Apple Event 2020, czyli msza śnięta (opinia)

Strona główna Aktualności

O autorze

Jeśli wrześniowe imprezy z cyklu Apple Event są mszami, jak nazywają je fani marki z Cupertino, to tegoroczna edycja nie zdołała wyjść poza introit. A towarzyszący im kult świętości pogubił kilka liter i oto wyszła senność. Krótko: naprawdę słabo to wyglądało.

Przez lata Apple przyzwyczaił nas do tego, że to właśnie wrześniowa impreza jest punktem kulminacyjnym całego roku. I nie ma co ukrywać, dlaczego tak się stało: dotychczas było to miejsce premier kolejnych iPhone'ów, zdecydowanie najbardziej ikonicznego produktu w całym portfolio Apple. Dotychczas – bo akurat w tym roku nowego iPhone'a na Apple Event zabrakło.

Gdyby chcieć tu upchnąć jakąś zgrabną metaforę, to dostaliśmy nawet nie tyle frytki bez soli, co samą sól na kartonowym talerzyku.

Znamienne jest to, że gwiazdą wieczoru uczyniono nowy model iPada Air (od 2899 zł), który jest de facto okrojonym iPadem Pro (od 3899 zł). Ma wprawdzie nieznany dotąd procesor Apple A14, ale też zaledwie dwa głośniki, nie cztery, oraz zauważalnie uproszczoną biometrię, a mianowicie czytnik linii papilarnych w przycisku zamiast rozpoznawania twarzy.

Idąc ścieżką produktową, dalej jest tylko gorzej. Nowy iPad 10.2 (od 1599 zł), który na tle poprzednika wyróżnia się zmienionym procesorem, to dla większości użytkowników czysta kosmetyka. Już dwa wcześniejsze modele pod względem szybkości działania nie budzą żadnych zastrzeżeń.

Pojawił się też Apple Watch 6 z miernikiem natlenienia krwi (1899 zł), a także ekonomiczny Apple Watch SE (1299 zł). Przy czym z tym ostatnim wiąże się pewien paradoks: choć jest reklamowany jako niedrogi, to jednak nie będzie najtańszym Apple Watchem, gdyż w sprzedaży pozostaje kilkuletni model serii 3 (999 zł).

Nie mając sprzętowego arsenału, producent poszedł w usługi, skądinąd z roku na rok przynoszące mu coraz większe zyski. I tak dowiedzieliśmy się o dwóch nowych propozycjach. Po pierwsze – usługa Fitness+ zapewni dostęp do materiałów treningowych autorstwa znanych instruktorów. Po drugie – usługa Apple One zagreguje wszystkie dotychczasowe oferty w kilka pakietów.

Ciekawe? Na pewno swych entuzjastów znajdzie – tyle, że żadne z powyższych ogłoszeń nie jest informacją godną kalibru generowanego przez Apple Event. To raczej drobiazgi, które do tej pory firma z Cupertino serwowała nam w didaskaliach. Albo informacjach prasowych.

Z tego wszystkiego wyłaniają się jedynie nowe wersje systemów operacyjnych, które, jak się okazuje, zobaczymy już 16 września. iOS 14, iPadOS 14, tvOS 14 oraz watchOS 7 — wszystkie mają trafić do użytkowników w tym samym momencie. I trochę paradoksalnie, właśnie ta informacja—zaserwowana na sam koniec imprezy, dodajmy—sprawiła, że nie przespałem epilogu.

Jasne, każdy rozsądny człowiek doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji epidemicznej: zaburzonych łańcuchów dostaw i ogólnego chaosu logistycznego. Pytanie: po co w takim wypadku szarga się opinię tak kultowej imprezy, jaką jest wrześniowy Apple Event? To nie miało sensu. To zmarnowana 1 godz. i 5 min z życia każdej osoby zainteresowanej marką Apple. Msza śnięta.

© dobreprogramy
s