Recenzja Meizu 16X – tysiąc małych błędów

W latach sześćdziesiątych, czechosłowacka wówczas Škoda wydała model nazwany „1000 MB”. Nazwa miała być uhonorowaniem 1000-lecia lokacji miasta, z którego pochodziła marka (Mladá Boleslav). Jednak ze względu na naturę tego pojazdu, polscy użytkownicy używali innego rozwinięcia tego akronimu – „tysiąc małych błędów”. Niechaj ten motoryzacyjny wstęp będzie wprowadzeniem do recenzji Meizu 16X – mocnego średniaka, bądź (jak kto woli) zubożonego flagowca.

Klasycznie zacznijmy od opakowania. Niby tekturowy szczegół, który po rozpakowaniu ląduje w szafie na dwa lata, ale jednak wypada coś o nim wspomnieć. Przede wszystkim jest skromne i minimalistyczne. Czarny kolor dodaje całości elegancji, wraz z połyskującą na wieku liczbą „16”.

Tutaj wspomnę, że choć prawidłowo ten smartfon nazywa się „Meizu 16X”, to na niektórych rynkach (w tym w Polsce) sprzedaje się ten model jako „Meizu 16”. Moim zdaniem wprowadza to w błąd, ponieważ tak samo nazywa się aktualny flagowiec marki (dla odróżnienia, jego prawidłowe oznaczenie to „Meizu 16th”). Spory miszmasz dla kogoś, kto nie jest zainteresowany tematem nazewnictwa tej azjatyckiej marki.

Wracając do opakowania, znajdziemy w nim ładowarkę, przewód USB Typu C, książeczki (gwarancja, instrukcja), szpikulec do wyciągania tacki oraz oczywiście smartfona. Tutaj bym zakończył wywód na temat opakowania, ale wspomnę Wam o czymś, co mnie zaskoczyło. Nigdy nie myślałem, że będę opisywał… zapach opakowania. Po otwarciu pudełka możemy poczuć intensywną woń taniego plastiku. Może i jest to problem pierwszego świata, ale rozpakowując produkt za 1800zł nie spodziewam się po nim zapachu nowych opon.

Przejdźmy do samego urządzenia. Jego design to połączenie najnowszych trendów z klasycznymi rozwiązaniami. Na froncie nie znajdziemy praktyczie niczego poza wyświetlaczem o proporcjach 18:9 (zajmującym 90,92% powierzchni frontu), jednak nie ma tutaj miejsca na żadne większe udziwnienia pokroju wcięć w wyświetlaczu. Nad nim znajduje się frontowa kamerka, zbiór czujników i wyprofilowany otwór na głośnik, zlewający się z górną częścią smartfona. Na niej nie ma niczego, poza mikrofonem.

Wszystkie potrzebne złącza znajdziemy na samym dole. Przede wszystkim jest USB Typu C (niestety 2.0), po prawej stronie znajduje się głośnik, a po lewej mikrofon i gniazdo jack. Osobiście nie byłem zadowolony z jego umiejscowienia w dolnej części telefonu, ponieważ przeszkadzał mi w komfortowym trzymaniu smartfona przy podłączonych słuchawkach. To jest jednak kwestia gustu i zapewne znajdą się osoby, którym takie umiejscowienie będzie odpowiadało.

Po lewej stronie wyświetlacza znajdziemy tackę na dwie karty nano SIM. Nie ma sensu jednak szukać gniazda na kartę microSD, gdyż takowej nie zamontujemy, pozostając z 64 lub 128 GB pamięci wewnętrznej. Prawa strona to klasyczne przyciski głośności i blokady telefonu. Ich wykonanie oraz skok są odpowiednie.

Tył urządzenia jest wykonany w całości z aluminium. Przy górnym i dolnym krańcu zamontowano plastikowe maskownice anten, w kolorze delikatnie jaśniejszym od pozostałej części obudowy. Poza nimi, znajdziemy jedynie podwójny aparat z sześcioma (!) diodami LED oraz logotyp producenta. Muszę wspomnieć, że metalowe plecki bardzo łatwo ulegają palcowaniu się. Ciężko utrzymać telefon w czystości, a nawet bym stwierdził, że jest to właściwie niemożliwe.

Poza śladami palców, nie mam temu smartfonowi niczego do zarzucenia pod względem jego wykonania. Użyte materiały są odpowiedniej jakości przy tej klasie urządzenia, a elementy obudowy idealnie spasowane. Ewentualnie mógłbym napomnieć o tym, że bez dodatkowego etui, raczej nie polecam używania Meizu 16X w jednej dłoni. Telefon jest bardzo lekki i bardzo cienki, przez co przez cały czas obcowania z urządzeniem miałem wrażenie, że może mi ono wypaść z ręki. Szkoda, że producent nie pomyślał o wodoszczelności (która nie jest jednak czymś obowiązkowym wśród smartfonów ze średniej półki cenowej).

Wyświetlacz

Mamy do czynienia z 6-calowym ekranem, wykonanym w technologii AMOLED. Jego natywna rozdzielczość to 1080 x 2160 pikseli, co daje nam zagęszczenie na poziomie 402 punktów na cal. Jest to optymalna wartość dla panelu o takiej wielkości i nie zdarzyło mi się widzieć na nim pojedynczych pikseli czy postrzępionych fontów. Meizu mogło odrobinę lepiej popracować nad kalibracją obrazu, ponieważ po wyjęciu z pudełka miałem wrażenie, że biel jest delikatnie zaróżowiona. Na szczęście, z poziomu ustawień udało mi się uzyskać odpowiednie dla mnie efekty. Koniec końców byłem zadowolony z oferowanego obrazu. Jak to bywa w AMOLEDach, czernie są głębokie, a kolory bardzo żywe. 

Cieszy mnie to, że producent wykorzystał w pełni możliwości wyświetlacza tego typu i zastosował ekran podglądu, często nazywany „Always on”. Osobiście traktuję go jako spore ułatwienie i cenię go sobie jeszcze od czasów, gdy był on cechą charakterystyczną flagowych Nokii.

Meizu 16X wraz ze swoim flagowym bratem zdecydowanie są propozycjami dla osób, które cenią sobie klasyczne rozwiązania. Nie ma tutaj wcięć w wyświetlaczu, nie ma też w nim żadnych otworków na kamerkę. Nie oznacza to, że musimy się pogodzić z dużymi ramkami – są one mniejsze, niż w wielu smartfonach z tzw. notchem. Zdecydowano się za to na zaokrąglone krawędzie.

Nie znalazłem informacji na temat tego, czy wyświetlacz jest pokryty jakimś wzmocnionym rodzajem szkła, czy choćby jakąś specjalną powłoką. Mimo to, używając smartfona nie zdarzyło mi się znaleźć na powierzchni ekranu jakichś rysek. Sama tafla szkła jest przyjemna w dotyku, ale też bardzo śliska. Czułość panelu dotykowego jest nienaganna.

Czytnik linii papilarnych

Zazwyczaj przy pisaniu recenzji poświęcam jemu jedno, góra dwa zdania. W tym przypadku jednak aż wypada, abym poświęcił mu dłuższą chwilę. Nie jest to klasyczny czytnik umieszczony z tyłu smartfona bądź na dolnej belce frontu. Nie znajdziemy go również w przycisku blokady – zamontowano go pod wyświetlaczem. Nie jest to jeszcze idealne rozwiązanie i wymaga dopracowania. Warto jednak docenić Meizu za sam fakt zaimplementowania tej technologii i to od razu w smartfonie klasy średniej.

Jest to skaner optyczny. Oznacza to, że potrzebuje podświetlenia, aby zadziałać. Procesowi odczytywania naszych odcisków towarzyszy więc animacja. Na osobach postronnych już sama animacja robi wrażenie, a fakt „odblokowywania przez dotknięcie ekranu” kojarzy się z rozwiązaniami rodem z filmów sci-fi. Niestety, tego typu skanery są odrobinę wolniejsze od tych „klasycznych”. Zauważyłem również, że skaner nie zawsze działał, gdy miałem mocno wysuszone dłonie. Były momenty gdy czytnik działał bezbłędnie, a zdarzało się, że musiałem notorycznie wklepywać pin.

Kolejnym problemem skanerów optycznych jest mniejsza czułość, przez co folie czy szkła hartowane naklejane na wyświetlacz mogą pogarszać odczyt odcisku lub nawet go uniemożliwiać. Czytniki wykonane w tej technologii są etapem przejściowym, a zastąpią je te oparte o ultradźwięki.

Aparat i multimedia

Pora na moje największe zaskoczenie. Muszę przyznać, że Meizu podeszło do tematu „na bogatości”. Jeśli wierzyć producentowi, cały moduł aparatu jest żywcem przeniesiony z flagowego 16th. Bez żadnego zubożania czy kompromisów.

Główny moduł aparatu składa się z dwóch matryc. Pierwsza z nich to 12-megapikselowe Sony IMX380 z przysłoną f/1.8. Druga to 20-megapikselowa jednostka Sony IMX350 z teleobiektywem i przysłoną f/2.6. Ma to pozwolić na dwukrotny zoom optyczny. Warto również wspomnieć o czteroosiowej stabilizacji obrazu czy aż sześciu diodach doświetlających.

Muszę przyznać, że nie tylko „w specyfikacji” taki zestaw zrobił na mnie wrażenie. Ciężko mi było się przyczepić do jakości zdjęć wykonywanych tym smartfonem. Przy ciemniejszym oświetleniu (ujęcie z okularami) trudno doszukać się szumów, również fotografie makro nie były żadnym problemem dla tego średniaka. Niestety, przednia kamerka już odbiegała jakością fotografii od głównego aparatu (pluszowy żółw).

Na równie wysokim poziomie stoi wbudowany w smartfon głośnik. Niestety, nie postarano się o efekt stereo, ale i bez tego Meizu 16X potrafi zaskoczyć. Mimo że to tylko mały głośniczek, dźwięk przez niego emitowany jest donośny, ale i wyrazisty. Generalnie, oglądanie filmu z poziomu telefonu nie sprawi, że nasze uszy zostaną pokaleczone. Pod względem multimedialnym, chiński średniak pokazuje klasę.

Specyfikacja Meizu 16X:

Wyświetlacz: Super AMOLED, 6 cali, 2160x1080pix, 402 ppi
Wymiary i waga: 151×73,5×7,5mm, 154 g
Procesor: ośmiordzeniowy Qualcomm Snapdragon 710 (2x Kryo 360 2,2 GHz, 6x Kryo 360 1,7 GHz)
Grafika: Adreno 616
Konfiguracja pamięci: 6 GB RAM i 64 lub 128 GB pamięci wbudowanej
Aparat główny: Sony IMX380 12 Mpix, f/1.8, Sony IMX350 20 Mpix f/2.6, 6xLED, OIS, EIS, AF, laserowy AF
Aparat przedni: 20 Mpix, f/2.0
Bateria: Li-Ion 3100 mAh
Łączność i czujniki: Bluetooth 5.0, dwuzakresowe WiFi v802.11 a/b/g/n/ac, USB 2.0 Typu C, GPS, A-GPS, GLONAAS, żyroskop, czujnik grawitacji, optyczny czytnik linii papilarnych pod wyświetlaczem
System: Android 8.1 Oreo z nakładką Flyme UI 

Wydajność

Jest to spory atut tego smartfona. Nie jest to jeszcze poziom aktualnych flagowców, ale i jednostka Qualcomm Snapdragon 710 bez kompleksów potrafi zapewnić optymalną wydajność, nawet bardziej wymagającym użytkownikom smartfonów. Używając testowego smartfona ani razu nie poczułem spowolnień w działaniu, nie spotkałem się również z klatkowaniem animacji. Ostatni raz tak bardzo byłem zadowolony z płynności działania telefonu przy użytkowaniu Nokii 8 z czystym Androidem.

Udało mi się znaleźć chwilę na pogranie w gry (klasycznie Need For Speed: No Limits, a także Asphalt 9). Również tam nie spotkałem się z problemami w płynności działania. Zastosowany układ wraz z 6 GB pamięci operacyjnej to zdecydowanie dobre połączenie. Dla formalności, dorzucam wynik z benchmarku AnTuTu.

Oprogramowanie

Dochodzimy do momentu, o którego najczęściej pytaliście. Nakładka telefonów Meizu uchodzi niemal za legendę wśród osób osób pasjonujących się smartfonami. Z jednej strony, jest chwalona za wiele ciekawych rozwiązań. Z drugiej, często się o niej mówi w kontekście błędów, z którymi od lat ów producent nie umie sobie poradzić. Dlatego też podzieliłem ten fragment recenzji na trzy akty.

Akt I: Wrażenia ogólne

Flyme UI to nakładka, która na pierwszy rzut oka nie ma zbyt dużo wspólnego z czystym Androidem. Przebudowano praktycznie każdy fragment oprogramowania. Interface użytkownika przypomina twór balansujący między systemem iOS od Apple, a nakładką MIUI od Xiaomi. Tutaj również nie znajdziemy szuflady z aplikacjami, za którą Azjaci nie przepadają.

Sam wygląd systemu jest przyjemny dla oka, znajdziemy w nim dużo zaokrągleń czy delikatnych gradientów. Domyślnie możemy użyć trzech wizualnych motywów. Nie jest jednak przeszkodą, aby skorzystać z innych, dostępnych do pobrania ze sklepu Meizu. Sporą zaletą jest dla mnie fakt, że logując się pierwszy raz do urządzenia, nie jesteśmy zmuszani do zakładania konta, powiązanego z usługami producenta. 

Dodam, że nakładka jest bardzo płynna, ale również lekka. Zazwyczaj autorskie nakładki producentów słyną ze swojej ciężkości i zasobożerności. Tutaj nie spotkałem się z przycinkami czy wyrzucaniem aplikacji z pamięci operacyjnej.

Akt II: Ciekawe rozwiązania

Flyme UI jest nakładką bogatą w autorskie rozwiązania. Na szczególną uwagę zasługują trzy sposoby poruszania się po systemie. Możemy używać klasycznych przycisków nawigacyjnych znanych z przeważającej większości smartfonów z Androidem. Wielbicielom minimalizmu z pewnością spodoba się obsługa przy pomocy gestów. Jest też charakterystyczny dla Meizu przycisk mBack, przypominający nieco rozwiązania Apple. 

Innym praktycznym rozwiązaniem jest klonowanie aplikacji, które akurat było już mi znane z telefonów Xiaomi. Kolejną ciekawą rzeczą jest tryb tajny w menedżerze otwartych aplikacji. W razie potrzeby, możemy wyblurować potrzebną nam apkę tak, aby osoby postronne nie widziały podglądu. Przemyślanym programem okazuje się być „Doktor WLAN”, pozwalający na sprawdzenie naszego WiFi.

Akt III: Czy ktoś to w ogóle testował?

Do tej pory wyrażałem się na temat Meizu 16X praktycznie w samych superlatywach. I naprawdę żałuję, że musiałem dojść do tego momentu, ale będąc recenzentem, nie mogę pomijać tak istotnych rzeczy.

Po uruchomieniu telefonu pokazuje nam się samouczek mówiący o panelu szybkich skrótów, aktywowanego po dwukrotnym naciśnięciu przycisku blokady. Opis funkcji jest częściowo w języku angielskim, a tekst w języku polskim zdaje się gdzieś „rozjechać”. Wejdźmy w aparat, gdzie co jakiś czas zostaniemy powiadamiani o możliwości włączenia… skanowania sieci WiFi. Pomijamy komunikat o WiFi i robimy zdjęcie, po czym chcemy je wysłać przez komunikator Telegram, dodając do niego podpis.

W magiczny sposób znikają oznaczenia przycisków nawigacyjnych, a zamiast możliwości dodania podpisu, otrzymuję wykrzaczoną opcję edycji zdjęcia. No dobrze, Telegram nie jest popularnym komunikatorem. Użyjmy więc Messengera. Tam z kolei co jakiś czas nie da się wyjść z aplikacji poprzez przycisk powrotu do ekranu głównego. Nie wejdziemy też w menedżer otwartych aplikacji. Możemy jednak użyć przycisku cofania, cofnąć się do pulpitu, dopiero tam wejść w otwarte aplikacje i wyłączyć proces Messengera.

To teraz trochę personalizacji. Wchodzimy w ustawienia, wyświetlacz i… no cóż. Jeszcze bym zrozumiał widok „chińskich krzaczków”, gdyby sprowadził sobie do Polski na własną rękę telefon niszowej azjatyckiej marki. Ale w tym przypadku mówimy o urządzeniu oferowanym w oficjalnej dystrybucji. To jest smartfon, którego możecie zobaczyć na półkach sklepowych lokalnego elektromarketu.

Pamiętacie jeszcze smartfony oparte na starych edycjach Symbiana? Tam sieć bezprzewodowa nie była jeszcze opisywana jako WiFi, ale mogliśmy za to znaleźć WLAN (Wireless LAN). Meizu puszcza więc oko do właścicieli dawnych smartfonów. O ile z formalnego punktu widzenia nie ma tutaj żadnego błędu, o tyle zwykły „atechniczny” użytkownik może dojść do wniosku, że w jego smartfonie WiFi po prostu nie ma. No dobrze, to szczegół – przejdźmy do aplikacji z prognozą pogody.

Funkcja automatycznej lokalizacji nie działa, więc pozostaje nam ręczne skonfigurowanie programu pod nasze wymagania. I generalnie da się ustawić informacje pogodowe pod naszą miejscowość, ale jest jeden warunek – w przypadku Polski, musi to być Warszawa. Zapomniałem sprawdzić, czy w przypadku Rosji jest to tylko Moskwa – u naszych wschodnich sąsiadów taka wpadka mogłaby być bardziej istotna.

Wtem! Na pasku powiadomień i na ekranie Always on pojawia się dymek z wiadomością. SMS? Nie. Nowa wiadomość na Messengerze? To nie to? Telegram? Zimno. E-mail? Pudło. To widżet Spotify.

Zliczanie czasu pracy na jednym ładowaniu w Meizu 16X to również sztuka. Nawet po rozładowaniu smartfona do zera, naładowaniu go i uruchomieniu, licznik nie zresetuje się. Tak więc czas działania na baterii liczyłem sposobem „manualnym”. Kolejnym przykładem na brak dostosowania smartfona do polskiego odbiorcy jest „Asystent wygranych pieniędzy”.

Jest to prawdopodobnie jakaś funkcjonalność wbudowana w popularny w Chinach komunikator WeChat. Jako że u nas za darmo można dostać tylko gazrurką po nerach, wyłączyłem powiadomienia o wygranej. 

No to jeszcze „małe co nieco” o klawiaturze. Do wyboru są dwie: domyślna od Meizu i TouchPal. Niezależnie od tego, którą wybierzecie, wyłączcie podpowiedzi i autokorektę. Te pierwsze będą totalnie nieprzydatne, za to (niezależnie od wybranego języka) autokorekta będzie zamieniać polskie wyrazy na anglojęzyczne imiona.

Domyślnej klawiatury Meizu używałem przez jeden dzień. Jej drobne przyciski i słaba obsługa polskich znaków (wybierając polską klawiaturę spodziewam się tego, że domyślnym znakiem po dłuższym przytrzymaniu klawisza będzie znak z polskiego alfabetu) sprawiły, że szybko przełączyłem się na TouchPala. Ten okazał się wygodniejszy, ale jego intuicyjność również pozostawia wiele do życzenia. Nie pomagają jej nawet amatorskie nakładki. Myszka Minnie czy ekhm… listek przypomniały mi motywy na telefony z ostatnich stron gazet sprzed jakichś 13 lat.

Rozmawiałem z polskim dystrybutorem Meizu na temat niektórych błędów. Zostałem zapewniony iż zostaną one przekazane do firmy-matki i szybko wyeliminowane przy następnej aktualizacji. Nie jestem jednak do końca pozytywnie nastawiony co do tej informacji: smartfon pracuje pod kontrolą systemu Android 8.1 z poprawkami datowanymi na 1 września. To oznacza że od pół roku (czyli od momentu debiutu), ten model nie był ani razu aktualizowany przez producenta.

Meizu 16X jako narzędzie pracy

Klasycznie, przetestowałem opisywanego smartfona również pod kątem codziennego użytkowania. Nie mam zastrzeżeń co do jakości rozmów telefonicznych. Głośnik do rozmów jest odpowiednio głośny, zarówno ja słyszałem rozmówcę czysto i wyraźnie, jak i on słyszał mnie.

Telefon ten również dobrze poradził sobie jako nawigacja, aczkolwiek ze względu na wyświetlacz typu AMOLED, nie radzę używać w ten sposób tego modelu. W szybki sposób możemy doprowadzić do wypalenia ekranu.

Bateria

Średniak od Meizu to jeden z tych smartfonów, którego nie jest łatwo rozładować. Podczas średnio-intensywnego użytkowania, telefon rozładował się po niemal dniu i dziewięciu godzinach pracy (przy czym 5.5 godziny to była praca samego wyświetlacza). Przez ten czas grałem, słuchałem muzyki używając Spotify, wykonywałem fotografie i korzystałem z sieci LTE. Przez błąd w zliczaniu czasu pracy, udało mi się wykonać tylko jeden poprawny zrzut ekranu.

Podsumowanie

Szczerze mówiąc, moje uczucia co do opisywanego smartfona są bardzo mieszane. Z jednej strony, trzymam w ręku urządzenie dobrze wykonane, wydajne, z zadowalającym czasem pracy na baterii i z bardzo dobrze zoptymalizowaną nakładką. Meizu 16X jest również jednym z lepszych smartfonów fotograficznych, z którymi miałem do czynienia – a piszę przecież o reprezentancie średniej półki smartfonów.

Z drugiej strony jest to smartfon bardzo niedopracowany pod względem oprogramowania. Wiele błędów powinno być wyeliminowanych przez Meizu już na etapie beta testów. To sprawia, że na ten moment ciężko mi jest polecić tego smartfona. Gdyby nie ta kumulacja małych błędów, mógłbym Wam szczerze powiedzieć, że jest to smartfon godny uwagi i warto na niego poświecić kwotę 1800zł (chyba, że komuś bardzo zależy na NFC).

Tymczasem otrzymujemy telefon niedostosowany do klienta z Polski, który nie może (bez instalowania zewnętrznych aplikacji) komfortowo odpisać na SMSa, sprawdzić prognozy pogody czy wyjść z aplikacji Messengera.

Ten smartfon ma ogromny potencjał i zasługuje na swoją drugą szansę. Trzeba go tylko dopracować. Chciałbym, żeby ten model wrócił do mnie na testy za 3 miesiące (góra pół roku). Zaktualizowany i poprawiony. Po to, abym mógł o nim napisać, że warto go polecić.
Na ten moment, Meizu musi się postarać 16 razy bardziej. Stąd 16X w nazwie.