Lumia 1020 – fińskie dwa w jednym

Strona główna Lab Smartfony i tablety
image

O autorze

„Chwile uchwycone tak, jak nigdy dotąd”. „Zbliżenie. Wymyślone na nowo”. „Nadzwyczajne zdjęcia i filmy”. Marketingowcy Nokii nie pozostawili żadnych złudzeń – Lumia 1020 powinna być synonimem aparatu cyfrowego. Po kilku miesiącach, jakie minęły od premiery, jej cena wreszcie spadła do poziomu, który pozwala jej nawiązać realną walkę z duetem telefonu i cyfrówki. Ale czym Lumia powinna być: smartfonem z przerośniętym aparatem czy może aparatem z funkcją dzwonienia?

W porównaniu do ostatnich produktów konkurencji, Lumia 1020 jest raczej niewielka. Jednoczęściową obudowę wykonano z aksamitnego w dotyku tworzywa, które sprawia niesamowite wrażenie. Jest matowe, dzięki czemu nie wygląda tandetnie i nie rysuje się tak szybko, jak model 920. Zwycięsko wyszło też ze starcia z długopisem – mimo że miałem wielką ochotę pozostawić na nim jakiś ślad, za każdym razem tusz można było bardzo łatwo zetrzeć. Niestety, serię pochwał przerywa jeden uciążliwy feler. Obudowa jest podatna na wszelkiego rodzaju wgniecenia, dlatego noszenie telefonu razem z kluczami zdecydowanie nie jest najlepszym pomysłem.

Zmienił się nie tylko sposób wykończenia obudowy, ale również jej rozplanowanie. Zwężające się krawędzie stwarzają złudzenie, że Lumia 1020 jest znacznie smuklejsza niż 920, mimo że wymiary pozostały niemal te same (130,4 mm wysokości, 71,4 mm szerokości i 10,4 mm grubości). Urządzenie waży 158 gram, czyli nieco mniej niż model 920 lub testowana niedawno Sony Xperia Z1. Na prawym boku ulokowano cztery standardowe przyciski do sterowania głośnością, blokady ekranu i wyzwolenia migawki aparatu. U góry ukryto szufladkę na kartę Micro SIM, którą można ją otworzyć za pomocą specjalnego kluczyka lub szpilki, oraz gniazdo audio 3,5 mm. (Podstawowe słuchawki dokanałowe znajdziemy w pudełku z telefonem. Nie wyróżniają się niczym szczególnym – są zwyczajnie przeciętne i trudno je chwalić lub ganić). Na spodzie urządzenia dwa otwory głośnika zastąpiono jednym, a w zaoszczędzonym miejscu pojawił się otwór na smycz. Pozostając jeszcze na moment przy obudowie, nie sposób nie wspomnieć o specyficznym, okrągłym zgrubieniu w okolicy aparatu. Ze względu na metalową osłonę elektroniki telefon „na plecach” nie leży płasko i początkowo sprawia w dłoni dziwne wrażenie. Na szczęście można się do tego przyzwyczaić, podobnie jak do dwóch dziurek na tylnej ściance, które są niezbędne do ładowania bezprzewodowego (potrzeba do tego dodatkowej nakładki, nieuwzględnionej w zestawie). Dziwi natomiast brak gniazda na kartę microSD, bo przy założeniu, że ma to być sprzęt dla średnio wymagających fotografów, przydałaby się możliwość szybkiego przenoszenia zdjęć do komputera.

Przód telefonu zajmuje oczywiście ekran dotykowy o przekątnej 4,5 cala (rozdzielczość 1280 x 720 pikseli, 334 ppi). Nokia zrezygnowała z matrycy IPS na rzecz AMOLED, co ma znaczący wpływ na komfort użytkowania. W porównaniu do Lumii 920, barwy są nieco chłodniejsze i na moje niewprawne oko wierniej odwzorowują rzeczywistość. Dzięki temu, że czarne piksele nie są podświetlane, znacznie lepiej kontrastują z pozostałymi elementami interfejsu. Finowie zresztą doskonale wykorzystali ten atut, dodając w ramach aktualizacji Amber tzw. ekran podglądu. Pozwala on wyświetlać zegarek, status wyciszenia i naładowania bez uruchamiania całego ekranu. Informacje te mogą znajdować się na ekranie przez cały czas, w interwałach lub dopiero po wykryciu ruchu. W przeciwieństwie do modeli z matrycami IPS, uruchomienie tej opcji nie ma znaczącego wpływu na żywotność akumulatora. Niestety, ekran ma też swoje wady. Oprócz takiej sobie rozdzielczości nie spodobało mi się to, że nawet po niewielkim odchyleniu barwy szybko tracą nasycenie.

Poniżej wyświetlacza znalazło się miejsce dla trzech płytek dotykowych, których oznaczenia – w odróżnieniu od Lumii 920 – nie są odblaskowe. Sprawia to, że przy niewielkim oświetleniu przód telefonu zdaje się być zupełnie czarny. Bez zmian pozostała natomiast czułość samego ekranu, który bez większego trudu możemy obsługiwać nawet w skórzanych, ocieplanych rękawiczkach. Nie zabrakło też powłoki Gorilla Glass, dzięki czemu wyświetlacz jest znacznie odporniejszy na uszkodzenia. Tajemnicą poliszynela jest jednak to, że i ona ma swoje granice wytrzymałości, a drobne rysy są widoczne pod światło i wyczuwalne po przejechaniu paznokciem.

Sercem telefonu jest dwurdzeniowy Qualcomm Snapdragon S4 1,5 GHz. Procesor nie powala wydajnością – w benchmarku AnTuTu osiągnął wynik 12549 punktów, a z testem SunSpider 1.0.2. uporał się w 914 ms. Dlatego tym większe brawa należą się Microsoftowi za tak drobiazgową optymalizację, by nawet na teoretycznie przeciętnej konfiguracji system działał superpłynnie. Widać przy tym, że mobilne „Okienka” mają spory apetyt na pamięć RAM. Dzięki podwojeniu jej do 2 GB, aplikacje uruchamiają się krócej, strony internetowe ładują zauważalnie szybciej, mniej czasu zajmuje też przeszukiwanie historii przeglądania. Niestety, w Lumii 1020 znajdziemy zaledwie 32 GB pamięci wbudowanej, która podczas dłuższych sesji zdjęciowych topnieje w oczach. Małym pocieszeniem jest w tej sytuacji 7 GB miejsca w chmurze SkyDrive, które otrzymujemy razem z telefonem.

Oprócz wspomnianych elementów, obudowa Lumii 1020 skrywa również moduły Bluetooth 3.0, Wi-Fi 802.11 a/b/g/n, NFC i LTE. Każdy z nich zasilany jest przez akumulator o pojemności 2000 mAh. Wystarcza on na mniej więcej dzień typowej pracy – wliczając w to kilka minut rozmów, ok. 10 SMS, godzinę przeglądania Internetu, dwie godziny słuchania muzyki, wykonanie paru zdjęć i nałogowe korzystanie z klienta Tapatalk. Wszystko to przy włączonym GPS, ciągłej synchronizacji za pośrednictwem Wi-Fi i sporadycznie przy pomocy sieci komórkowej. Smartfon pozostawiony zupełnie sam sobie nie dopomina się o ładowanie przez ponad cztery doby.

Osławiony aparat Lumii 1020 jest jednym z nielicznych ostatnio, prawdziwych wynalazków. Moduł ten nie jest jedynie nowinką, opisywaną przez marketingowców technobrzmiącą nowomową. Rzeczywiście robi krok w przód, a prawdziwi inżynierowie, którzy nad nim pracowali, przekroczyli kilka granic miniaturyzacji.

Moduł aparatu składa się z ponad 100 elementów, które bezkompromisowo zostały złożone w obudowie mającej 10 mm wysokości. Zmieścił się tu na przykład system stabilizacji obrazu wzorowany na dużo większych urządzeniach, a nawet mniejszy niż ten w Lumii 920. Obok żyroskopu, znajdziemy tu łożyska kulkowe i precyzyjne silniczki, które mają za zadanie kompensować ruchy ręki, aby utrzymać w jednej linii fotografowany obiekt, matrycę, 5 soczewek z tworzywa sztucznego i jedną szklaną. Warto tu zaznaczyć, że ruszają się wszystkie soczewki, a nie tylko jedna, jak ma to miejsce w większości systemów stabilizacji obrazu. Działanie tego mechanizmu można odczuć trzymając telefon. Zastosowanie tu tworzyw pozwoliło zmniejszyć wysokość modułu. Elementy zostały ponadto tak spasowane, aby sporadyczne upadki lub wstrząsy nie wybiły żadnego z nich z miejsca i trzeba się naprawdę postarać, aby tę precyzyjną konstrukcję naruszyć. Sam proces produkcji sprawił, że dział R&D Nokii wyprzedził konkurencję o kilka lat. Dodam jeszcze, że w tym maleństwie zmieściła się fizyczna migawka.

Działanie stabilizacji optycznej dobrze widać podczas kręcenia filmów (poniżej porównanie z telefonem nie wyposażonym w stabilizację). Zaskakująco dobrze, choć trochę nienaturalnie, wyglądają ujęcia z samochodu — latarnie są wciąż w tym samym miejscu, ale za to fragmenty wycieraczek widoczne w kadrze skaczą. Ogromne wrażenie robi też możliwość robienia „z ręki” zdjęć naświetlanych przez całą sekundę.


Podobnie jak model 928, 1020 jest wyposażona w ksenonową lampę błyskową. Lampa jest świetnej jakości i niejeden kompakt może Lumii takiego komponentu pozazdrościć. Jednym z zabiegów oszczędzających przestrzeń wewnątrz smartfonu jest zastosowanie płaskich kondensatorów w miejsce walcowatych, przy jej zasilaniu. Lampa jest mocna, doświetla obiekty znajdujące się w promieniu około 3 metrów od obiektywu i robi świetne wrażenie. Jeśli komuś przyjdzie do głowy taka akrobacja, można nią wyzwolić także zewnętrzne lampy. Nokia pokonała tu przy okazji jedną z granic czasowych. Jako że aparat jest w stanie naświetlać zdjęcia przez jedynie 1/16000 sekundy (lustrzanki oscylują obecnie między 1/4000 i 1/8000), pojawiła się potrzeba skonstruowania odpowiednio szybkiej lampy, co oczywiście się udało.

Rozdzielczość matrycy aparatu to jedna z tych statystyk, które wszędzie są rozgłaszane, ale mało kto wie, co się za nimi kryje. Niekiedy jednostka odpowiedzialna za przetwarzanie obrazu zbiera tylko część informacji z sensora, a brakujące składowe koloru są zgadywane za pomocą interpolacji Bayera. Nokia od 2007 roku pracowała nad sensorem, którego rozmiary i rozdzielczość pozwolą na montowanie go w urządzeniach mobilnych, ale nie będą generować żadnych strat jakości obrazu. Efektem są kilkudziesieciomegapikselowe matryce w następcach Nokii 808 PureView. Brzmi to jak jakieś szaleństwo, ale warto zapoznać się z mechanizmem nadpróbkowania, który zastosowała Nokia. Maksymalnie 7 pikseli składa się na jeden superpiksel, co według producenta pozwala na zachowanie detali i filtrowanie wizualnego szumu. I dlatego właśnie Lumia 1020 domyślnie robi zdjęcia 5-megapikselowe, a możliwość zapisania sobie monstrualnego, 34-megapikselowego obrazu dla proporcji 16:9 i 38-megapikselowego dla proporcji 4:3, można włączyć w ustawieniach aplikacji, a podzespoły urządzenia są na tyle mocne, że można spokojnie obrabiać na nim zdjęcie tego rozmiaru. Co ważne, dzięki temu możliwe jest także cyfrowe przybliżanie obrazu bez straty szczegółów. Jeśli zdecydujemy się na robienie zdjęć o proporcjach 16:9, pełnowymiarowe zdjęcie ma rozdzielczość 7712×4352 pikseli. Przybliżony zoomem obraz ma wymiary 3072×1728 i jest wyciętym fragmentem pełnowymiarowego zdjęcia:

Jako że wykorzystywana jest centralna część obrazu, na przybliżeniach niemal nie widać zniekształceń geometrycznych ani winietowania. Nie ma również zjawiska znanego z tradycyjnych obiektywów, czyli zmniejszania się otwory przysłony wraz ze zbliżeniem (wydłużaniem się ogniskowej), nie trzeba więc naświetlać ich dłużej, nie trzeba się tak martwić drganiami, które dużo bardziej widoczne są przy długich ogniskowych. Kadr nie jest też zapisany w kamieniu i aplikacja Pro Camera pozwala następnie „odzoomować” kadr. Możliwości rejestrowania filmów obejmują materiały o rozdzielczości 1080p bądź 720p, przy czym zależnie od rozdzielczości obrazu, dostępne są różne wartości zoomu: 4x dla większej i 6x dla mniejszej. Detale rzeczywiście są godne pozazdroszczenia (fragment zdjęcia 5-megapikselowego):

Efekty nadpróbkowania również są naprawdę dobre, zwłaszcza jeśli porównamy wyniki nawet z aparatem kompaktowym. Po lewej stronie widać mierzący 900×600 pikseli fragment zdjęcia 5-megapikselowego, po prawej zaś odpowiadający mu wycinek z pełnowymiarowego obrazu, mierzący 2248×1499 pikseli.

Przekątna zamontowanej tu matrycy typu BSI mierzy 1/1,5 cala, co stawia ją wśród największych wśród tych montowanych w smartfonach, a i obiektyw o jasności f/2,2 jest duży, jak na tego typu urządzenie. Zdjęcia makro można robić z odległości 15 centymetrów i nie ulega ona zmianie przy używaniu zoomu. Co ciekawe, użytkownik ma sporą kontrolę nad parametrami aparatu, w tym także nad ustawieniami ostrości. Możemy więc własnoręcznie zdecydować, czy ostre będzie szron na szybie, czy widoczne za nią obiekty, przesuwając palec po ekranie.

Konstrukcja obiektywu nie jest bez wad. Soczewki często powodują pojawienie się charakterystycznego, różowego „kwiatka” wokół silnego źródła światła w kadrze, trzeba więc bardzo uważać, jeśli zdarzy się komuś robić zdjęcie pod słońce. Doskonale widać tę niedoskonałość na zdjęciu ogrodu poniżej, ale i zdjęcie wieży nie jest niestety pozbawione przebarwień. Tu pojawił się też zielony punkcik, który można co prawda łatwo usunąć, ale psuje wrażenie.

Zdjęcia nie są także niestety wolne od aberracji chromatycznych, które nieznacznie psują krajobrazy. Nie są one jednak mocno widoczne i jak na aparat w smartfonie, 1020 sprawuje się świetnie. Trzeba naprawdę wiedzieć czego i gdzie szukać.

Na koniec to, co tygryski lubią najbardziej — zdjęcia nocne. Technologie wykorzystane w PureView tu dopiero rozwijają skrzydła. Zarejestrowany obraz nie jest wolny od szumów, jeśli automat aparatu włączy wyższe ISO, ale nie jest na tyle nieczytelny, aby po pomniejszeniu na potrzeby udostępniania nie wyglądał naprawdę dobrze. Co więcej, dzięki stabilizacji można pokusić się o ręczne przestawienie ISO na niższą wartość i dłuższe naświetlanie. Podczas testów udało się zarejestrować kilka dobrych ujęć, kiedy migawka była otwarta przez całą sekundę, ale producent zapewnia, że jest to możliwe przez czas czterokrotnie dłuższy.

Przy jeszcze słabszym świetle zaczynają się problemy, ale zdjęcia nadal są dość wyraźne i, przede wszystkim, efektowne, aby się nimi podzielić na portalu społecznościowym. Mimo mocnego podbicia czułości matrycy, kolory wciąż są przyzwoicie odwzorowane (im wyższe ISO, tym robią się chłodniejsze), a i szczegóły są dobrze widoczne, mimo że na powiększonych zdjęciach już trochę zanikają. Widać jednak, że konkurencja w tej klasie może tylko pomarzyć o takich osiągach.

Tradycyjnie w recenzjach aparatu powinno pojawić się także porównanie jakości zdjęć, zależnie od ISO. W tym przypadku jednak trudno określić, czy będzie to wartościowy dodatek do artykułu, gdyż dzięki stabilizacji obrazu i nadpróbkowaniu aparat ten w trybie automatycznym zachowuje się odrobinę nietypowo, zwłaszcza przy słabym świetle. Choćby możliwości naświetlania zdjęcia dłużej, niż w „normalnym” aparacie, przesuwa granice jego możliwości. Niemniej jednak, by formalnościom stało się zadość…

Powyższe próbki pochodzą ze zdjęć 5-megapikselowych. Ta druga rejestrowana była na parkingu i pokazuje, jak czuły jest mechanizm dostosowywania balansu bieli — wystarczy, że gdzieś w pobliżu pojawią się samochodowe światła, aby zmienił temperaturę obrazu. Tak oto wyglądają fragmenty zdjęć pełnowymiarowych:

W miarę dorastania, Windows Phone 8 skraca dystans dzielący go od konkurencji. Przeciętny użytkownik nie powinien napotkać żadnej przeszkody – system potrafi ściśle zintegrować się m.in. z portalami Facebook, Google, Twitter i LinkedIn, uzupełniając listę kontaktów i zaznaczając w kalendarzu daty urodzin naszych znajomych. Wbudowany komunikator pozwala na prowadzenie rozmów bez konieczności instalowania dedykowanych aplikacji. Windows Phone 8 najlepiej współpracuje z kontem Outlook, ale i konkurencyjny Gmail nie sprawia mu większych problemów. (Warto jednak przy tym zaznaczyć, że natywny klient pocztowy nie jest zbyt intuicyjny i trzeba odrobinę pogrzebać w ustawieniach, by nauczyć go obsługi etykiet).

Wciąż kontrowersyjna jest kwestia kafelków. W przypadku urządzeń przenośnych jestem do nich nastawiony pozytywnie, bo dzięki nim każdy skrót do aplikacji jest zarazem interaktywnym widżetem, który automatycznie aktualizuje wyświetlane informacje. W tej sytuacji centrum powiadomień staje się zbędne, bo i tak możemy zobaczyć je na głównym ekranie. Niemniej jednak takie ograniczenie może nie przypaść do gustu bardzo wielu osobom, które przyzwyczajone są do widoku Androida lub nawet klasycznego PC. Dlatego przed wydaniem wyroku polecam osobiście przetestować w najbliższym sklepie z elektroniką, jak oba rozwiązania sprawdzają się w praktyce i po prostu wybrać bardziej intuicyjne. Zwłaszcza że Windows Phone 8 nie jest pozbawiony wad. Najpoważniejszą z nich są tzw. „dead tiles”, czyli po prostu martwe kafelki. Wciąż nie wiadomo, co jest ich przyczyną, jednak objawy są niepokojące – aplikacje przestają bowiem odświeżać swoje grafiki, przez co zamiera podstawowa funkcja systemu. Remedium na tę przypadłość stanowi dopiero twardy reset, który przywraca smartfona do ustawień fabrycznych i usuwa wszystkie prywatne dane. Z innych, irytujących spraw warto wspomnieć o tym, że część podstawowych opcji została zaszyta głęboko w systemie, osobna regulacja głośności multimediów jest niemożliwa, nie znajdziemy też żadnego menedżera plików. W pracy na odległość może przeszkadzać brak wsparcia dla sieci VPN, które ma pojawić się dopiero w 2014 roku. Microsoft do dziś nie poradził sobie także z irytującym problemem zapętlających się procesów, które rozgrzewają telefon do czerwoności i potrafią wyczerpać całą baterię w ciągu godziny. W takim przypadku jedyną szansą ratunku jest zrestartowanie urządzenia.

Dopiero co wyjęta z pudełka Lumia 1020 zaopatrzona jest w szereg przydatnych aplikacji. Na czoło wysuwa się przede wszystkim pakiet Microsoft Office, który pozwala na szybką edycję plików Worda, Excela i PowerPointa. Wszystkie wprowadzone na telefonie zmiany są automatycznie synchronizowane przy użyciu SkyDrive, dzięki czemu smartfon ściśle integruje się z Windows 8.1 i stacjonarną wersją Office 2013/365. Nieco na uboczu pozostaje OneNote, który całkiem dobrze sprawdza się jako zamiennik Evernote (choć i on dostępny jest w sklepiku). Nie sposób nie wspomnieć także o całym szeregu programów Nokii, które rozszerzają możliwości sprzętu. Aplikacje z rodziny HERE (Drive+, Maps, Transit) to kompletny zestaw map do nawigacji samochodowej, z którego możemy korzystać bez połączenia z Internetem. O ile jednak dwóm pierwszym trudno cokolwiek zarzucić, o tyle służący do wyszukiwania połączeń komunikacji publicznej Transit odstaje od reszty – dane są nieaktualne, a wiele miast i wsi zostało kompletnie zignorowanych.

Na tym ofensywa Nokii wcale się nie kończy. Strzałem w dziesiątkę jest aplikacja MixRadio, która poza standardową funkcją odtwarzacza muzycznego oferuje za darmo dostęp do kilkunastu stacji radiowych, podzielonych według gatunku. Repertuar każdej z nich możemy pobrać na urządzenie, by nie narażać się na koszt przesłania danych w sieci komórkowej. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by w dokładnie ten sam sposób stworzyć własne listy hitów. Podczas odtwarzania program wyszukuje garść ciekawostek na temat wykonawców, przy okazji powiadamiając nas o koncertach w okolicy. Oprócz tego Finowie są autorami aplikacji Xpress (przeglądarka internetowa kompresująca dane), PhotoBeamer (program umożliwiający wyświetlanie zdjęć na ekranie dowolnego urządzenia z dostępem do Sieci), Kinograf (tworzenie animowanych fotografii) czy Video Trimmer (proste przycinanie filmów). Nokia wywiera też spore naciski na właścicieli popularnych portali i aplikacji, dzięki czemu lista „wielkich nieobecnych” skraca się z miesiąca na miesiąc. W sumie w Sklepie Windows Phone znajduje się ponad 200 tys. pozycji.

Ostateczne pytanie brzmi: czy warto skusić się na Lumię 1020? Niestety, trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy bowiem od tego, czy potrzebujemy aparatu z funkcją dzwonienia. Jeśli przyjmiemy tę perspektywę, urządzenie za ok. 1600 zł jest doskonałą inwestycją. 41-megapikselowy aparat okazał się nie tylko chwytem marketingowym, bo w połączeniu z pływającą soczewką i zastosowanymi algorytmami nadpróbkowania deklasuje konkurencję jeszcze w przedbiegach i skutecznie nawiązuje walkę z tradycyjnymi cyfrówkami, nawet takimi z wyższej półki. Do tego otrzymujemy telefon, który sprawdza się w roli słuchawki dla przeciętnego człowieka. Jeśli jednak nie zależy nam na aparacie, warto rozejrzeć się za znacznie tańszą Lumią 925 lub nawet 920, jeśli jesteśmy gotowi zrezygnować z wyświetlacza AMOLED. W obozie „zielonych” w podobnej cenie do Lumii 1020 znajdziemy z kolei Sony Xperia Z1 lub Samsunga Galaxy S4.

W testowaniu możliwości aparatu pomogła mi Xyrcon.

© dobreprogramy