Informatyczne Panta Rhei

Choć minęło już dwa i pół tysiąca lat od tego błyskotliwego stwierdzenia, to nadal nieustannie wszystko płynie. Czy to woda w kranie czy (swa)wolne elektrony w przewodach. Nawet gorzej, bo zdaje się stale przyspieszać i coraz bardziej zadręczać. Tak, tymczasowość to skutek uboczny upływu. Wszystko zależne od perspektywy bo czym innym jest umowna chwila dla obserwatora złapanego w uścisk czarnej dziury, a inna dla tego oddalonego miliony lat świetlnych dalej. Ale tak bliżej, znacznie bliżej, a nawet zupełnie bliziutko bo już tuż pod blachą naszych komputerów – wszystko powoli acz nieubłaganie zmierza ku usłudze – a więc z założenia wyjątkowo tymczasowej, nietrwałej i niekontrolowanej przez nas: użytkowników docelowych.

Chmury

Zacznijmy od czegoś popularnego i łatwego do zmaltretowania, od naszej meteorologii, czyli chmur – tych rzecz jasna nie obliczeniowych, a z nowomowy, opisujących hosting plików. Ilu to piewców i ewangelizatorów już było co daliby się pokroić za głoszone tezy o niezawodności tych usług? Pewnego dnia zamknięto szalenie wówczas popularny MegaUpload – pewnie każdy o tym słyszał i szczególnie nikt się nie przejął. Nikt poza nieszczęśnikami, którzy używali tej usługi jako formę backupu, niestety dla nich jedynego. I choć można być równie złośliwym co aroganckim twierdząc, że to byli zwyczajni głupcy, i że prawdziwa niezawodność tkwi w rozproszeniu takich usług, to fakt faktem, że chmura wyparowała z dnia na dzień zabierając ze sobą prócz kolekcji pirackich treści również zdjęcia i filmy rodzinne nieświadomych niewinnych. Ot tak po prostu, pstryk i nie ma; miało nie być i nie było. Obrońcy cyfrowych cumulonimbusów skwitowali, że to „przecież była typowo piracka usługa i że to było do przewidzenia”. Być może tak właśnie było, a więc nie zatrzymując się płyniemy dalej. SkyDrive (dziś OneDrive), oczko w głowie Microsoftu pewnego dnia wykasowało obrazy płyt *.iso. Ponownie pstryk, bez ostrzeżenia. A czy ISO koniecznie musi służyć korsarskim praktykom to już pozostawię w gestii wyobraźni, ufam że większej niż decydentów w MS… Podgryzając temat z jeszcze innej strony: jaką gwarancję w ogóle ma użytkownik, że integralność jego danych nie zostanie naruszona? I nie mam na myśli tutaj możliwych celowych modyfikacji (bo to temat na osobny wpis) tylko o dbaniu usługodawcy by żaden „data rot” nie dotknął żadnego klienta. Takich gwarancji również zero.

Sklepy

To teraz weźmy na tapetę sklepy, a raczej e-sklepy czyli ich cyfrowe odpowiedniki. Ilu to optymistów jest co już pozbyło się całej płytoteki (niekoniecznie z przyczyn zajętości miejsca i niekoniecznie z braku niezależnej od e-sklepu gry na płycie)? Ilu to mamy zwolenników DRM, którzy nawet nie rozumieją co ten skrót oznacza? Pewnego dnia na Steam – okręcie flagowym growych sklepów – pojawiły się łatki usuwające starą ścieżkę dźwiękową z „Grand Theft Auto: Vice City” i „Grand Theft Auto: San Andreas”, de facto zubażając produkt za który klient zapłacił prawdziwymi pieniędzmi za treść niedostępną i przymusowo zmodyfikowaną (jeśli automatycznie aktualizuje) bez możliwości powrotu. Spływając w okolice konsol, PlayStation Store usunął „P.T.” czyli demo najnowszego i nigdy niewydanego „Silent Hill(s)”, również z listy pobrań uniemożliwiając ponowne ściągnięcie i instalację. Dryfując w tym bystrym nurcie, nie można nie wspomnieć i o Google Play, które nie tylko filtruje aplikacje w podejrzany sposób co usuwa je z listy kupionych jeśli zostanie wyrzucona ze sklepu (obecnie mają nawet uprawnienia do usuwania z telefonu, ale nie słyszałem jeszcze by komuś wywinęli taki numer – jeszcze nie). Microsoft naturalnie nie może być gorszy, więc zdążył się niedawno pochwalić (!) takim wspaniałym „ficzerem”, że „w razie W” to mogą sami odinstalować komuś coś z powodu (tutaj miejsce na dowolny powód). Powraca jak bumerang również temat web-aplikacji lub jak kto woli, „aplikacji progresywnych”, które można wrzucić do tego samego worka – bo tak jak i te czysto internetowe, tak i te „szczątkowo-postępowe” zależne od e-sklepu bądź hosta, w każdej chwili mogą wyparować na zawsze, z dnia na dzień…

Systemy operacyjne

Przed nami prawdziwy wodospad wrażeń. Systemy operacyjne także mutują do formy tymczasowej usługi. Zanim tradycyjnie powyżywam się na Windows 10, wspomnę że macOS też święty nie jest, bo czy ten dzisiejszy umożliwia użytkownikom uruchamianie programów np. z linii „Irbisa Śnieżnego”, nie mówiąc już o porzuconej dawno temu Rozecie? Stale trzeba aktualizować oprogramowanie – z GUI całe. Teoretycznie już za darmo, w praktyce wliczone w cenę sprzętu, a i nie każdy deweloper będzie rozwijać program w nieskończoność. Ale, ale. Windows nieszczęsny, lub jak kto woli Windows 10, to znacznie wyższy poziom korporacyjnego e-chamstwa. Użytkownicy wersji Home nie mają kontroli nad aktualizacjami, pozostali mogą je odraczać; nieśmiało i powoli gotuje się żabę dodając tu i ówdzie pierwsze formy reklamy; na razie tylko lekko podsuwa się Alcatraz w postaci trybu S; promuje w pełni kontrolowany przez Windows UWP i oswaja z postawą darmowego testera QA (nawet gorzej, bo takiego który sam płaci by nim zostać).

Podsumowanie

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłości wszystko co cyfrowe, co dziś znamy, będzie całkowicie niezależne od nas. Tymczasowe, często zmienne i kontrolowane przez kontrolujących w niekontrolowany sposób. Czy tego chcemy? Dzisiaj można się przed tym jeszcze bronić bo nadal w sklepach są komputery nie-terminale i pamięci masowe w przystępnych cenach. Jak długo masy będą odporne na propagandę odbierania sobie praw własności i decydowania? To wszystko płynie w złym kierunku. Bardzo szybko, dla mnie za szybko. Heraklit tego nie przewidział.