Pierwszy raz na Hot Zlot czyli przypomnę jak to tam było.

Miał być ciąg dalszy mojej wersji „mody na sukces”, ale w tym tygodniu nie będzie. Chciałbym natomiast coś o imprezie Hot Zlotem zwanej. Jeszcze podczas powrotu chciałem napisać coś coby troszkę pokrtytykowało ten zlot, później miała być tzw. kanapka (januszek – dzięki za pomysł), ale ostatecznie nie znalazłem nic do czego można by się przyczepić :) No ale może może po kolei...

Wyjechaliśmy (ja, januszek, MaxDemage, Lordjahu) już dzień prędzej, Sama droga (z domu miałem jakieś 550 km.) była niezła, dwa czy trzy razy oberwanie chmury, ale towarzystwo świetne, jakoś temat był przez całą drogę i oczywiście informatyka jako temat przewodni. Po 10 godzinach jazdy dotarliśmy do Słupska do sławnego już pensjonatu Antonio. Czysto, schludnie i ogólnie fajnie. Po południu mały wypad na miasto. Coś zjedliśmy, w między czasie pojawił się jeden z przedstawicieli Sony, pokazał nam jedną z nowych zabawek. Co ciekawe o 8.00 poinformowano nas, że zamykają restaurację. Pomyśleliśmy, że nie ma problemu pójdziemy gdzie indziej i cóż się okazało, że w Słupsku nie ma już otwartej knajpy. Godz. 8 i miasto jakby wymarło, ni ludzi, ni otwartych knajp. Nie ma to jak miasto turystyczne w sezonie....

W poniedziałek rano, szybkie śniadanko, trza by jeszcze odwiedzić Ustkę. Przemierzyć cały kraj i morza nie zobaczyć, nie no to coś nie tak. Z Ustki już prosto do doliny a tam … Chmara ludu i jakiś taki namiot, gdzie większość z nich się zbiera. Już przed rejestracja u Gutka poznałem kilka osób z którymi gdzieś kiedyś rozmawiałem. Po rejestracji poszedłem się zameldować w Hotelu a tu... niestety - Pana pokój jeszcze nie gotowy i proszę czekać. Większość już jest w pokojach a ja to mam szczęście. No fajnie się zaczyna pomyślałem. Za to pokój – naprawdę super, obiad też bardzo dobry. No to zaczynamy sesje, szybkie przywitanie i M$ zaczyna, Patryk Góralewski świetny mówca, reszta prelegentów też niezła. Jedni opowiadali ciekawiej, inni mniej, ale cóż takie życie. Natomiast gwoździem dnia MicrosoftDay był koncert zespołu Detox, gdzie wszyscy bawili się przednio (wystarczy zobaczyć ilość zdjęć jakie powstały na tym koncercie). Mnie jakoś specjalnie nie przypadł do gustu, ale to tylko moja opinia.

Drugi dzień. Praktycznie cały dzień wypełniony sesjami. He he cały... Rano trochę wolnego czasu, w obiad wolny czas, wieczorem przed imprezą integracyjną wolny czas, i tak dzień zleciał. Co do sesji. Wydaje mi się, że redakcja trafiła w 10 z doborem sesji. Krótkie treściwe i dość ciekawie. Największym oczekiwaniem była sesja komunikatora Gadu-Gadu, a tu zamiast sesji o wersji na desktopy było o wersji mobilnej. Byłem trochę zwiedziony. No ale możliwość rozmowy z panami z GG była bezcenna. No i zakończenie drugiego dnia – impreza integracyjna. Jedna z lepszych imprez na jakich byłem w życiu. Dobre jedzenie, dużo piwa i dyskusje na tematy ogólne aż po świt. Co poniektórzy kończyli integrowanie o 6 rano. Co mnie tam zdziwiło to redakcja, myślałem, że tam pracują ludzie typu bez kija nie podchodź ( nie wiem dlaczego tak sobie to ubzdurałem) a okazało się, że są to ludzie z którymi można pogadać na wszelkie tematy. Podczas tego wieczoru miałem możliwość pogadania z większością ekipy.

Następnego dnia cześć ludzi już odjeżdżała do domu. Ostatnie dyskusje i pożegnalne zdjęcia i pojechali a my – zaraz będą sesje lightining talks a po obiedzie spływ kajakowy. Sesje lightining talks to inna historia. Na pierwszy ogień programowanie (dla mnie nuda), później bitcois (autor chyba nie do końca się przygotował), kolejne to „Niesłychane by MaxDemage” (w sumie prezentacja o pierdołach, ale wywołała największe dyskusje), kolejna to platforma do tworzenia aplikacji mobilnych, prawie na koniec Docent i IPv6 (naprawdę ciekawie, coś co mnie naprawdę interesuje) zakończeniem sesji był pokaz serwerowni 1&1 przerwany tekstem że od pół godziny wydają obiad :). Popołudniowe kajaki nie doszły do skutku (pogoda nie napawała optymistycznie) mieliśmy więc czas wolny, basen sauna i kabaret neonówka (pozdrowieniowa dla wieszaka) i manioo próbujący dodzwonić się do żony (odpowiedni uczestnicy wiedzą o co chodzi). Po prostu coś czego nie sposób będzie zapomnieć. Wieczorem ciąg dalszy integracji (jak to w agendzie pisało), gdzie już w mniejszym gronie można było podyskutować na tematy różne. Najwytrwalsi siedzieli do drugiej nad ranem wysłuchując opowiadań Krogulca, który ma niesamowity talent do opowiadania o wszystkim (dosłownie), że aż szkoda było kończyć ten wieczór.

Ostatni dzień to już tylko pożegnania, wymeldowanie i jazda do domu – kolejne 10 godzin jazdy, do tego z mała przygodą (co i jak jest w relacji na żywo) i w domu.

Słowem podsumowania – było naprawdę super, ludzie świetni, sesje i prelegenci jeszcze ciekawsi, nic tylko czekać na kolejny Zlot (mam nadzieję tam być).

Spis treści całości mojego blogowania znajduje się tutaj.