Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Echa przeszłości: Warhammer 40,000: Dawn of War

Nigdy nie uważałem się za gracza komputerowego. Nie mam po prostu pieniędzy, czasu ani nawet chęci na regularne śledzenie wszystkich wychodzących nowości. Ciężko powiedzieć, skąd taki a nie inny stan rzeczy (teoretycznie spełniam wszystkie warunki potrzebne do powstania no-lajfa), być może przyczyną są moje początki przygody z komputerami.

Jak już kiedyś wspominałem, chodzi o lata 1999/2000. Pasjans i Pinball wbudowane w nieszczęsnego Windowsa Millenium to w zasadzie moja pierwsza styczność z wirtualną rozrywką w domowym zaciszu. Przełom nastąpił w roku 2004.

Po wygraniu wszystkiego, co się tylko dało w Pinballa, postanowiłem zakupić pierwszą 'prawdziwą grę'. Coś z mega-wypas grafiką 3D (czyli cokolwiek innego niż wspomniane minigry od Microsoftu), poważnym settingiem i fabułą oraz trybem multiplayer. Udałem się więc w ciemno do najbliższego salonu pewnej sieci sklepów na literkę E i po prostu stanąłem przed półką 'PC' ze zdobycznym (na urodziny) banknotem stuzłotowym. Oczywiście nijak nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zaraz nieodwracalnie zdefiniuję swoje początki grania na komputerze i zacznę coś, co będę wspominał tyle lat później.

r   e   k   l   a   m   a

Koniec końców mój wybór padł na Warhammera 40,000: Dawn of War.

For the Emperor!

Wydane w 2004 roku dzieło Relic Entertainment faktycznie mogło łatwo przyciągnąć moją uwagę, kiedy miałem 10 lat mniej. Pudełko ozdabiał zakrwawiony Marine, a hasła umieszczone na tylnej części okładki obiecywały wszystko to, co obiecać się dało. Ocena 9/10 od CD-Action była wtedy jeszcze wcale porządnym gwarantem jakości, a wymagania spełniał nawet mój domowy komputer.

Gra była wyśmienita pod każdym względem i nie mogłem oderwać się od monitora. Kampania dla jednego gracza miała zaskakująco sensowną fabułę i choć nie stanowiła przesadnego wyzwania, bardzo przyjemnie się ją przechodziło. W kolejnych misjach dorzucano nowych przeciwników i zaznajamiano gracza z rozmaitymi mechanizmami (kolejno podstawowa piechota, baza, pojazdy, artyleria). Najwięcej frajdy dawał mi tryb Potyczki, w którym można było wybrać mapę, ustawić tryb rozgrywki i po prostu tłuc się z dowolną ilością komputerowego adwersarza w nieskończoność.

Dawn of War był RTSem niezwykłym. Wienie oddano w nim klimat uniwersum Warhammera 40,000. Speeche jednostek były nieprawdopodobnie klimatyczne i wraz z pompatyczną, orkiestrową muzyką tworzyły zgraną całość. Patosu było dużo, ale nie na tyle, aby było to śmieszne lub wkurzające. Każda z 4 grywalnych ras była faktycznie unikatowa (wyjąwszy dość logiczne podobieństwa pomiędzy Marines a Chaosem). Balans sił był również co najmniej bardzo dobry, zawsze dało się wygrać niezależnie od okoliczności.

Wystarczy rzut oka na intro, aby zobaczyć, jak miodna to była produkcja. Sam filmik do dzisiaj uważam za najlepszy w historii gier:

It's my duty to serve!

W kampanii dla pojedynczego gracza pojawiała się czasem Gwardia Imperialna, a w jednej z misji można było nawet kontrolować kilka oddziałów jej piechoty i czołg bojowy Leman Russ. Nie powinno więc nikogo zdziwić, że pierwszy dodatek do gry, o wdzięcznej nazwie Winter Assault, dodawał właśnie Gwardię jako piątą grywalną rasę.

Pamiętam, że było to przedmiotem kontrowersji w dyskusjach z pewnym kolegą z okolicy. On także namiętnie grywał w Dawn of War i również zakupił Winter Assault tuż po premierze. Ciągle sprzeczaliśmy się, czy nowe siły Imperium były najsłabszą rasą czy też nie, czasowo zajmowaliśmy też stanowisko, że Gwardia była najsilniejsza.

Nowa rasa była bowiem nieco bardziej sytuacyjna. Oddziały piechoty były wyśmienite w starciach strzeleckich i w obronie, posiadały jednak mało życia, beznadziejne statystyki walki wręcz i nie były zbyt zróżnicowane. Winter Assault przyniosło także po jednej nowej jednostce dla każdej z istniejących ras. Wyjąwszy Eldarów były to właśnie oddziały do walki wręcz, co nie było po myśli fanów Gwardii Imperialnej.

The fist of Mont'Ka is here!

Kolejny dodatek do Dawn of War był znacznie bardziej przełomowy. Po pierwsze, nie wymagał on podstawowej wersji gry, w dodatku można było go uruchamiać bez wkładania płyty do napędu. Wiernych fanów serii postanowiono nagrodzić następującym mechanizmem: w trybie multiplayer można było grać tylko nowymi rasami, chyba że miało się zainstalowane poprzednie części serii, co odblokowywało wszystkie. Pomysł nie taki znowu najgorszy, niestety szalenie niewygodny. Na szczęście była opcja obejścia takiego rozwiązania poprzez ręczne skopiowanie odpowiednich plików i podmianę jednego pliku tekstowego. Ciężko nazwać to crackowaniem, bowiem tak czy siak wklejałem pliki i klucze z moich oryginalnych kopii gier.

Jedną z nowych ras było Dominium Tau, specjaliści w walce na daleki dystans. W rękach sprawnego gracza stanowili niesamowite zagrożenie, nie byli jednak przepakowani. Tego samego nie mogę niestety napisać o drugiej z nowych nacji - Necronach. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, byli po prostu overpowered. Ich podstawowa piechota była darmowa, a przy tym dobra w każdym rodzaju starć. Lord zostawiał daleko w tyle pozostałych bohaterów/dowódców. Szczytem przepakowania byli Flayed Ones, bardzo mocni w starciu wręcz, bardzo żywotni, desantowani w dowolne miejsce na polu bitwy, a do tego zjadający powoli morale oddziałów przeciwnika. Po ich śmierci wystarczyło zaś podprowadzić Lorda z odpowiednim artefaktem, aby natychmiastowo wskrzesić poległe wcześniej jednostki...

Dark Crusade to także pierwsza odsłona nowego systemu kampanii. Zamiast kilku oskryptowanych misji z rzędu do dyspozycji graczy oddano planetę z polami zajmowanymi przez różne rasy, wszystkie poza wybraną kontrolowanymi przez komputer. Gra podzielona była na tury i każda strona wykonywała swoje ruchy, tak więc sytuacja ciągle się zmieniała (jak w grze 'Ryzyko'). Za podbój terytoriów były bonusy oraz jednostki oznaczone jako 'weteran', które pełniły funkcję przybocznej armii naszego bohatera. Można też było dawać mu nowy, lepszy ekwipunek.

Niestety, taka kampania miała mniej klimatu. Wszystkie misje poza finalnymi twierdzami danej rasy był zwykłymi potyczkami, a mechanizmy armii przybocznej i ekwipunku pozwalały stworzyć z dowódcy nieśmiertelnego koksa, który anihilował własnoręcznie całe armie wrogów.

Dark Crusade, pomimo problemu Necronów, było jednak rozkwitem serii jeśli chodzi o tryb multiplayer. O ile znalezienie ludzkich adwersarzy w Winter Assault graniczyło z cudem, tak teraz serwery pękały w szwach. Organizowano kupę mniej lub bardziej oficjalnych turniejów, ja sam zaś miałem grupę znajomych, z którymi codziennie graliśmy po Sieci. Śmiem twierdzić, że byliśmy nawet nieźli.

Początek końca

Trzecim i ostatnim dodatkiem był Soulstorm autorstwa już nie Relic, a Iron Lore. W pewnym sensie ta część zabiła całą serię. Dwie nowe rasy były za słabe i niezbyt ciekawe (nikt o zdrowych zmysłach nimi nie grał), powrócił wymóg płyty w napędzie (choć w Sieci krążył no-CD crack), a społeczność zaczęła odpuszczać - zniknęły turnieje i wielu dobrych graczy. Większość modów z Dark Crusade została przeportowana, jednak nie powstawały raczej nowe.

Nie pomagał też fakt, że Relic zapowiedział Dawn of War II. Normalnie rzecz biorąc, fani powinni się cieszyć, jednak druga część miała być całkowitą zmianą o 180 stopni. Gracz miał sterować małą ilością jednostek, którym sam dobierałby ekwipunek wypadający z przeciwników. Brzmi znajomo? :)

Po premierze Dawn of War II faktycznie potwierdziła się część obaw, nowy model rozgrywki tyczył się jednak głównie kampanii dla jednego gracza. Tryb multiplayer nie był taki znowu zły, muzę jednak przyznać, że całość niespecjalnie wciągała i że gdzieś kompletnie zatracono klimat oryginalnego Dawn of Wara. Gra doczekała się dodatku Chaos Rising, który nie pomógł jednak na bolączki nowej części i właściwie zakończył serię na dobre.

2014

Serwery świecą już niestety pustkami, nie znaczy to jednak, że gra umarła. Ciągle powstają nowe mody (zazwyczaj dodające nowe rasy), a Potyczki z komputerowymi przeciwnikami nadal sprawiają mi tyle frajdy, że trzymam sobie na dysku bez żalu Dark Crusade. Pomaga też fakt, że hula ono pod Wine.

Z racji wieku gry te można od dawna zakupić za jakieś śmieszne pieniądze, wliczywszy w to dystrybucję cyfrową jak Steam. Jeżeli ktoś nie grał, to szczerze polecam, a jeśli grał - może zbierzemy kilka osób i pykniemy po multi? :) 

linux gry hobby

Komentarze