Zabawa w optymalizację. Czy warto jeszcze sprzątać Rejestr?

Strona główna Aktualności
Czy warto jeszcze sprzątać Rejestr? (fot. Pixabay)
Czy warto jeszcze sprzątać Rejestr? (fot. Pixabay)

O autorze

W naszej bazie oprogramowania znajduje się wiele programów przeznaczonych do czyszczenia rejestru, usuwania plików tymczasowych i różnych form ogólnie pojętej "optymalizacji". Cieszą się one niesłabnącą popularnością, a u niektórych zaawansowanych użytkowników od lat znajdują się w zbiorach obowiązkowych instalacji na świeżym systemie. Ale czy na pewno są potrzebne? Czyżby system Windows działał domyślnie tak źle, że istnieje zapotrzebowanie na całą oddzielną kategorią programów usprawniających?

Skąd ten pomysł?

Spróbujmy znaleźć odpowiedź na to pytanie. Zacznijmy od próby zrozumienia, jaki konkretny (poza przyzwyczajeniem) cel przyświeca instalacji tego typu czyścicieli. Ich podstawowe zbiory funkcji są zazwyczaj bardzo zbliżone i zawierają takie składaniki, jak:

  • Usuwanie systemowych plików tymczasowych
  • Usuwanie plików tymczasowych znanych aplikacji
  • Czyszczenie list Ostatnio Uruchomionych Elementów (MRU)
  • Usuwanie zrzutów pamięci stworzonych w ramach Niebieskiego Ekranu (BSOD)
  • Usuwanie martwych skrótów
  • Odcinanie najstarszych wpisów z Dziennika Zdarzeń
  • Czyszczenie pamięci podręcznej Windows Update
  • Usuwanie elementów koniecznych do pracy Raportowania o Błędach, Telemetrii Kompatybilności i Miernika Niezawodności
  • Odchudzanie Rejestru z wpisów dot. nieobecnego oprogramowania, brakujących plików, nieaktualnych klas i starych rozszerzeń
  • Defragmentacja systemów plików

Wszystkie powyższe czynności wyglądają na niezwykle korzystne i wskazane przy konserwacji systemu. Nikt przecież nie chce mieć na dysku niepotrzebnych plików tymczasowych. Zwłaszcza, że można je (rzekomo) bezinwazyjnie usunąć. Wydaje się, że system powinien działać lepiej, gdy nie musi dźwigać gigabajtów zbędnych danych. Zarówno w postaci plików tymczasowych, jak i kluczy Rejestru.

Takie przekonanie jest jednak mylne. Nie chodzi tu o to, że zbędne pliki tymczasowe są w jakiś sposób zbawienne dla działania systemu, ale ich usunięcie niekoniecznie wpłynie zauważalnie na pracę komputera. Dlaczego? Bo przekonanie o sensowności regularnego usuwania plików tymczasowych pochodzi z ubiegłego stulecia, gdy jeszcze miało jakiś sens.

Cenne miejsce na dysku

Mania polowania na pliki tymczasowe i regularne usuwanie ich z użyciem dziesiątek optymalizatorów wzięła się z rozpaczliwie małych pojemności dysków twardych i ich wysokiej ceny. Absolutnie typowym widokiem w roku 1999 była stacja robocza z Windows 98 i Office 97 zainstalowanymi na (głośnym) dysku twardym IDE o pojemności 500 megabajtów. Puchnące oprogramowanie oraz coraz mocniej rozbudowujące się pamięci podręczne np. przeglądarek internetowych sprawiały, że każdy megabajt miejsca był cenny. Alternatywą był bowiem zakup nowego dysku twardego.

Przez pewien czas dyski SSD, ze względu na cenę, sprzedawano w nikczemnie niskich pojemnościach, które również zmuszały do "rozsądnego gospodarowania przestrzenią dyskową". Podtrzymywało to okropne nawyki sprzed kilku dekad, dziś jednak nie są to kwestie, którymi należy sobie zawracać głowę. Dyski SSD mają dziś już bardzo dużą pojemność. Pozbawione mechanicznych elementów, nie są podatne na redukcję wydajności wskutek fragmentacji, która zresztą jest dziś znacznie niższa, niż na dawnym systemie plików FAT.

Ponadto, liczba oprogramowania znacznie wzrosła, podobnie jak jego złożoność i częstość aktualizacji. Programy usuwające pliki tymczasowe zawsze, z definicji, będą dziś kilka kroków wstecz względem oprogramowania, które owymi plikami śmieci. Dlatego jeżeli nie przekonują kogoś argumenty techniczne, a estetyczne (zaskakująco dużo osób czuje się źle, gdy wie o zalegających na dysku plikach), to warto zwrócić uwagę na fakt, że walka ze zbędnymi plikami jest z góry skazana na porażkę. Czasy systemów, w których stan dysku był przewidywalny, dawno już minęły.

Być może nieco więcej sensu ma czyszczenie systemu z pamięci podręcznej Sklepu, Windows Update i Instalatora Windows. Można dzięki temu usunąć czasem nawet kilkanaście gigabajtów (!) nieaktualnych plików. Z tym, że systemowa usługa konserwacji robi to sama, automatycznie, podczas bezczynności. Prędzej czy później nieaktalna pamięć podręczna zniknie i nie trzeba do tego oddzielnych programów. Co innego pamięć podręczna pobranych sterowników. To inna historia. Związana z narzędziem pnputil, o którym przy innej okazji.

Rejestr

Nieco odmienną klasą problemu jest narzędzie do oczyszczania Rejestru. Stosowanie takich czyścicieli również bierze się z dawnych przekonań dotyczących owej systemowej bazy danych. W czasach systemu Windows 98, Rejestr był binarną bazą przechowywaną w kilku plikach, ładowaną w całości do pamięci podczas startu i przechowującą zdecydowaną większość systemowych ustawień. Rejestr był na tyle krytycznym elementem Windows, że wbudowane narzędzia automatycznie robiły jego kopię zapasową, a wiele osób robiło również kopie samodzielnie, zapisując je na dyskietkach. Ponieważ Rejestr potrafił spuchnąć powyżej pojemności dyskietki i ponieważ był zawsze ładowany w całości do pamięci RAM, dużo sensu miało czyszczenie go ze zbędnych elementów.

Dużo programów traktowało Rejestr jako bazę przejściową swojego stanu, ustawień, historii i zbiorów ustawień, nie zawsze je zwalniając. Sam Windows rejestrował setki klas i nigdy samodzielnie nie zwalniał nieaktualnych list, stąd też przez wiele lat panowało (słuszne wtedy) przekonanie, że Windows zwalnia z upływem czasu i aby odroczyć nieuniknioną reinstalację, należy czyścić Rejestr ze złogów.

Dziś jest inaczej. Rejestr nie jest ładowany do pamięci w całości, jest zresztą olbrzymi. Jest ładowany na żądanie, sekcjami i niektóre jego zbiory gałęzi są zarządzane niezależnie od reszty. Gigantyczny i zabałaganiony Rejestr w marginalnym stopniu wpływa na wydajność systemu. Błędne klucze są wycofywane przez system automatycznie, wiele aplikacji (np. te instalowane przez Sklep) posiada opcję "resetu" swoich ustawień, unieważniając konieczność "konserwacji" Rejestru.

Co więcej, wiele komponentów systemu żyje dziś w całości wewnątrz Rejestru. Aplikacje Sklepu Windows, pozornie będące samozawartymi kontenerami APPX, implementują całą swoją bezobsługową instalację za pomocą niezwykle rozbudowanego tańcowania po kluczach w Rejestrze. Jeżeli ten stan zostanie zaburzony, łatwo doprowadzić do zakleszczenia, w którym np. reinstalacja aplikacji okaże się niemożliwa. Popularne programy nie popełniają takich błędów. Ale optymalizatorów jest... naprawdę dużo.

Sam Microsoft dokonał wolty w kwestii narzędzi do oczyszczania Rejestru. Niegdyś dostarczał bardzo wydajne narzędzie do oczyszczania, wykrywające o wiele więcej błędnych kluczy niż konkurencja, w ramach pakietu Microsoft Windows Live OneCare Online Safety Scan (cóż za nazwa!). Z czasem jednak wycofał się z niego, między innymi wskutek rosnącej liczby zażaleń na forach Technetu. Wraz z nadejściem Windows 8, system miał być samo-zarządzalnym oprogramowaniem na urządzeń niewymagających konserwacji, jak smartfony i tablety. Narzędzia do czyszczenia Rejestru zniknęły ze strony Microsoftu, podobnie jak rady dotyczące kondycji systemu Windows Vista, brzmiące "regularnie restartuj swój komputer".

Dokonano progresu pod względem niezapadania się systemu pod własnym ciężarem. Zjawisko to dalej występuje, ani przez chwilę nie chodzi tu o jego zanegowanie, ale obecnie na niewiele zdaje się walka z nim za pomocą dedykowanego oprogramowania. Co więcej, może z tego być więcej szkody niż pożytku. Microsoft obecnie zniechęca użytkowników do oprogramowania czyszczącego Rejestr, ponieważ nie tylko nic to nie daje, ale może też zepsuć system do stanu, w którym nie da się go naprawić. Wizerunkowo bardzo źle wygląda sytuacja, w której jednym klikiem rozkłada się cały system. Mimo, że ten "jeden klik" sieje pod spodem niezłe spustoszenie.

Skanery

Wreszcie, pozostaje kwestia wbudowanych w oczyszczacze skanerów rezydentnych, pilnujących wydajności systemu, usuwających zbędne pliki na bieżąco i monitorujących powstawanie "złogów" na dysku. Ich obecność nie zmienia niemal nic w systemie, a jedyna różnica, początkowo, może być dostrzegalna na systemach zainstalowanych na dyskach talerzowych (co jest obecnie szalenie niewskazane). W praktyce jednak po kilku "oczyszczeniach", prędkość systemu może spadać właśnie przez... owe skanery! Bez wyjątku zawsze lepszym rozwiązaniem jest zmniejszyć liczbę uruchamianych programów, niż instalować dedykowane monitory, które za pomocą czarów mają usunąć negatywny wpływ na wydajność.

Dlatego znacznie więcej sensu ma dziś, zamiast stosowania genialnych narzędzi oczyszczających, przejrzeć listę automatycznie uruchamianych programów. Program Sysinternals Autoruns, wymagający dużej ostrożności podczas użycia, pozwoli odnaleźć i wyłączyć wiele bzdur wydłużających czas uruchamiania systemu. Wiele komponentów na jego listach pochodzi od producentów sprzętu, którzy za wszelką cenę chcą zrealizować punkty umów OEM mówiące o "świadczeniu obsługi technicznej" oraz "zapewnieniu aktualizacji". Efektem owej nadgroliwości jest wysyp zbędnych narzędzi, startujących równolegle z systemowymi usługami. Ich wyłączenie również może wywoływać problemy, ale racjonalne podejście do odfiltrowania owych programów pozwali naprawdę skrócić czas, jaki Windows potrzebuje na przejście w stan gotowości do wydajnej pracy.

Poczuj się ekspertem

Wiele osób instaluje różnorakie optymalizatory, chcąc poczuć się jak mechanik, stosujący wiedzę tajemną celem usprawnienia maszyn pod swoją opieką. Nietrudno, zwłaszcza na forach, spotkać fachowców przekonanych o tym, że obsługa komputera to niezwykle skomplikowana procedura i absolutnie niezbędne jest, by komputer regularnie konserwować, optymalizować i konfigurować. Komputery osobiste i główne systemy operacyjne już od lat jednak nie wymagają takich zabiegów. Rejestr i dysk nie wymagają oczyszczania. Systemy plików nie muszą być defragmentowane. Ustawienia domyślne nie są rażąco nieoptymalne. Nawet domyślne instalacje OEM zawierają coraz mniej śmieci!

Stąd też tworzenie "sekretnego klubu na drzewie" dla fanatyków optymalizacji, gdzie pół zasobnika systemowego jest zawalone skanerami rezydentnymi jest zbędne i w dodatku dość męczące w odbiorze. To typowy przykład nadmiaru entuzjazmu. Trudno jest w kółko przyjmować "dobre rady" na temat wymiany opon i doboru oleju, znosić "kluczowe" uwagi i opowieści o konserwacji łańcucha oraz słuchać trzecią godzinę o gipsowaniu ścian, czyż nie?

Dlatego dajmy trochę spokój z optymalizacją. Owszem, istnieją scenariusze, gdzie ma ona sporo sensu. Jak wstępna konfiguracja systemu na starym sprzęcie z talerzowym dyskiem. Albo pokrojenie "Dziesiątki" by lepiej mieściła się na partycji 32GB. Ewentualnie przygotowanie maszyny wirtualnej do eksportu. Ale tym wszystkim zazwyczaj w ogóle nie trzeba się już zajmować. Optymalizatory systemu nie są czystym złem, te dobre mają swój niezły zakres zastosowań. Warto jednak czasem zastanowić się, czy na pewno są zawsze potrzebne...

© dobreprogramy