reklama

Lioncast Arcade Fighting Stick – test dżojstika arcade nie tylko dla fanów retro

Strona główna Lab Inne

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Po testach przeróżnego skomplikowanego sprzętu IT – dysków NAS, routerów, smartfonów i smartwzmacniaczy – dziwnie jest dostać do testów dżojstik. A jednak bez bicia przyznaję, że test ten sprawił mi dużo radości. Przez dwa tygodnie z Lioncast Arcade Fighting Stick pograłem sobie więcej, niż przez cały poprzedni rok – i to w same miodne, staroszkolne gry. Z tym sprzętem było mi prawie tak dobrze, jak z prawdziwą maszyną arcade w salonie gier. Zapraszam do recenzji.

Królujące w erze 8- i 16-bitowych komputerów dżojstiki to dzisiaj nisza. Podstawowym wyposażeniem gracza z pecetowej rasy panów stała się klawiatura i mysz. Fani symulatorów lotów mają oczywiście skomplikowane analogowe dżojstiki lotnicze, fani wyścigówek znajdą sobie kierownice z wygodnymi fotelami, konsolowym graczom pozostały gamepady. Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie, jak grało się kiedyś, na Commodore C64, Amidze, nie mówiąc już o maszynach arcade, znajdzie sobie oczywiście dżojstik… tyle że kosztujący nawet kilkaset złotych. Trochę bez sensu, biorąc pod uwagę to, że w klasyczne gry gram na wartym kilkaset złotych androidowym odtwarzaczu mediów czy niewiele droższej dziś PlayStation 3.

Znajdziemy oczywiście dżojstiki tańsze, w cenie około 100-150 zł, ale to co do tej pory widziałem, wyglądało raczej tandetnie. I na coś takiego nastawiłem się, rozpakowując pudełko z przesłanym nam do redakcji przez Lioncasta dżojstikiem, który oferowany jest właśnie za niecałe 150 zł. W pudełku standard – karteczka z instrukcją, płytka mini-CD ze sterownikami na Windowsa, oraz oczywiście sam dżojstik. A raczej… platforma arcade.

Z wymiarami 30×20×5 cm i wagą około kilograma, czarna plastikowa skrzynka wygląda potężnie. Waga nie wzięła się znikąd, plastik to tylko obudowa, wewnętrzna skrzynka obudowy jest metalowa. Z lewej strony sterczy kulista gałka samego dżojstika na mikroprzełącznikach, nad nią zestaw przycisków sterujących, po prawej zaś paleta dużych przycisków, odpowiadających przyciskom standardowego gamepada DualShock. Pod spodem napis niebieskim literami dumnie obwieszcza „Be part of the game”. Sama skrzynka stoi na gumowych nóżkach, nie ma szans, by podczas gry się ślizgała, całkiem wygodnie się też gra trzymając ją na kolanach.

Połączenie z komputerem, konsolą czy czym tam jeszcze zapewnia kabel z wtyczką USB, oraz co ciekawe, charakterystyczną wtyczką do PlayStation 2. Obie końcówki spięte są na stałe gumowanym rozgałęźnikiem, więc nawet jeśli nigdy z PS2 nie skorzystamy, to i tak gdzieś tam z boku ta wtyczka będzie dyndać. Kabel jest zdecydowanie za krótki, co uwidacznia się w typowym konsolowym układzie, z sofą stojącą kilka metrów od telewizora. Na szczęście mam 5-metrowy przedłużacz USB, który pozwolił sobie wygodnie pograć, ale taką sztuczkę z PS2 trudniej już zrobić – dawno nie widziałem takich przedłużaczy.

Dżojstik ma 14 przycisków – cztery w górnym panelu: Turbo, Home, L3, R3, dwa u góry – Select i Start, oraz osiem pod prawą dłoń – L1, Kwadrat, Trójkąt, R1, L2, Krzyżyk, Kółko, R2. Przycisk Turbo pozwala zrobić z każdego przycisku autofire, co robi niektóre gry arcade obrzydliwie łatwymi. Sam dżojstik domyślnie działa jako dżojstik cyfrowy, naśladując D-pad, ale po jednoczesnym naciśnięciu Turbo i Home przełącza się w dżojstik analogowy.

Machanie drążkiem jest prawdziwą przyjemnością dla gracza, może za to zirytować osoby postronne, np. żonę gracza. Chodzi oczywiście o klikanie mikroprzełączników. Są po prostu głośne. Sama kulista gałka świetnie leży w dłoni, nawet po kilku godzinach jest dalej wygodna.

Gorzej jest z tymi przyciskami po prawej. Brakuje im skoku, ma się wrażenie bezpośredniego uderzania w obudowę. Trudno też mi było na początku przyzwyczaić się do takiego układu. Zadowalające są za to ich rozmiary, można je obsługiwać nie tylko palcem, ale też pięścią czy nadgarstkiem, zupełnie tak, jakby się grało na arcade’owej maszynie w salonie gier. Z czasem też zauważyłem, że układ przycisków nie jest przypadkowy – on wręcz ułatwia wbijanie combo, np. w grach z serii Mortal Kombat.

A jeśli już o same gry chodzi, to cóż… z oczywistych powodów Lioncast Arcade Fighting Stick nie będzie kompatybilny ze wszystkim. Jeśli gra potrzebuje dwóch analogowych dżojstików gamepada, to nawet tego sprzętu nie podłączajcie. Jednak w typowych bijatykach, zarówno współczesnych jak i retro, dżojstik spisuje się bardzo dobrze. Na pececie działa bezproblemowo pod zarówno kontrolą Windowsa jak i Linuksa (gdzie przedstawia się jako MY-POWER CO. LTD. USB Joystick pod /dev/input/js0). Nie ma problemów z podłączeniem do PlayStation 3, niestety nie sprawdziłem go z PlayStation 2, bo już od dawna tej konsolki nie mam. Powinien działać też z androidowymi odtwarzaczami mediów, na których komuś by się chciało zainstalować np. emulator MAME.

Nie jest to więc sprzęt podstawowy dla gracza, ale stanowi znakomity dodatek, tym bardziej wartościowy, że niedrogi, a bardzo solidny konstrukcyjnie. Polecam go każdemu, kto lubi granie retro i mordobicia.

© dobreprogramy
reklama

Komentarze

reklama