To jeden z pomysłów Setha Fishera zarządzającego funduszem hedgingowym Oasis Management: nastawić się na naprawdę mikro-transakcje. Uważa on, że przyszłość Nintendo leży w produkcji gier dla możliwie najszerszego grona użytkowników urządzeń przenośnych, projektów nastawionych na wyciąganie pieniędzy poprzez oferowanie najróżniejszych (głupich nawet, jak widać) ułatwień. Z odpowiednią pomocą firma nie miałaby sobie na tym polu równych, a tematem należy zainteresować się jak najszybciej, bo to rynek wyceniany na przeszło 100 miliardów dolarów. Fisher jest przekonany, że fani Zeld, Donkey Kongów, no i hydraulików, gotowi są na wydanie przykładowo tych 99 centów, by pokazać, iż (przeinaczając tytuł znanego filmu) mali potrafią skakać. Wyżej.
O przelaniu przynajmniej części własności intelektualnej na urządzenia inne, niż te Nintendo, Japończyków różne strony namawiają od dawna, że przypomnę tylko o nawoływaniach Eidosu. Przykład tego, jaki mogłoby to dać smutny efekt, mamy powyżej. Oczywiście niewiele osób dostrzega fakt, iż taki scenariusz jest jednak bardzo odległy. Nintendo nie ma doświadczenia w tworzeniu gier na tablety czy smartfony. Proste przeniesienie starych tytułów, powstałych z myślą o kontrolerach, a nie suwaniu palcem, też nie wchodzi w grę, bo fani by firmę podpalili za słabej jakości tzw. porty. Trzeba także by było wybić się na rynku zdominowanym przez ptaki Rovio i niskiej jakości, chwilowe fenomeny. Zaistnienie na tej dochodowej scenie to nie jest wcale takie hop siup...