HP Elite Dragonfly. Polska premiera laptopa, który potrafi "zniknąć" ekran

Strona główna Aktualności

O autorze

W czwartek oficjalnie debiutuje w Polsce laptop HP Elite Dragonfly. Przyznam, że z czystym sumieniem pominąłbym to wydarzenie, jak dziesiątki podobnych, gdyby nie pewien mały szczegół: mowa o konstrukcji, która zdaniem producenta jest liderem w dziedzinie prywatności. W materiałach reklamowych pada nawet stwierdzenie najbezpieczniejszy PC na świecie.

Jasne, marketingowcy mają najwyższe stopnie przymiotników i buńczuczne opisy w DNA. Czasem do tego stopnia, że wiele terminów uległo dzisiaj dewaluacji. Bo skoro parę diod może oznaczać ekstra wydajność w grach, to idąc tym tropem, wystarczyłoby dorzucić do notebooka naklejkę z hasłem nie dotykać i już można mówić o nadzwyczajnym bezpieczeństwie. Na szczęście HP podeszło do tematu z większą dozą powagi. Przekonałem się na własnej skórze.

Lekki, ale nie najlżejszy

Ale zacznijmy od podstaw. Z zewnątrz HP Elite Dragonfly nieszczególnie wyróżnia się na tle innych współczesnych laptopów klasy premium. Powiedziałbym nawet, że to taka konstrukcja urzędowa: co musieli, to wrzucili. Przy matrycy 13,3'' sprzęt waży 990 gram, a więc niewiele, jednak nie mniej niż LG gram 13 (965 g). Przy czym taka masa dotyczy wersji podstawowej, z baterią 38 Wh. W opcji pojawi się odpowiednio cięższy akumulator 56,2 Wh. Tak czy siak, rekordu nie będzie.

Zarówno szkielet, jak i obudowa wykonane są ze stopu magnezu, który polakierowano na kolor – zapnijcie pasy – opalizującej ważki niebieskiej. No dobra, jego nazwa jest absolutnie durnowata, ale pod względem estetyki wygląda naprawdę przyjemnie. Zresztą, przyjemne jest także spasowanie całości, a do tego potwierdzona certyfikatem MIL-STD 810G wodoszczelność.

I mógłbym się jeszcze trochę rozwodzić o 360-stopniowych zawiasach, które pozwalają sprawnie przekonwertować Dragonfly'a w tablet, czy całkiem rozsądnie dobranym zestawie portów: 2 szt. USB-C z TB 3, USB 3.1 Gen 1, HDMI 1.4, złącze słuchawkowe, opcjonalny modem z Nano SIM. Mógłbym przekleić broszurę o zaletach aktywnego pióra G3 i tak dalej. Tyle że po wszystkich tych Spectre'ach, ZenBookach, ThinkPadach czy XPS-ach byłby to ten sam makaron na uszy.

Anatomia magicznego przycisku

Was jednak zapewne w szczególnym stopniu interesuje to wspomniane najbezpieczeństwo, prawda? A więc HP Elite Dragonfly ma fizyczną zasuwkę kamery i aż dwa sensory biometryczne w postaci czytnika linii papilarnych oraz rozpoznawania twarzy z detekcją głębi. Co ciekawe, z obydwu można korzystać równocześnie, tworząc coś, co producent nazywa logowaniem dwuelementowym. Fajne, choć summa summarum pachnie przerostem formy nad treścią, jako że sam skan palca rozwiązuje sprawę nieautoryzowanego bezpośredniego dostępu.

Dlatego crème de la crème całości jest nie biometria, ale unikatowy sposób zabezpieczenia ekranu przed podglądaczami – HP Sure View. Na matrycy znajduje się opracowany we współpracy z firmą 3M filtr prywatyzujący, który uniemożliwia patrzenie pod kątem. Nie jest to jednak typowa folia, która działa w sposób stały, uniemożliwiając zarazem na przykład obejrzenie filmu ze znajomymi. Filtr Dragonfly'a można za naciśnięciem jednego przycisku wyłączyć. Jak? O ile zrozumiałem konferansjera, zabezpieczenie wykorzystuje zjawisko polaryzacji, która może zmieniać się w momencie przyłożenia napięcia. Miałoby to sens.

Jedziesz zatłoczonym pociągiem. Musisz odpisać na służbowego maila, jednak współpasażer, wyraźnie znudzony podróżą, non stop gapi się w twój ekran. Wciskasz magiczny przycisk i entuzjasta cudzych tajemnic musi obejść się smakiem. Docierasz na spotkanie. Potrzebujesz przedstawić projekt klientowi. Ponownie wciskasz przycisk, a twój klient komfortowo widzi wszystkie detale. Nie musicie się gimnastykować z przekazywaniem laptopa, jak to ma miejsce w przypadku filtrów naklejanych. Tak, właśnie stałem się wielkim fanem technologii Sure View.

Plusy ujemne

Niemniej zawsze są, jak to mawia pewien eksprezydent, plusy dodatnie i plusy ujemne. Do tej drugiej grupy należy niestety dobór podzespołów bazowych. Podczas gdy większość producentów zabija się o układy Intel Core 10. generacji, a więc Comet Lake oraz Ice Lake, HP postawiło na odchodzącą generację ósmą. Wprawdzie w wariancie vPro, co jest oczywistą konsekwencją nacisku na bezpieczeństwo, ale ciężko ukryć, że pod wieloma względami Dragonfly to maksymalnie początek, a nie końcówka roku 2019. I to wielu od tego sprzętu odepchnie.

Jasne, Core i7-8665U i 16 GB RAM LPDDR3 w połączeniu z maksymalnie 2 TB SSD na PCI Express to i tak sprzęt, który z typowymi zadaniami biurowymi jak edycja dokumentów, obróbka grafiki 2D czy przeglądanie internetu poradzi sobie tak, jak Niemcy z Brazylią w 2014. Trochę paradoksalnie, Intel nawet włączył Dragonfly'a do Projektu Atena, choć zarzekał się, że uwzględni w tej inicjatywie tylko urządzenia z procesorem 10. generacji. Ale niektórych nowości brakuje.

Wi-Fi 6 zostało zrealizowane dodatkowym układem, za co plus. Podobnie jak Fast Charge. Ponoć bateria ładuje się do 50 proc. w 30 minut, niezależnie od pojemności. Sporym zawodem jest natomiast zintegrowana karta graficzna UHD 620. Modele z Ice Lake'ami mają nawet 2,5-krotnie wydajniejsze iGPU. Mają też złącze HDMI 2.0, a nie 1.4 jak Dragonfly, przez co nie można z niego wyświetlić obrazu 4K w 60 Hz. Tu małą osłodę stanowi fakt, że wszystkie spośród trzech oferowanych matryc (Full HD 500 cd/m², Full HD 1000 cd/m² oraz 4K 550 cd/m²) obsługują technologię HDR.

Podsumowanie na gorąco

I tak, chciałbym wam przekazać coś więcej na temat wydajności, zwłaszcza układu chłodzenia, czy czasu pracy na baterii, jednak nie mogę. Dlaczego? Bo z HP Elite Dragonfly spędziłem jakieś pół godziny w warunkach premierowego zamieszania. Raz, że czasu dostałem zbyt mało, dwa – sami rozumiecie. Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejszy debiutant wydaje się jednym z ciekawszych sprzętów w swojej klasie na końcówkę 2019 roku, aczkolwiek sporo traci przez procesor starszej generacji. Będąc absolutnie szczerym, pomimo entuzjazmu tytułem znikającego ekranu, ja bym raczej tego sprzętu nie kupił. Również z uwagi na dość szaloną cenę, która w podstawowym wariancie (Core i3, 8 GB RAM, SSD 256 GB) ma wynieść ponad 6 tys. zł. Ale laptop ma swoją niszę.

© dobreprogramy