Rok papierowych premier. Efekt pandemii czy niebezpieczny trend?

Strona główna Aktualności

O autorze

Zjawisko tzw. premier papierowych, czyli formalnego wydania produktu na długo przed wysyłką do sklepów, nie jest niczym nowym. Problem w tym, że w 2020 r. sięgnęło apogeum. Niestety, wszystkie znaki na niebie wskazują, że na poprawę nie ma co liczyć.

Zróbmy krótki rekonesans po najgłośniejszych premierach sprzętowych ostatnich miesięcy. Najpierw były karty graficzne Nvidia GeForce RTX 30, później procesory AMD Ryzen 5000 i grafiki Radeon RX 6000, a na dokładkę konsole PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S. Gdzieś w międzyczasie pojawiły się również iPhone'y 12, a ostatnio – komputery Mac M1.

I z tego zacnego grona tylko sprzęt Apple'a można kupić raczej bezproblemowo, choć też nie wszędzie i nie w każdej możliwej wersji.

Nie bójmy się tego słowa: to patologia

Widywałem w swym życiu różne sceny. Jak w dniu premiery PS4 chętni bili się w jednej z łódzkich galerii handlowych i jak w momencie szału na kryptowaluty za paletę kart graficznych można było kupić mieszkanie. Jak Intel sprzedawał więcej niż produkował i jak AMD kilkukrotnie przedstawiało coś właściwie tylko z myślą o inwestorach i marketingu. Ale to inna skala.

Zawsze chodziło o pojedyncze urządzenie, ewentualnie grupę urządzeń. Szedł za tym konkretny trend, czy to w ujęciu modowym czy biznesowym. Tymczasem dzisiaj wspólnym mianownikiem jest co najwyżej to, że o zakupach w dniu formalnej premiery możemy zapomnieć. No chyba, że szczęśliwie załapiemy się na ograniczoną pulę preorderową, albo zgodzimy na napychanie mieszka spekulantom. Niezbyt kuszące wizje, przyznajcie.

Halo, panie pismak, pandemię mamy – ktoś powie. Zgoda i nie zarazem. Koronawirus faktycznie sparaliżował na jakiś czas łańcuch dostaw, ale to było parę miesięcy temu, a producenci doskonale wiedzą, ile sprzętu wychodzi z fabryki i mimo to brną przed siebie.

Tak naprawdę sytuacja jest bardziej złożona

Jak sugerują napływające zewsząd doniesienia, coraz większe problemy z terminową realizacją zamówień ma TSMC, a więc główny ośrodek produkcyjny zaawansowanych układów krzemowych. Ten, dzięki prężnemu R&D i wielomiliardowym inwestycjom potentatów, stał się niemalże monopolistą.

Amerykańskie GlobalFoundries, które jeszcze dekadę temu odpowiadało za blisko 1/5 światowej produkcji chipów, wskutek problemów technologicznych wycofało się z wyścigu o wiodący obecnie węzeł 7 nm. Dzisiaj pod względem udziału w rynku nie dobija do połowy czasów świetności, oferując jedynie rozwiązania postrzegane za ekonomiczne, kończące się na licencjonowanej od Samsunga technologii 14 nm.

Trudności z kolejnymi procesorami litograficznymi ma ponadto Intel, który właśnie stracił jednego z największych partnerów, Apple. Po tym, jak spółka z Cupertino zrezygnowała z intelowskich modemów, nadszedł cios numer dwa: porzuciła także procesory Core. Następne zlecenia trafiły za to do TSMC, i to z wysokim priorytetem. Bo firma Tima Cooka jest jednym z inwestorów.

Fabryki chińskie, takie jak SMIC, to melodia przyszłości. Na razie kręcą się w okolicach 28 nm, nowsze technologie traktując eksperymentalnie.

Tylko wspomniany już Samsung może jakkolwiek równać się z TSMC, acz raporty o liczbie odrzutów z produkcji nie nastrajają pozytywnie. I chyba nie tylko nas, bo prócz Nvidii nikt się do współpracy z Koreańczykami nie rwie. Tak czy inaczej, firma z Suwon jest obecnie drugim największym dostawcą półprzewodników na świecie, notując trochę poniżej 20 proc. udziału.

Jednak nawet Samsung, GloFo i cała reszta razem wzięta przegrywa z TSMC (ok. 51,5 proc.).

Branżowi potentaci nie mają wyboru

Chcąc uzyskać jak najlepszy efekt, muszą wiązać się właśnie z TSMC. Tym samym rodzi się błędne koło. Fabryka nie daje sobie rady, ale nie ma komu jej odciążyć. Więc oczekiwanie na sprzęt trwa miesiącami, na co skarżyli się ostatnio m.in. dyrektor finansowa Nvidii, Colette Kress, a także szef Xboksa, Phil Spencer.

W świecie orwellowskim producent powinien premierę przesunąć i cierpliwie czekać na wypełnienie magazynów, ale w spółce akcyjnej, podporządkowanej konkretnemu harmonogramowi, to nie wchodzi w rachubę. To z kolei implikuje dalsze wydarzenia.

Na samym końcu łańcuszka jest klient, który pojawia się w progu sklepu również spętanego korporacyjnymi celami. Ten ostatni doda niedostępny de facto produkt do katalogu tylko po to, by zebrać trochę ruchu z wyszukiwarek i może przy okazji sprzedać coś innego. A skoro jakaś pozycja generuje zainteresowanie, to siłą rzeczy trzeba ją dodać.

Jest to okrutne, ale piekielnie skuteczne

Z biznesowego punktu widzenia, premiera nawet w bardzo ograniczonym nakładzie to świetna sprawa. Producent i tak sprzedaje tyle, ile jest w stanie. Agencja marketingowa przekuje to w sukces, że popyt jest tak duży, iż chętni ustawiają się w kilometrowych kolejkach. Łańcuch dystrybucji ma oblężenie, podobnie sklepy. A sama niedostępność towaru wzmaga pożądanie, co stanowi naturalną reakcję psychologiczną w społeczeństwie.

Wściekli klienci trochę pobluźnią, po czym mimo wszystko złożą zamówienie, jak właśnie przekonuje się branża. A skoro na rychłe zwiększenie podaży nie możemy liczyć, to premier papierowych będzie coraz więcej. I nie pozostaje nic innego, jak się z tym pogodzić.

© dobreprogramy
s