Łowca snów

Książki w moim życiu obecne były zawsze. Ta oto specyficzna miłość zrodziła się sam nie wiem jak i kiedy, ale raczej nie zawdzięczam jej ani Temu, który nadał mi imię (a który dziś cieszy się spokojem w Krainie Wiecznych Łowów), ani Tej, która przed ponad trzydziestu laty w środku nocy podgrzewała mi butelkę z mlekiem. Ta oto specyficzna miłość, jak krzew gorejący, płonie żywo do dziś, a ostatnimi czasy zdaje się, że jej blask jest jeszcze jaśniejszy niż dotychczas.

Moje wiecznie spocone paluchy przekartkowały jak dotąd setki tysięcy stron (a może już milion?), obtłuściły tysiące okładek, zapewniając umysłowi niezłą intelektualną pożywkę, a wyobraźni - ogromne pole do popisu i rozwoju. Sporo dostało się też oczom, które dziś (ale czy to faktycznie przez to?) wspomagać się muszą parą eliptycznych szkiełek zaleconych przez lekarza okulistę. Wiecznie spocone paluchy kartkowały i kartkowały, rano, wieczór, we dnie, w nocy, karmiąc mnie intensywnie tym, co w przypływie natchnienia zrodziło się w głowie Karola Maya, Jamesa Fenimore'a Coopera, Stefana Żeromskiego, Prusa, Reymonta, Szczypiorskiego, Ludluma, Folletta, Grishama, Tolkiena, Kinga i wielu innych, wśród których znaleźli się również i ci, którzy doczekali się tytułu „święty” jakiś czas po tym, gdy w publicznym obiegu znalazła się Ewangelia.

Książki są ze mną prawie zawsze i prawie wszędzie - w domu, w pracy, w pociągu, w autobusie, na spacerze; były ze mną (a jakże!) w Dolinie Charlotty i w Zamku na Skale. I nigdy mi nie ciążyły, i zawsze było dla nich miejsce w plecaku, i gdybym na bezludną wyspę miał zabrać tylko trzy rzeczy, jedną z nich na pewno byłaby książka. I tak jak do trumny kładzie się odchodzącym z tego świata różańce, monety, latarki albo flaszkę z wodą ognistą, tak mi (spokojnie! czasy to jeszcze dalekie) niech włożą właśnie książkę; autora i tytuł pozostawiam do wyboru najbliższym.

Co ja niby tak lubię w tych książkach, że nawet w "piórniku" trudno mi będzie się bez nich obyć? Jeśli na to (wcale nie łatwe) pytanie odpowiecie: "treść", będziecie mieli rację. Ale tylko częściowo. Bo równie mocno liczy się tu też cała reszta - dotyk (nawet tłustymi paluchami), przewracanie stron, możliwość wetknięcia i po jakimś czasie ponownego wyjęcia zakładki, przeciągające się lustrowanie okładki, mimowolne za(lub od)ginanie narożników, zapach, odcień papieru, czcionka, ciężar... Czyli nade wszystko liczy się przede wszystkim to przyziemne, realistyczne, ale po części też swoiście magiczne, obcowanie z czymś, co dla wielu stanowi jedynie mało co warty stos zbyt gęsto zadrukowanych i sklejonych kartek, a dla mnie...

No właśnie - co dla mnie? Napisałem, że treść jest ważna, ale cała ta reszta i jeszcze parę innych rzeczy, których teraz nazwać nie potrafię (i w przyszłości pewnie również nie będę potrafił), leży na drugiej szali, równoważąc tę całą magię słowa pisanego i czyniąc ze stosu kartek książkę. Gdyby tak całą tę otoczkę (którą akapit wyżej nazwałem obcowaniem) odciąć i wyrzucić do kosza jak poobiednie odpadki, to książka nie byłaby już książką; przynajmniej w rozumieniu gościa, którego znacie tutaj jako Ostatniego z Mohikanów.

Nieco ponad tydzień temu skończyłem czytać "Łowcę snów". Lektura ta jak (prawie) żadna inna wciągnęła mnie bez reszty; można powiedzieć, że ją nie przeczytałem, lecz pożarłem, wylizując talerz (okładkę?) do czysta i mając niezdrowy apetyt na więcej. Nie każdy musi podzielać moje zafascynowanie "Łowcą snów". Nie każdy przecież lubi fantastyczne historie z telepatią i Obcymi w tle, i nie każdy jest w stanie strawić charakterystyczną prozę Stephena Kinga. Dla mnie jednak jest to jedna z tych powieści, które mają w sobie to coś. Coś, co pochłania i wciąga, coś, co wzrusza, podnieca, smuci i raduje jednocześnie, czasem wkurza, ale nigdy nie nudzi i ciągle zaciekawia; i wreszcie - coś, co po dotarciu do ostatniej strony zmusza do refleksji i zadumy. Po takich lekturach to coś na chwilę mnie paraliżuje, a potem mimowolnie nakłania oczy do ponownego pobieżnego przejrzenia treści i przebicia wzrokiem okładki. Wiecznie spocone paluchy w tym czasie oczywiście nie próżnują - po raz n-ty wertują kartki, ponownie zapoznają się z narożnikami, głaszczą okładkę, dopinając tym samym proces obcowania na ostatni guzik...

Stephen King pierwotną wersję "Łowcy snów" napisał ręcznie. Możecie to sobie wyobrazić? Ponad siedemset stron maszynopisu (w wersji pisanej odręcznie było tego na pewno sporo więcej) w niespełna pół roku powstało metodą, którą wielu z nas, zwłaszcza na tym specyficznym blogu, uznałoby za średniowieczną. "To jak powrót do korzeni", pomyślałem sobie wówczas. I nagle pomyślałem sobie coś jeszcze (kurde, czy ja ciągle muszę się nad wszystkim zastanawiać?) - czy w szalejącej powszechnie cyfryzacyjnej zawierusze, w tym nanotechologicznym wyścigu, w tym coraz bardziej cybernetycznym świecie, w którym lodówki informują o małej ilości mleka na półce numer 3, a samochody bez ingerencji kierowcy przejeżdżają pół Ameryki; czy w tej modzie na audio- i e-booki tradycyjna książka na zawsze pozostanie książką?