Battlefield V – recenzja trybu dla pojedynczego gracza. Ach ta polityka...

Strona główna Aktualności

O autorze

Nie będę ukrywać, że po wersji beta nie oczekiwałem od Battlefielda V zbyt wiele. Deweloper gry, szwedzkie studio EA DICE, wyraźnie pokazał kierunek, w jakim podąża. Już wydana w 2013 r. „czwórka” okazała się równią pochyłą dla quasi-symulacyjnego charakteru serii, a jej pierwszowojenna następczyni tylko zintensyfikowała arcade’owe naleciałości, ostatecznie budując doświadczenie z pogranicza Call of Duty i Star Wars: Battlefront.

Ale jest też coś, co Battlefield 1 zrobił zdecydowanie lepiej od konkurencji i wszystkich poprzednich odsłon, a mianowicie kampania fabularna. Nie było to może doświadczenie tak spektakularne i obrazowe jak świetny film „Okop” w reżyserii Williama Boyda, ale pomysł na poprowadzenie narracji z perspektywy kilkorga wzajemnie niezależnych postaci okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu autorom udało się skondensować szeroki wachlarz smaczków, od starć rozmaitych rodzajów piechoty, poprzez bitwę pancerną, a skończywszy na walce w powietrzu.

A jako że oprawę drugiej wojny światowej, w odniesieniu do pierwszej, uważam za ciekawszą, tym bardziej ostrzyłem sobie zęby na kolejną odsłonę. Wyraźnie nowocześniejsza broń i bliższe teraźniejszości taktyki, przy mimo wszystko historycznym tle, to – wydawałoby się – idealne podwaliny pod jeszcze bardziej pasjonującą i różnorodną opowieść. Tylko, ile z tego trafiło do Battlefielda V? Ano bardzo niewiele, a właściwie to… nic.

Miłe złego początki, lecz koniec żałosny

Pisał Krasicki, tworząc przy okazji jedno z popularniejszych przysłów. Przyznam, do najnowszej produkcji EA DICE pasuje ono znakomicie. Akcja rusza z wysokiego C, genialnym wprowadzeniem, w którym skoczymy ze spadochronem na Narwik, poprowadzimy niemieckiego Tygrysa przez libijską pustynię czy, wreszcie, jako pilot kultowego Bf 109 spróbujemy przechwycić eskadrę angielskich bombowców nad Hamburgiem. Kwintesencja drugiej wojny światowej. Niestety obliczona na maksymalnie kwadrans intensywnej zabawy.

Później następuje bolesne uderzenie w ścianę. Wzorem „jedynki” twórcy podzielili fabułę na cykl niezależnych opowieści, ale są one tylko cztery, nie pięć jak poprzednio, z czego ostatni rozdział zostanie dodany dopiero 4 grudnia, jako bezpłatne DLC. Łatwo obliczyć, że na premierę przygotowano zaledwie trzy historie. Co gorsza, są one do bólu przewidywalne, wręcz szablonowe i zbudowane w duchu – nie bójmy się tego powiedzieć – forsowanej ostatnimi czasy mody na uświadamianie o (nie)równości ras i płci. Wprowadza to karykaturalną sztuczność, która mocno podkopuje klimat.

Trzy historie to trzech bohaterów: angielski rabuś wcielony do jednostki specjalnej, norweska partyzant i senegalski imigrant walczący dla Francji. Nie chciałbym wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale dziwnym trafem z białego Anglika zrobiono bezmózgowca, który próbuje wysadzać samolot poprzez położenie ładunku na skrzydle i omyłkowo informuje wroga o swojej pozycji. Tymczasem norweska kobieta w pojedynkę odbija zakładnika, a Senegalczycy skutecznie szturmują niemieckie umocnienia, co – jak wielokrotnie podkreśla narrator – nie udało się regularnej armii francuskiej. Sami oceńcie, jak to wygląda z perspektywy trzeciej osoby.

Niemniej dyskusyjny zarys bohaterów to jedno, drugie zaś – sam sposób rozgrywania i przebieg misji. Wprawdzie, przynajmniej w moim mniemaniu, plusem jest pominięcie najbardziej wyeksploatowanych miejscówek, takich jak plaże Normandii czy Stalingrad, ale pomimo tego nie uniknięto pewnej szablonowości wydarzeń. Przykładowo, pierwsza historia nastawiona jest na skradanie i już taka pozostaje do końca. Analogicznie, na dalszych etapach króluje, odpowiednio, eksploracja i strzelanie. Ostatecznie brakuje w Battlefieldzie 5 momentów godnych zapamiętania – jest to gra, którą przechodzi się dosłownie i w przenośni, czasem na pograniczu lunatykowania.

Leniwy spacerek przez płotki

Tak, to chyba najlepsze określenie tego, co tym razem zaserwowało EA DICE. Patrząc na kampanię fabularną, niemalże pod każdym względem poczyniono krok w tył. Battlefield nigdy nie był serią kojarzoną z efektownymi skryptami czy nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, ale tutaj osiągnięto po prostu apogeum nudy o dynamice porównywalnej niekiedy z typowymi symulatorami chodzenia pokroju Everybody gone to the Rapture. Serio. Pojazdy, wizytówka marki, w kampanii fabularnej jako obligatoryjne występują tylko raz i to przez około 30 sekund sceny pościgu lekkim pojazdem gąsienicowym za kolumną ciężarówek. Nawiasem mówiąc – jest to chyba jedyne urozmaicenie misji eksploracyjnej, pomijając możliwość szybszego przemieszczania się przy użyciu nart.

Ale przecież nikt nie ocenia FPS-ów za kreacje postaci czy fabułę, lecz frajdę płynącą ze strzelania, prawda? Prawda – tylko Battlefield V, jak już zdążyłem zasugerować, nie daje zbyt wielu okazji do zabawy udostępnionym arsenałem. Oczywiście można ustawić najniższy poziom trudności i bawić się w Rambo, ale architektura gry przeważnie temu nie sprzyja. Powtórzę, jedynie ostatni rozdział, we Francji, ma charakter strzelanki. Na otwartych przestrzeniach Afryki, gdzie trafiają Brytyjczycy, frontalny atak to proszenie się o szybką śmierć. Z kolei w norweskiej tundrze nasycenie wrogami jest niewielkie. Wiem, że stanowi to ukłon w stronę realizmu. Może jednak, projektując strzelankę, autorzy powinni dobrać inne, bardziej dynamiczne scenariusze? Podpowiem: bitwa pod Kurskiem.

Ładnie, nawet bardzo. Tylko co z tego?

I właśnie, monotonia gameplay'u kładzie się cieniem na całej przygodzie, nakrywając nawet dyskusyjne kreacje postaci i oczywiste wątki polityczne. Niestety przez to cierpią także aspekty zrealizowane na najwyższym poziomie, na czele z oprawą audiowizualną. Battlefield V jest bez wątpienia najładniejszą grą o drugiej wojnie światowej, ale ciężko to docenić, patrząc przez oczy podparte na zapałkach. Paradoksalnie, kiedy przed upływem 5 godzin na liczniku ujrzałem napisy końcowe, odetchnąłem z ulgą. Spacerek dobiegł końca, a ja mogę z czystym sumieniem zabrać się za tryb wieloosobowy. O tym jednak więcej dowiecie się już w kolejnej publikacji. Na ten moment konkluzja brzmi: jeśli chcesz kupić BF-a V jedynie dla kampanii, to lepiej zrobisz wpłacając ekwiwalent na schronisko dla zwierząt, albo nawet kupując sobie – nie wiem – kilkadziesiąt tabliczek czekolady. A do snu szczerze polecam „Rok 1812” Czajkowskiego.

© dobreprogramy