Idole z YouTube'a, czyli absurd, nonsens i hipokryzja. Za nimi – stado baranów

Strona główna Aktualności
image
Źródło: Depositphotos

O autorze

Wszystkie znaki na niebie zwiastują, że lada dzień Felix „PewDiePie” Kjellberg utraci prymat w dziedzinie największej liczby subskrybentów na YouTubie. Wprawdzie sam zainteresowany stara się udawać nieprzejętego tą perspektywą, ale jego zachowanie świadczy o czymś zupełnie przeciwnym. Popularny prezenter wywołał lawinę, której aktualnie nie da się zatrzymać.

Pamiętacie akcję z włamaniem do drukarek i ulotkami reklamowymi? To tylko wierzchołek góry lodowej. YouTuber Mr Beast wykupił bilbordy w całym swoim mieście, a Justin Roberts zrobił to samo, tyle że na Times Square. Idąc dalej, Markiplier odpalił strumień, na którym obiecał nie przestawać mówić dopóki wszyscy widzowie nie subskrybują PewDiePie'a, a Jacksepticeye rozpoczął nachalną kampanię promocyjną w swoich materiałach. I tak, to tylko przykłady.

Jasne – wszyscy wymienieni szukają poklasku, chcąc wykorzystać medialny szum do zwiększenia swych notowań. Problem w tym, że w oczach wielu widzów – podejrzewam tych najmłodszych, choć mogę się mylić – są jednostkami opiniotwórczymi, co prowadzi do pewnej nagonki.

Jak wiadomo, kanał T-Series, z którym aktualnie rywalizuje Kjellberg, należy do indyjskiej wytwórni muzycznej, a statystyczny widz wszystkich wymienionych panów po prostu lubi zadymę. Efekt jest taki, że wylewają się hektolitry ofensywnych i często bardzo wulgarnych komentarzy nie tylko pod adresem zespołu T-Series, ale także, a może przede wszystkim Hindusów jako ogółu.

I co na to główny bohater? Aby odciąć się od oskarżeń o prowokowanie tego typu sytuacji, PewDiePie uruchomił zbiórkę pieniędzy na rzecz Child Rights and You, indyjskiej organizacji charytatywnej walczącej o prawa dzieci. Cel jest oczywiście słuszny, ale zmiana wizerunku może szokować. – Każdy wydaje się tak pochłonięty, każdy wydaje się tak zaangażowany w to, subskrybuj PewDiePie'a, bla bla bla. I szczerze czuję, że na to nie zasługuję – tłumaczy celebryta w klipie informacyjnym, dodając, że „nie przejmuje się, czy konkurencja zdoła go wyprzedzić, czy nie”.

Co zabawne, ten sam „skromniacha” jeszcze miesiąc temu rapował pod adresem T-Series obraźliwe hasła, rozrzucając wulgaryzmy i prymitywne gierki słowne. Czyżby target się wyczerpał i trzeba było sięgnąć po inny rodzaj widza? Ocenę tego teatru absurdu pozostawiam w waszej gestii.

Mnie natomiast martwi coś innego, a mianowicie łatwość, z jaką internetowi idole potrafią sterować odbiorcą. Rzesze ludzi zastanawiają się dzisiaj, jakim cudem funkcjonowała propaganda pierwszej połowy XX wieku, stojąca u podstaw wszystkich dyktatur i obydwu wojen światowych, a przecież byle komentatorowi gier tak niewiele trzeba, aby porwać za sobą tłumy. I nikogo nie interesuje, że facet zmienia poglądy częściej niż skarpetki, a hipokryzję czuć nawet przez ekran monitora.

© dobreprogramy