Pamięci NAND są tym tańsze, im więcej bitów danych zapisać można w obrębie podstawowej jednostki organizacyjnej, zwanej komórką. Przy czym zagęszczenie jest niejako odwrotnie proporcjonalne do wydajności i żywotności, co jednak nakreśla obowiązujący od lat podział kości NAND na SLC, MLC i TLC. Pierwszy gwarantuje zapis, na pojedynczą komórkę, jednego bitu, drugi – dwóch, trzeci natomiast – trzech. Logiczne, prawda?
W ubiegłym roku, 2017, postanowiono iść o krok dalej, czego efektem okazały się pierwsze kości typu QLC, umożliwiające upchnięcie aż czterech bitów w komórce.
Wedle zapowiedzi dyski SSD miały być tanie jak nigdy, a tymczasem na jaw wychodzi, że fabryki nie radzą sobie jeszcze z technologią QLC dostatecznie dobrze. Uzysk z wafla, powtórzę, wynosi raptem ok. 50 proc. W rezultacie liderem opłacalności cały czas pozostają TLC.
Inna sprawa, że panująca obecnie nadpodaż pamięci NAND trzyma ceny dysków SSD w ryzach, a już za ok. 310 zł kupić można jakiś podstawowy model z przedziału 480 - 512 GB, jak choćby Crucial BX500 czy Patriot Burst. Pozostaje więc kwestią otwartą, czy w ogóle potrzebujemy QLC, które siłą rzeczy mają najsłabsze parametry spośród wszystkich rozwiązań.