reklama

Jak na używanych grach tracą sami gracze — według Frontier Developments

Strona główna Aktualności

O autorze

Miłośnik gier komputerowych, konsolowych i nowych technologii, zwłaszcza owoców azjatyckiej myśli technicznej. Recenzent, czasem doradca oraz fotograf, zawsze otwarty na innych ludzi. Filolog.

Twórcy gier już od dawna krzywo patrzą na — według nich — niecny proceder obrotu używanymi tytułami. Zazwyczaj zjawisko przedstawiane jest głównie jako złe, bo zmniejsza dochody producentów, ale David Braben z Frontier Developments próbuje nas przekonać, że przede wszystkim gracze szkodzą sami sobie.

Ojciec kultowego Elite doszedł do kilku wniosków. Wyszło mu chociażby, że coraz mniej jest propozycji robionych dla szerszego grona odbiorców, niekoniecznie ogromnych hitów. Nie opłaca się ich wypuszczać. Sklepy z grami sprzedadzą pierwszy rzut, a potem nie domawiają nowych egzemplarzy, gdyż czerpią zyski z popularnego programu odpłatnej wymiany. Rynek się nie rozwija. Kasowane są obiecująco zapowiadające się projekty.

Coraz mniej mamy też porządnych gier nastawionych na historię dla samotnika. Bez wciśniętego na siłę trybu multiplayer, wymagającego do działania podania jednorazowego kodu, dostępnego wyłącznie z nowymi egzemplarzami tytułów. To projekty największego ryzyka, gdyż po zakończeniu wątku fabularnego gracze bez bólu zazwyczaj swój nabytek odsprzedają. I to szybko, by zwróciła im się większa część wydatku.

Z tego powodu nie ma według Brabena nawet co śnić o obniżce cen nowych produkcji. Przynajmniej dopóki producenci nie zaczną czerpać zysków z obrotu używanymi grami. Albo zupełnie nie przestawimy się na cyfrowy model dystrybucji.

© dobreprogramy
reklama

Komentarze

reklama