Czy czarno-biały ekran to lek na smartfony kradnące koncentrację?

Strona główna Aktualności
image

O autorze

.

Usłyszałem niegdyś pewien dowcip o rabinie udzielającym rad głowie rodziny mieszkającej w małym domu. Rozwiązaniem problemu ciasnoty miało być adoptowanie kozy – rzecz jasna wszystkim od tego zaczęło się żyć jeszcze gorzej, ale wtedy mądry rabin nakazał po prostu usunąć kozę. W ten sposób rodzina odczuła dokładnie tę ulgę, po którą udali się na samym początku. Oddaloną jedynie w czasie, ale czyż cierpliwość nie jest cnotą?

Mimo dość absurdalnych środków wyrazu, owa anegdota przypomina, że czasem musimy pogorszyć swoją sytuację, by w efekcie zaznać (odroczonego) szczęścia. Przypomniała mi się, gdy przeczytałem artykuł udostępniony na Twitterze przez dziennikarza technologicznego Leo Laporte.

Udostępnił on informację, że przestawił swoje telefony (iPhone X oraz Google Pixel 2) w tryb… monochromatyczny. Czyli wszystkie kolory zostały zastąpione odcieniami szarości: ekran, pomijając podświetlenie, zaczął wyglądać jak powierzchnia strony czytnika e-booków. Czy Leo miał na celu wywołać jedynie losową trudność (jak z tą kozą), by potem odczuć ulgę i docenić kolorowe wyświetlacze o wysokim kontraście? Nie, powód był zdecydowanie bardziej konkretny i poruszał zarazem niezwykle istotną kwestię: kradzieży koncentracji przez smartfony. Prześledźmy zatem, w jaki sposób król dramy Leo przeszedł od koncentracji do monochromatyzmu.

Fakt, że smartfony kradną naszą zdolność do skupienia i dokonują erozji attention spanu, czyli maksymalnej rozpiętości czasowej, przez którą potrafimy skoncentrować się bez przerwy na jednej kwestii, jest znany od dawna. Wiele osób nieużywających Facebooka (nieironicznie) wie o tym i często przytacza ów argument, postulując bezużyteczność i szkodliwość smartfonów. Ileż to razy dało się usłyszeć hasła z rodziny „za moich czasów było lepiej”, zazwyczaj wzbogacane o wymachiwanie żeliwną, spalinową Nokią z siedmiosegmentowym wyświetlaczem LCD (na zielonym tle). Przecież telefon ma służyć do dzwonienia! Trudno o merytoryczną debatę, bowiem wiele osób wydaje się nie akceptować tego, że istnieje middle ground między dwoma tymi poglądami. Nie trzeba być bowiem przyspawanym do smartfona, by wykorzystywać go jako narzędzie do sprawdzania służbowej poczty, czytania wiadomości i okresowej gry w Angry Birds na toalecie (czego zdecydowanie nie powinno się robić!), natomiast o wiele łatwiej się rozpędzić z nadużywaniem smartfonów. Całkiem łatwo tu o przykłady: co innego robić podczas jazdy autobusem? Gadać z obcymi? Nie robiłem tego nawet w czasach przed-smartfonowych, bo ponure spojrzenia informowały mnie, że byłem klasyfikowany jako niestandardowy akwizytor, a nie partner do rozmowy. Czytać książkę? Lepiej. Ale żeby było łatwiej, weźmy od razu wszystkie książki świata, w przystępnej formie – no i w ten sposób lądujemy z nosem w telefonie.

Jeszcze gorzej jest, gdy się na coś czeka: powiadomienia to za mało, włącza się FOMO (stan lęku prze przegapianiem) i dziwne przekonanie, że oczekiwana informacja nadejdzie dokładnie w momencie odłożenia telefonu. Rozpoczyna się wędrówka po aplikacjach celem znalezienia inspiracji. Bardzo często jest to wędrówka owocna: trafi się na zalążek artykułu, który prowadzi potem do zaskakująco ciekawych tematów. Ale nie zawsze tak jest – łatwo tu o pogoń za nieznanym bodźcem, podczas której mózg może i pracuje, ale na zupełnie „jałowym biegu”, co w praktyce jest otępiające.

Ten otępiający wpływ jest coraz dokładniej identyfikowany przez socjologię, ale również przez samą branżę elektroniki użytkowej, co może się wydawać dość niecodzienne. Tony Fadell, który dla uproszczenia jest nazywany w mediach współtwórcą iPhone’a, powiedział wprost o potencjalnych problemach z uzależnieniem dzieci od technologii. Takie słowa trzeba ważyć z ostrożnością, gdy jest się kimś na kształt osoby publicznej, bowiem prowadzi to do niezłych zawirowań publicystycznych (na co dowodem jest chociażby wspominanie o tym w niniejszym tekście). Apple, Google i Facebook są w konsekwencji coraz mocniej naciskane, by wprowadzić nową generację kontroli rodzicielskiej i zarządzania treścią. To niełatwe wyzwane, sama koncepcja „opieki rodzicielskiej” jest wszakże wieczyście skompromitowana i nie bez powodu uznawana za nieskuteczną z definicji. Istnieje jednak potencjalnie odmienna metoda podejścia do problemu, zasmucająco wręcz prosta.

Jak wygląda kwestia aplikacji mobilnych? Obecnie każda z aplikacji wbudowanych Google udaje prostotę, wykorzystując jednorodne kolory podstawowe. Jest to jednak mylący zabieg, ponieważ brak gradientów i ikon 3D wcale nie oznacza, że aplikacja nie jest wymagająca graficznie. Taki Gmail ma na przykład szereg funkcji reagujących na gesty, a każda z nich jest zaopatrzona w stosowną animację. Zewnętrzne aplikacje również pozorują przejrzystość: Facebook robi to dość nieudolnie, ale w zamierzeniu ma wyglądać jak prosta, mało wymagająca aplikacja. Co z tego, że zużywa 800 MB RAMu, skoro jej pasek tytułowy jest w jednym, prostym kolorze. W dodatku każda aplikacja co chwilę świeci swoją ikoną, informując o powiadomieniach, które przecież trzeba sprawdzić. A powiadomienia pokrywają jedynie 80% tego, o czym chcielibyśmy być powiadomieni, zasypując przy okazji morzem zbędnych informacji. Należy także pamiętać, że powiadomienia nie przychodzą tylko z Facebooka i poczty. Jest jeszcze Twitter, Instagram, Messenger… Wszystkie są zwodniczo proste i rzekomo „zadaniowe”. A jednak potrafią na tyle wyćwiczyć naszą wyobraźnię, że u milionów ludzi wyrabiają odruch sięgania po telefon – nawet, gdy nie ma do tego wyraźnego powodu. Po prostu uzależnienie od strumienia nowych bodźców w przypadku ich braku, każe nam ich kompulsywnie szukać. Żebyśmy byli lepiej poinformowani.

Nie są to jakieś szczególnie mroczne demony, które opętały nas, bo obudziła je popularyzacja smartfonów. To naturalny odruch. Kompulsywne sprawdzanie godziny było małą epidemią wraz z wkroczeniem naręcznych zegarków – po prostu smartfony mają więcej możliwości i zachodzi efekt skali. Okazuje się bowiem, że istotnie niewiele nam trzeba, by całkowicie przejąć nasze skupienie. Wystarczy bowiem zapewnienie o poświęceniu uwagi (spersonalizowane powiadomienia) i właśnie wspomniane wyżej kolory. Jeżeli zatem bodziec jest prosty, to jego wyizolowanie również powinno być proste. Ponownie nie jest to nic nowego: pamiętam, jak trudno było odciągnąć moje pokolenie od telewizora. Posadzenie nas przed książką było nierzadko straszną karą i skazywaniem na nudę, ponieważ książka był zbyt „spokojna”. Nie krzyczała na nas, nie była kolorowa i wymagała cierpliwości. Książkowa formuła zmusza bowiem do skoncentrowania się na treści, a nie na formie. Dlatego czytniki e-booków nie mają kolorowych wyświetlaczy, głośników ani pozytywki. Co się stanie, gdy przeniesiemy tę właśnie logikę na smartfony?

Na tym właśnie polegał eksperyment Laporte. Na próbie bliższego skorelowania smartfona z treścią, a nie z formą i samym jałowym przepływem informacji, w pewnym momencie wręcz dowolnych. Postanowiłem dołączyć do tego eksperymentu. Również włączyłem na swoim telefonie tryb monochromatyczny. Wątpiłem w sukces, mimo że byłby mi dość potrzebny. Ale najwyraźniej owa decyzja nie zapada całkowicie na świadomym poziomie (rzecz jasna żadna decyzja na nim efektywnie nie zapada, ale to dyskusja na inną okazję). Zacząłem bowiem sięgać po telefon rzadziej. Wiele wskazuje na to, że mój umysł po prostu chciał się okresowo napromieniować kolorami, a nie dostarczyć nowej, inspirującej pożywki dla wyobraźni. Zaznaczam jednak, że nie nastąpiła różnica diametralna. Być może dlatego, że nie wykorzystywałem telefonu do obrazów i filmów tak często, jak dzisiejszy typowy użytkownik. Podejrzewam, że w cudzych scenariuszach tryb monochromatyczny sprawdziłby się lepiej niż u mnie, bo czarno-biały telefon stałby się zwyczajnie denerwujący. Ale i tak zauważam poprawę. Przeraża mnie jednak nie to, jak wiele czasu okazuje się spędzać z telefonem, a to, że efekt nastąpił na nieświadomej płaszczyźnie.

Dotychczas zawsze miałem gotową wymówkę na to, dlaczego wyciągam telefon akurat teraz. Nawet, jeżeli robiłem to kompulsywnie i bez wyraźnego powodu, który byłby w stanie to usprawiedliwić. Tymczasem teraz tych wymówek mam mniej, a te dotychczasowe wydają się pozbawione sensu. Najwyraźniej zatem nigdy nie były prawdziwe, bo mój sposób korzystania z telefonu się nie zmienił, mam jedynie monochromatyczny wyświetlacz. Bardzo trudno tu o bezpośrednie wnioski, trudno nawet o rzetelne badania. This is not an exact science, jak mawiał doktor House. Jesteśmy zdani na podważalne przesłanki, subtelne korelacje i prawdopodobnie także efekt placebo. Dlatego zamiast czekać na porządne opracowanie tematu przeładowania bodźcami i jego redukcji badanej ściśle pod kątem monochromatycznego ekranu (to może być bowiem długie oczekiwanie…), sugeruję sprawdzić samodzielnie.

Najmocniej ucierpią na tym multimedia, ale prędko okaże się, że tak naprawdę całkiem spora doza przyswajanych treści wcale nie staje się zauważalnie uboższa wskutek redukcji kolorów. Komunikatory będą wyglądać najwyżej osobliwie, ale będą w pełni czytelne, nawet z obrazkami-reakcjami i emoji. Facebook zmieni się rozczarowująco skromnie, a aplikacje użytkowe jak Allegro albo IKO, jak się okaże, w zasadzie mogłyby pozostać monochromatyczne już na zawsze. Przy okazji telefon wydaje się mniej „krzyczeć”: zachodzi dokładnie ta sama, odczuwalna różnica, jak ta towarzysząca niegdyś odejściu od telewizora do książki.

W jaki sposób spróbować samodzielnie? Na Androidzie należy włączyć tryb dewelopera (uderzając niczym wariat w numer kompilacji systemu w dziale „O urządzeniu”), a w opcjach deweloperskich, które pojawią się wtedy w ustawieniach, wybrać „monochromatyczny” w ustawieniu „Symuluj przestrzeń kolorów”. Warto przy tym zauważyć, że niektóre nakładki takie jak MIUI oferują dostęp do tej funkcji bez włączania trybu dewelopera, ale brakuje w niej trybu monochromatycznego. Są za to pozostałe opcje, ponieważ pomagają one osobom cierpiącym na – uwaga! – deuteranomalię, protanomalię lub tritanomalię. Tymczasem w iOS należy wyszukać w Ustawieniach opcję „Filtry barwne”.

Wpływ jaskrawych barw na przeładowanie sensoryczne to coraz popularniejszy temat poruszany nie tylko przez socjologów i autorytety technologiczne, ale także przez zwykłych użytkowników (czy na pewno aż tak „zwykłych”…?) stosujących filtry. Trudno tu niestety o jednoznaczną opinię. Z radością przyjmiemy komentarze osób, które wypróbują filtr monochromatyczny! Wprowadzą niezbędne urozmaicenie względem różnorakich obowiązkowych deklaracji „a ja nie używam smartfona”, „nie mam Facebooka” czy „jestem wege”.

© dobreprogramy