Awaria zaczęła się w poniedziałek, krótko po 1 w nocy polskiego czasu. Pierwszym jej objawem były przycięcia i błędy na stronie GitHuba. W dalszej kolejności pracujący z repozytoriami kodu zauważyli, że GitHub, choć działa, przez stronę serwuje tylko starsze wersje plików. W niektórych repozytoriach przestały być widoczne odgałęzienia projektów, a wysłane zmiany w kodzie niekiedy są ignorowane. Znikają także wysłane zgłoszenia błędów i różne inne zmiany, a część użytkowników nie może się zalogować.
Zachowanie repozytoriów jest jednak niespójne i zdarza się, że zmiany jednak udaje się zapisać. Wygląda to, jakby GitHub serwował niektórym użytkownikom starsze kopie serwisu w wersji tylko do odczytu albo korzystał z kopii zapasowej. Warto jednak dodać, że zepsuty jest tylko interfejs WWW, a korzystając z usług Git można pracować normalnie.
Ze strony statusu GitHuba wiemy, że awarii uległ system przechowywania danych. By temu zaradzić, administratorzy przenieśli dane strony w inne miejsce, a w międzyczasie serwowali użytkownikom starsze wersje plików. Migracja zaczęła się około godziny po wykryciu awarii. Niedługo potem pojawił się komunikat o próbie naprawy dysków i ostrzeżenie o potencjalnych problemach.
O ile o samą awarię sprzętu trudno mieć do prowadzących GitHub pretensje, komunikacja z użytkownikami pozostawia wiele do życzenia. Nie było żadnego wyraźnego komunikatu o awarii. Nikt nie pomyślał, by wysłać do zarejestrowanych e-maile z ostrzeżeniem o problemach, nie było też o tym widocznych informacji na stronie. Dowiedzieć się o problemach można było dopiero po znalezieniu strony statusu, do czego użytkownicy zabierali się zwykle dopiero wtedy, gdy sami zauważyli problemy – na przykład znikające gałęzie projektu.
Co ciekawe, na Twitterze awarię udało się powiązać z Microsoftem, który planuje przejąć GitHub. Transakcja nie została jeszcze sfinalizowana, ale wzmianki o firmie i tak pojawiły się przy wpisach o awarii.