że domyślnie uruchamiany widok eksploratora plików to kalka rozwiązania obecnego w Windows 10 (Quick Access), choć też nie do końca. Owszem, po jego uruchomieniu ujrzymy wszystkie dostępne biblioteki i partycje, lecz brakuje ostatnio uruchomionych plików – niby odnośnik do nich znajdziemy po lewej stronie, lecz wolałbym ich wkomponowanie w ten główny widok. 

Podsumowując 

Pamiętajcie, że opisuję tutaj wyłącznie domyślnie dostępne rozwiązania, bo tylko wtedy porównania mają jakikolwiek sens. Jak już zaznaczałem, prawdopodobnie wszystkie wymienione rzeczy osiągniemy poprzez mniejszy lub większy wysiłek, nawet nie mogąc tego prosto wyklikać - sęk w tym, że to właśnie “proste wyklikanie” warunkuje przydatność danego rozwiązania w oczach tzw. ZU. 

Czy patrząc na wszystko co napisałem zgodzicie się z pierwotną tezą? Ja zdecydowanie nie, chyba, że niespójność i niekonsekwencja jest dla nas pięknem samym w sobie. Nawet pomijając to Deepin nie jawi się jako nazbyt urodziwy – zwykły przeciętniak starający się kopiować innych. Do tego ma masę dziwnych rozwiązań (m. in. ustawienia systemowe w formie paska bocznego i to nieszczęsne centrum powiadomień), choć trzeba przyznać, że działa bardzo żwawo i prawie bezproblemowo (prócz tego o czym wspominam wyżej). 

Nie pozostaje mi nic innego jak zapytać - jakie są Wasze propozycje, jeśli chodzi o dobrze działający system oparty o jądro Linuksa? W zasadzie przerobiłem już wszystko prócz jakiś egzotycznych dziwów (choćby nie ruszyłem jeszcze Elementary OS) i póki co zawsze coś nie działa.