Hyperbook L14 Ultra: ultrabook z Białegostoku w akcji (test)

Strona główna Lab Ultrabooki i notebooki

O autorze

Hyperbook. Białostocki integrator kadłubków, którego większość kojarzy głównie z wysokowydajnymi notebookami dla graczy. I słusznie – bo firma ta rokrocznie oferuje szeroką gamę sprzętu z najwydajniejszymi mobilnymi procesorami i kartami graficznymi. Niemniej jednak od pewnego czasu stara się zaistnieć również w segmencie biznesowych ultrabooków, czego przykładem jest właśnie tytułowy L14 Ultra. Ale czy z takiego zwrotu może wyjść cokolwiek dobrego?

Bez wątpienia dobrym prognostykiem jest to, że Hyperbook nie usiłuje być jakkolwiek odkrywczy, a sam L14 Ultra to nie jest jeden z tych ultrabooków by firma gamingowa, jeśli wiecie, co mam na myśli. Nie straszy kolorowymi LED-ami ani nie stara się być konstrukcją dla graczy, niczym miniaturowe dziwactwa z GeForce'em GTX 1650 Max-Q. Jest natomiast sprzętem na wskroś przenośnym; przeznaczonym do codziennej pracy i multimediów. Hasło reklamowe brzmi tutaj: lekki, smukły, mobilny. I jest niezwykle esencjonalne.

Lekki, bo razem z baterią waży zaledwie 990 gramów, a jako że mierzy 322 x 216 x 16 mm, to siłą rzeczy także smukły. Wreszcie, mobilny, czego Hyperbook dowodzi deklarując aż 32 godziny czasu pracy na baterii. Nie, tam nie powinno być przecinka. Naprawdę.

Mój pierwszy kontakt z Hyperbookiem L14 Ultra był jednak mocno... nijaki

Notebook ten wygląda bowiem trochę tak, jakby został odrysowany od pierwszego lepszego szablonu. Bazuje na kadłubku Clevo L140CU, który ma po prostu okropnie spowszedniałą stylistykę. Użyty do wykonania stop aluminiowo-magnezowy wydaje się całkiem solidny, ale klasycznie trapezoidalny profil i nudnawe, czarne lakierowanie cofają właściciela o parę lat wstecz.

OK, dla konserwatystów będzie to pewnie zaleta, ale trzeba przy tym pamiętać, że obudowa z uwagi na swój kolor chętnie zbiera odciski palców. Nie tak chętnie jak większe Clevo, ale jednak się brudzi. Sama jakość wykonania jest natomiast gdzieś na poziomie siódemki w dziesięciostopniowej skali. Spasowanie przedstawia się w porządku, jednak klapa nieco się ugina. Minus również za plastikowe nóżki, które w żadnym stopniu nie utrzymują komputera w miejscu na blacie.

Za to plus za dobrze wyliczony zawias umożliwiający otwarcie jedną ręką, pomimo niskiej masy całkowitej laptopa, a także możliwość rozłożenia do 180 stopni. Sam tego nie uznaję, ale wiem, że są ludzie oglądający w ten sposób filmy w podróży. Im się na pewno spodoba.

Stylistyczne faux pas urządzenie nadrabia osprzętem. Z jednym (nie)małym wyjątkiem

Wykorzystana matryca to AU Optronics B140HAN06.2. Ma 14 cali, rozdzielczość Full HD, matową powłokę i jest typu IPS, co urzędowo gwarantuje szerokie kąty patrzenia. Zresztą, ogólna jakość obrazu jest tu naprawdę dobra. Pokrycie palety sRGB sięga 90 proc. a kontrast – 1550:1. Kolory są przez to odpowiednio nasycone i nawet dość wierne. Jedynie jasność mogłaby być wyższa. Nieco ponad 300 cd/m² to zbyt mało, aby korzystać z L14 Ultra w pełnym słońcu.

Złego słowa nie powiem też o klawiaturze ani gładziku. Dla mnie, osoby przyzwyczajonej do relatywnie wysokiego skoku klawiatur Della, aklimatyzacja z dość płytką konstrukcją Hyperbooka wymagała jednego-dwóch wieczorów. Niemniej po tym czasie nie mogłem narzekać. Informacja zwrotna jest wyczuwalna, układ klawiszy nie ma zbędnych udziwnień, całości dopełnia przyjemne, białe podświetlenie. Na upartego można przyczepić się do mikroskopijnych klawiszy kierunku. Touchpad działa zaś bez najmniejszych problemów, uwzględniając gesty.

Ale żeby nie było zbyt sielankowo – ogromną bolączką Hyperbooka L14 Ultra są głośniki, które nie dość, że zostały zamontowane na spodzie obudowy, to jeszcze wydają bardzo nieprzyjemny, metaliczny pogłos. Trochę paradoksalnie, notebook lepiej brzmi ustawiony na kołdrze, gdyż tłumi ona wydobywającą się z systemu audio kakofonię. Zatem, dla pisarzy – tak, dla muzyków – nie.

Zatrzęsienie złączy. Nie zawsze najlepiej dobranych

Jeśli chodzi o złącza wejść-wyjść, to sprawa jest niejednoznaczna. Z jednej strony Hyperbook okazuje się przydzielać gniazda bardzo szczodrze, z drugiej – nie zawsze bryluje pod względem ich funkcjonalności. I tak, po lewej stronie notebooka znajdziecie zasilanie, HDMI 1.4, USB 3.2 Gen 1 i USB-C, a po prawej – blokadę Kensington, USB 3.2 Gen 2, hybrydowe audio i czytnik microSD. Wyposażenie ultrabooka w aż dwa USB typu A i czytnik kart pamięci zasługuje na podziw, ale brak TB 3 czy przestarzałe HDMI to już ewidentne gafy.

Duża szkoda, że nie ma możliwości ładowania akumulatora L14 Ultra poprzez USB-C, które to oferuje tylko protokół DP, bez Power Delivery. Laptop wprawdzie wspiera szybkie ładowanie, ale trzeba niezmiennie używać zasilacza z zestawu, z klasycznym wtykiem okrągłym. Niestety, to wyklucza również zasilanie sprzętu za pośrednictwem monitora.

Co pod maską? Szału nie ma, lecz nadużyciem byłoby narzekać. I te możliwości personalizacji

Jak przystało na kadłubek, Hyperbook L14 Ultra może być zakupiony w bardzo szerokim zakresie konfiguracji sprzętowych. Jednakowoż egzemplarz dostarczony do testów to model niemalże bazowy. Pracuje pod kontrolą czterordzeniowego, ośmiowątkowego procesora Intel Core i5-10210U o taktowaniu 1,6—4,1 GHz, a do tego ma 8 GB RAM DDR4-2666, SSD 240 GB i system Windows 10 Home. Za generowanie grafiki odpowiada w nim zintegrowana UHD Graphics.

Taka konfiguracja kosztuje 4488 zł z systemem lub 3999 zł bez niego i może uchodzić za sensowną w myśl zasady maksymalizacji stosunku możliwości do ceny. Gdyby jednak ktoś miał taki kaprys, to może dopłacić 500 zł za podstawę z Core i7-10510U, a potem jeszcze doinwestować pamięć operacyjną i magazynową. Standardowe 8 GB RAM jest wlutowane, ale obsadzenie opcjonalnego slotu SO-DIMM pozwala zwiększyć ilość pamięci do 24 GB. Miejsca na dyski M.2 tymczasem są dwa, aczkolwiek tylko jedno wspiera NVMe. Mało? To Hyperbook oferuje płatne rozszerzenie gwarancji z dwóch do trzech lat, wyższej klasy pastę termoprzewodzącą i grawerowanie klapy.

Wydajność, czyli dwie strony medalu

Przechodząc bezpośrednio do wydajności, mam dla was dwie wiadomości: dobrą i złą. Zacznijmy od tej pierwszej. Dobra jest taka, że Hyperbook L14 Ultra w zastosowaniach biurowych, takich jak korzystanie z przeglądarki czy klienta pocztowego, a nawet strumieniowanie wideo spisuje się bez zarzutów, Ot, po prostu działa. I jest przy tym wprost niesłyszalny i tak chłodny, że można go trzymać na kolanach. Ba, można i na pościeli. Bez żadnego ryzyka.

A jaka jest zła? Ano taka, że ten laptop ma bardzo kontrowersyjnie ustawiony BIOS. Limit mocy dla obciążeń długotrwałych wynosi 15 W, ale short power max już 50 W. W rezultacie dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w których odpalenie wymagającej aplikacji powoduje nagły skok temperatury do ponad 90 stopni, a w związku z tym agresywne przyśpieszenie wentylatora. Tylko po to, by po chwili zobaczyć na budziku 2,3 GHz, wymuszone i temperaturą, i ciasnym limitem nominalnym. Nie mam bladego pojęcia kto i dlaczego tak zrobił. To kompletny nonsens.

Nie jestem zwolennikiem stosowania limitów 15-watowych, gdy czip dopuszcza 25 W, ale to w przypadku sprzętu ultraprzenośnego prosta droga do utrzymania przyzwoitej kultury pracy. Po co jednak w takim wypadku aż 50 W limitu chwilowego, ciężko powiedzieć.

Za pośrednictwem dołączonej aplikacji Command Center producent proponuje alternatywę, tryb energooszczędny. W takim wypadku limity mocy spadają do, odpowiednio, 10 oraz 20 W. Laptop staje się właściwie niesłyszalny, jednak za cenę około 25 proc. niższej wydajności. Widać to doskonale na przykładzie PCMark 10, w którym wynik spada z 3656 do 2688 pkt.

Przy czym już wyjściowo nie jest jakiś szczególnie spektakularny. Laptopy z Core i5-10210U potrafią przekraczać 4 tys. oczek. Inna sprawa, że podczas przeglądania internetu czy edycji arkuszy kalkulacyjnych nie da się tej dysproporcji poczuć, a kupowanie sprzętu pokroju L14 Ultra do tworzenia grafiki 3D czy montażu wideo konsekwentnie będę uważał za lekkomyślne.

Bądź co bądź, największą zaletą L14 Ultra ma być nie wydajność, lecz czas pracy w terenie

Wrócę więc do wspomnianego już na wstępie, ponoć niezwykle żywotnego akumulatora. Wbudowana bateria cechuje się pojemnością aż 73 Wh. To dużo. Doliczmy do układanki matrycę Low Power i przykręcony procesor i są szanse na spektakularny rezultat. A przypomnę, Hyperbook obiecuje nawet 32 godziny bez podłączania do źródła zasilania, choć nawiasem mówiąc, firma Clevo, producent kadłubka, już tak optymistyczna nie jest i podaje 20 godzin.

Mnie przy jasności ekranu ustawionej na 50 proc. i włączonym Wi-Fi, pracując głównie w przeglądarce Chrome, udało się korzystać z L14 Ultra przez dwa dni robocze, co w zaokrągleniu daje jakieś 15—16 godzin. Jednak przy maksymalnej jasności i zabawie w emulatorze RetroArch monit o konieczności podłączenia do zasilania wyświetlił się już po około 5,5 godziny. To oczywiście fenomenalne wyniki, plasujące testowany model w ścisłej czołówce rankingów. Niemniej trzeba pamiętać, że są osiągane nie tylko monstrualną baterią, ale także kosztem wydajności.

Do szybkiego ładowania zastrzeżeń nie mam. Działa tak, jak opisuje producent: 50 proc. w 50 minut i 100 proc. w jakieś 2,5 godziny. Przerwa kawowa przy gniazdu sieciowym i spokojnie wystarczy energii na lot z Warszawy do Madrytu. Za akumulator – wielki plus dla Hyperbooka.

Hyperbook L14 Ultra — czy warto kupić?

Raczej tak, o ile masz świadomość dokładnej specyfiki tego sprzętu. Hyperbook L14 Ultra nie jest ani najpiękniejszym, ani najlepiej wyposażonym, ani najszybszym ultrabookiem. Wprawdzie, jeśli jeszcze o tym nie wspomniałem, ma kilka smaczków typu logowanie Windows Hello czy łącznie aż trzy porty USB 3, ale widać wyraźnie, że jego konstruktorzy mieli tylko jeden motyw przewodni. Stworzyć sprzęt o jak najdłuższym czasie pracy w terenie. I to się po prostu udało.

Jeśli więc szukasz takiego długodystansowca i zdajesz sobie doskonale sprawę, że nie może być on jednocześnie liderem w wydajności, a przy tym nie przeszkadzają ci pewne archaizmy, to śmiało. Osobną kwestię stanowi, że w moim mniemaniu cena rzędu 4,5 tys. zł za podstawową konfigurację z systemem Windows 10 Home to lekka przesada. Nie żeby była jakaś absurdalnie wygórowana, tylko sprawia ona, że ciężko znaleźć dla L14 Ultra konkretne miejsce na rynku.

Śmiem wątpić, że statystyczny użytkownik domowy, który wykorzystuje laptopa do oglądania filmów i grzania nóg, wybierze konstrukcję Hyberbooka, gdy obok stoi na przykład ZenBook 14 UM431DA za 3,2 tys. zł. Cięższy o 400 gramów i pracujący na baterii jakoś dwukrotnie krócej, ale za to wyposażony w lepsze audio, szybszą kartę graficzną i dwukrotnie większy dysk. Korpo-szczury z kolei raczej nie wymienią swoich Latitude'ów, ThinkPadów czy MacBooków na L14 Ultra. Trochę z uwagi na dostępność akcesoriów takich jak dedykowane stacje dokujące, trochę z przyzwyczajenia, a trochę z czystego snobizmu. Polubiłem L14-stkę, ale sukcesu komercyjnego jej nie wróżę.

© dobreprogramy
s