Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Cloud Rot, czyli jak z telefonów uchodzi dusza

Bezchmurne dzieciństwo

Należę do ostatniego pokolenia, które było zmuszone rozmawiać ze sobą na podwórku, zamiast grać w Angry Birds. Na szczęście jest to również pokolenie, które miało już odtwarzacze MP3 i nie musiało słuchać o zawałach serca i mszach świętych, jadąc z Grażynami autobusem. Oznacza to, że swój pierwszy telefon otrzymałem późno, i nie był to smartfon, bo smartfonów, powiedzmy, nie było (co jest nieprawdą, ale o tym za chwilę). W powszechnym użyciu rozplenione były urządzenia w najpełniejszy i bolesny sposób wypełniające definicję określenia „telefon komórkowy”. A więc aparacik był przeznaczony głównie do dzwonienia, SMSy wysyłaliśmy wyłącznie do rówieśników (nie znoszę tego słowa), bo tylko oni zdawali się rozumieć, jakim błogosławieństwem jest nie musieć słyszeć czyjegoś głosu. Internet niby działał, ale był afunkcjonalny i porażająco drogi, strony w formacie WML stanowiły wszakże egzotyczną rzadkość. Raz w miesiącu można sobie było najwyżej pobrać pocztę przez wbudowanego klienta. Niektóre wyższe modele miały wbudowany aparat fotograficzny (bez lampy), pozwalający ukradkiem robić zdjęcia tyłka koleżanki z klasy, gdy przyszła w nowych spodniach. Kontakty były trzymane na karcie SIM, bowiem ich ewentualny transfer z pamięci telefonu wymagałby użycia kabla, którego nikt nie ma oraz programu, który nikomu nie zadziałał (co nie przeszkadzało mu gubić polskich znaków).

Były to zatem zupełnie inne czasy, mimo, że było to nieco tylko ponad dekadę temu. Mimo zawrotnej słabości, a z dzisiejszej perspektywy – wręcz bezużyteczności ówczesnych komórek, istniały, hen hen daleko na półkach cenowych, urządzenia o których nie można było powiedzieć, że są frustrująco ograniczone. Były to telefony z serii Nokia Communicator, a nad nimi – porażająco drogie palmofony, czyli PDA z anteną GSM, trybem GPS i systemem Windows Mobile na pokładzie. Były cenniejsze od diamentów i zarezerwowane tylko dla biznesmenów oraz innych „poważnych ludzi”, o których wiedzieliśmy dobrze, że ich w Polsce nie ma. Ani jednego.

Ale to nieważne. Ich istnienie uświadomiło mi, że jest, jakkolwiek niemal nieosiągalna, możliwość posiadania kieszonkowego urządzenia z Wordem, Outlookiem, nawigatorem, oryginalnym Pasjansem (to bardzo ważne) i odtwarzaczem multimediów ogarniającym więcej, niż WAV, AMR, 3GPP, AAC i OMGWTFBBQ. Dlatego patrzenie na funkcjonalnie równinny telefon komórkowy wywoływało u mnie wściekłość. Mój pogląd nie znajdował zrozumienia wśród szeregów esemesujących kolegów, ale nie jest to szczególnym zaskoczeniem, obcy był im bowiem talent w doszukiwaniu się problemów w każdej możliwej materii. Oraz, przy okazji, niepohamowany pęd do popraw, ulepszeń i nowoczesności. Trudno.

r   e   k   l   a   m   a

Odraza do telefonów przeszła mi wraz z Nokią E72 i jej nieodżałowanym Symbianem. Jednak dopiero z nastaniem Androida w wersji Jelly Bean, mogłem trzymać w rękach urządzenie o mocy, której dawny brak uznawałem za obrazę człowieczeństwa, gdy miałem 15 lat. Pokonałem nawet dzięki temu swą inherentną niechęć do ekranów dotykowych.

Android to jednak zupełnie inny zwierz, niż Symbian. I choć urządzenia takie, jak Nokia E72 zdecydowanie były smartfonami, w powszechnej opinii wciąż były to „te stare telefony”. Jest w tym jednak więcej prawdy, niż się wydaje, i nie chodzi tu o optykę (brak ekranu dotykowego), a o chmurę.

Ostatnie kilka lat zmusiło nas do wysłuchiwania słowa „chmura” odmienianego przez wszystkie możliwe części mowy. Nikt nie wie, czym jest chmura obliczeniowa, ale jakimś cudem chmurowe jest dziś wszystko. Chciałbym tu zażartować, że brakuje jeszcze chmurowych skarpet, wibratorów i sokowirówek, ale niestety istnieją już chmurowe skarpety, wibratory, sokowirówki i cała góra jeszcze bardziej bezsensowych aparatów w modułem Wi-Fi i Androidem. To właśnie chmurowość, a nie obfitość funkcjonalna, czyni obecne (dotykowe) smartfony – smartfonami. Mobilny system operacyjny może być chmurowy i to wcale nie jest buzzword: oznacza to bowiem, że istotnie jest ciągle online, ciągle aktualizowany i ciągle wymagający zdalnych komponentów do działania. Użytkownik ma więc ciągły kontakt z najnowszym (latest and greatest). A przynajmniej mógłby mieć. Ale nie ma, bo nie pozwala na to sprzęt.

Ciągłe aktualizacje wymagają ciągłego wzrostu wymagań sprzętowych. Ponadto, nowe wersje to nowe API, co wymaga nowego systemu. Model aktualizacji Androida jest od swych początków błędny, a kolejne reformy nie dają żadnych efektów: w efekcie powstają tony urządzeń, które tracą wsparcie dla nowych aplikacji. Nierzadko zaś te urządzenia, które owego wsparcia jeszcze nie straciły, przestają dawać radę, bo są oparte o zbyt słaby (względem nowych wersji aplikacji) sprzęt. W pewnym momencie cyklu życia takich urządzeń następuje moment, którym zainstalowane na nich aplikacje tracą zgodność z chmurą, której wymagają do działania. Zachodzi wtedy bardzo ciekawe zjawisko, które w krańcowych przypadkach prowadzi do całkowitego unieruchomienia urządzenia. Jest to niewątpliwie cecha zupełnie obca dawnym telefonom, jak mój Siemens ME75, ale również obca niechmurowym smartfonom, jak Nokia E72. Nie oferują one automatycznej synchronizacji kontaktów i dokumentów, ale dalej mogę z nich dzwonić. Co zabawne, Nokia E72 dalej pozwala mi się połączyć z Facebook Messengerem. Stosuje bowiem metodę najmniejszego wspólnego mianownika, wykorzystując podstawowy HTTPS. Wszelkie dedykowane aplikacje mają swoją datę ważności. Ta nie. Ale to tylko dygresja.

Z biegiem lat moja szuflada wypełniła się zbiorem telefonów. Dawne, proste telefony wyrzuciłem do elektrośmieci, dowiedziawszy się przy okazji, że punkt ich odbioru cieszy się niemal zerową popularnością – najwyraźniej narodowa mentalność dalej każe wywozić śmieci do lasu. Pozostały mi się jedynie wspomniana E72 oraz skromna gromadka czarnych, niemal identycznych prostokątów z dotykowym wyświetlaczem. Każdy z nich należał do innej ery i w obecnie zmaga się z osobliwą postacią nabytej bezużyteczności, o wiele bardziej złośliwej, niż w przypadku np. pecetów z minionej dekady. Postanowiłem się im przyjrzeć, pilnie poszukując wymówki dla nieodkurzania.

Zacząłem od nabytego wskutek kosmicznego nieporozumienia Samsunga Galaxy Ace. Telefonu, który od zarania miał ze sobą problemy i wbrew swojej wysokiej cenie (1299 PLN!) był skazany na przedwczesną śmierć, w imię utrzymania oferty dostępnej na każdą kieszeń. Galaxy Ace był przeciwieństwem flagowca. W jego przypadku, zamiast ww. flagi użyto czegoś na kształt niedopranej, barchanowej szmaty, w zgniłozielonym kolorze. Jego aparat nie nadawał się do robienia zdjęć, które w dodatku robił tak długo, że w środku chyba naświetlał kliszę AG Farben. 256MB pamięci RAM sprawiało, że kolejne wersje aplikacji działały coraz wolniej albo wyłączały się podczas pracy. Oczywiście, o ile kolejne wersje w ogóle dawały się zainstalować: chcąc zaktualizować wyłącznie to oprogramowanie, które przyszło wraz z telefonem napotykało się błąd związany z brakiem wolnego miejsca. Niezbędny stał się root urządzenia, żeby usunąć z niego zbędny chłam. Dzięki temu znalazło się miejsce na Skype’a. Który nie umiał wykryć kamery. A po następnej aktualizacji, mimo, że już zaczął się mieścić w pamięci, zużywał tyle RAMu, że zamiast przychodzących połączeń i SMSów otrzymywałem okienko z napisem „Aplikacja Telefon przestała działać”. W końcu nadszedł moment, w którym potrzebne mi aplikacje przestały być dostępne na Androida w wersji 2.3.6, pod kontrolą którego działał Ace i nadszedł czas przesiadki. Oczywiście Samsung nie wydał na ten model wersji Ice Cream Sandwich, ale ten telefon byłby wtedy całkowicie bezużyteczny, stając się czymś na kształt odwrotnego powerbanka: proces próby uruchomienia skończyłby się drenażem baterii i wyłączeniem, a pod załadowaniu, cykl powtarzałby się. Zaszła zatem konieczność wymiany telefonu, ale w międzyczasie nastąpiło coś, co znacznie zmniejszyło zbiór telefonów, których mógłbym użyć. Ace miał jednak bezsprzeczną zaletę, za którą tęsknię: nieduży wyświetlacz, w sam raz pasujący do moich karlich rączek, co widać na załączonym obrazku. Spróbujcie teraz znaleźć akceptowalny telefon mniejszy, niż 4.5 cala.

Jakkolwiek jest to dyskusyjne, w roku 2012 posiadanie smartfona jeszcze nie było całkowicie oczywiste (ale było całkiem naturalne i już niedługo później – nieuniknione). Ale uzależnienie od usług chmurowych rozleniwiło mnie zbyt mocno, by móc odejść od Androida. Automatyczna synchronizacja kontaktów, telefonów i kalendarza stała się tak oczywista, że zgrozą napawało mnie przenoszenie numerów przez SIM, z wykorzystaniem obśmianych już uprzednio programów do synchronizacji. Był to bowiem problem, który zniknął i do którego już nigdy nie miałem ochoty wracać. Sprzęgając książkę telefoniczną z chmurą Google myślałem głównie o jednym : „właśnie pomagam jakiejś chmurze w uczeniu maszynowym, które sprawi, że zostanie stworzony graf moich relacji międzyludzkich, przez co Google będzie wiedział o mnie więcej, niż sam jestem o sobie świadom; ludzkość zmierza w strasznym i nieodwracalnym kierunku; dążymy do technokratycznej tyranii i zrzekamy się potężnych połaci naszej wolności, ale nie będę pchał tych pieprzonych kontaktów za każdym razem przez Nokia PC Suite ! To dziadostwo startuje przez pół minuty i wymaga 800MB RAMu!”. Właśnie wtedy nastąpił moment, w którym Google złowił mnie swoją chmurową wędką. Właśnie wtedy zacząłem godzić się z brakiem klawiatury QWERTY, nie twierdząc już, że jej brak jest gwałtem na rozumie i godności człowieka.

Drugim smartfonem była Xperia SP. Dalej mam sentyment do tego urządzenia. Była niewątpliwym awansem względem denerwująco minimalistycznego systemu okropnego Ace’a. Padła jednak ofiarą innego zjawiska (a może teorii spiskowej?). Tym razem rozkład funkcjonalny nie nastąpił wskutek rosnącej ciężkości aplikacji, a z powodu całego nowego systemu. Sony, wbrew początkowym obietnicom, nie dostarczyło wersji KitKat, ale w jej miejsce udostępniło magiczną rewizję wersji 4.3, która makabrycznie spowolniła urządzenie. A więc tym razem reptilianie nie wymusili aktualizacji sprzętu wskutek spisku zawiązanego w dostawcami wszystkich aplikacji na Androida. Tym razem wystarczyło nakłonić do współpracy wyłącznie producenta telefonu.

I fakt, jest to nieco podejrzane. Wcześniej telefon działał śpiewająco. Owszem, stopniowo zwalniał wraz z kolejnymi wersjami aplikacji, ale wraz z ostatnią wersją systemu spadek prędkości był skokowy. Jednak wytłumaczenie może być nieco mniej spektakularne, a wywołana degradacja wydajności wcale nie musiała być efektem czystej podłości. Po prostu najlepszych inżynierów przesunięto do prac nad nowymi modelami, a starsze urządzenia, z powodu nieopłacalności, traktowane są „na odwal się ”. Skutkiem ubocznym może być właśnie taka fuszerka.

Oba urządzenia miały jednak wspólnego „niszczyciela” i był nim moduł o nazwie Usługi Google Play. Ten złowrogi twór to próba rozwiązania kilku problemów trapiących Androida, a związanych między innymi z fragmentacją. Po pierwsze, wiele elementów aplikacji „stockowych” jest wspólnych: wystarczy więc aktualizować wspólny moduł i nie wymyślać przy okazji koła na nowo dla każdej aplikacji. Drugi problem to horror związany z aktualizacją: producenci telefonów masowo porzucają obsługę techniczną swoich urządzeń, a niektóre telefony muszą ponadto czekać na akceptację aktualizacji przez operatora. Dlatego podjęto decyzję, żeby wyprowadzić jak najwięcej elementów systemu do zewnętrznych aplikacji (w serii 2.x większość była zintegrowana z obrazem na sztywno), by mieć jakąkolwiek możliwość wprowadzania nowych funkcji. Takie podejście wymusza jednak metodę najniższego mianownika, co oznacza, że owa uniwersalna paczka jest wielka, ciężka i pełna bzdur często niemających zastosowania na niektórych urządzeniach. W dodatku dość szybko puchnie, a na domiar złego jest pobierana automatycznie, nawet przez najstarsze wersje Androida.

Potrafi to prowadzić do absurdalnych sytuacji: Galaxy Ace po pobraniu Usług nie ma już miejsca na zainstalowanie żadnej aplikacji, a gdy choć chwile się go poużywa i wypełni pamięć podręczną – nie mieści się ani jedna aktualizacja. Xperia również coraz gorzej znosiła kolejne wzrosty bloba z Google Play. Wreszcie dobrnęła do etapu na którym dało się na niej zainstalować znacznie więcej (nowszych w dodatku) aplikacji, niż na Ace, ale prędkość pracy była tak niska, że telefon nadawał się na przycisk do papieru: odbieranie połączeń potrafiło kończyć się niepowodzeniem, a klawiatura była ubijana ze względu na brak pamięci. Na szczęście istniało rozwiązanie: Cyanogenmod. Kilka jednorazowych, acz istnie szamańskich zabiegów pozwoliło nie tylko zainstalować wersję 5.1, ale i odzyskać dawną prędkość pracy. For a time, it was good. Jednakże wraz z biegiem czasu, prędkość dalej spadała. Stopniowe przerzucanie się na wersje Lite jedynie oddalało w czasie agonię. Przepełniony naiwnością wrzuciłem Cyanogenmod oparty o Androida 6.0, ale popełniłem błąd podczas instalacji Usług Google Play. Otrzymałem więc „odgooglowany” telefon. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że telefon pracuje niemal jak nowy. Google rozwiązało więc Usługami jeszcze jeden problem – niechęć do wymiany sprawnych urządzeń. Dlatego kolejne wersje Google Play czynią obsługę starych telefonów postępująco okropną.

Może więc po prostu nie instalować usług Play, a aplikacje aktualizować jakimś zewnętrznym narzędziem (spod ciemnej gwiazdy)? Niestety, okazało się, że wędka na którą złowiło mnie Google, była prawdziwa. Niezbędne mi aplikacje, jak Mapy, nie działają bez owej przeklętej paczki. Książki Play, zawierające kilkanaście moich e-booków też nie. Wiele gier zależy od modułu Gry Play który, oczywiście, również wymaga Usług. Nawet synchronizacja kontaktów i kalendarza nie działa bez tego. Instalator APK Pure, który oferował alternatywny sklep i mechanizm aktualizacji, był niewystarczający. Ale stosując mniej „personalizowane” top-listy aplikacji nauczył mnie, że aplikacja przypominająca o godzinie modlitwy i wskazująca kompasem Mekkę, należy do pierwszych dwudziestu najpopularniejszych aplikacji. Ciekawe. Anyway, aby używać Xperii, konieczne są wyrzeczenia, tym bardziej, że telefon ma tylko 1GB RAMu. Popularne są od pewnego czasu teksty na blogach (i – o zgrozo – dziesiątki niemal identycznych filmików na YouTube) opisujące, czy „w 2017 roku da się używać systemu/urządzenia X”. Jest to z gruntu błędne pytanie, ponieważ przy pierwszym istotnym wyrzeczeniu odpowiedź powinna brzmieć „nie.”. Stąd też moja Xperia SP, funkcjonalnie sprawna, acz frustrująca, klasyfikuje się jako nieużywalna. Podobnie „da się” używać Windows XP, ale na przykład taka wtyczka do Office, której potrzebuję, wymaga już wersji 2013, więc alternatywy to kula u nogi. Trudno – marnowanie sprzętu, wyrzucanie sprawnych urządzeń, orgia rozpędzonego, dekadenckiego konsumpcjonizmu. Wiem. I też mi to nie pasuje. Z bólem serca przekreślając „w miarę sprawne” telefony kieruję swą uwagę w stronę zjawiska znacznie bardziej drastycznego: całkowitej śmierci urządzenia, po której telefon zmienia się w czarny prostokąt. Nie natknąłem się jeszcze na urządzenie, które spotkał taki los (aczkolwiek takie istnieją i kilka lat temu pisało o nich Ars Technica), ale mam telefony, które moim zdaniem znajdują się na ostatnim, terminalnym etapie owej drogi. A więc owszem, Usługi Google Play to nowotwór-oprawca, powoli duszący stare Androidy, ale nieco ciekawszy problem ma wspomniany już Gingerbread.

Google, Microsoft i Apple wprowadziły po wielu perypetiach (i wpadkach – jak ze Skype) swoje silne i, co ciekawe, funkcjonalnie odmienne, mechanizmy uwierzytelniania dwuskładnikowego. Logowanie wspomagane protokołem OAuth wymaga przejścia przez dedykowane ekrany z polami uwierzytelniania. Logowanie nie polega na pełnym dostępie do wszystkich usług, a jedynie żądaniu dostępu do ich podzbioru, jak nazwisko, kontakty, poczta i kalendarz (ale już nie panel administracyjny, hasła itd). Takich ekranów nie obsługuje Android 2.3. Próba zalogowanie się na nim do chronionego w ten sposób konta kończy się niepowodzeniem. Istnieje oczywiście „lufcik”, polegający na wygenerowania unikatowego hasła pomijającego uwierzytelnianie dwuskładnikowe. Hasła, które działa tylko na konkretnym urządzeniu i nie można go przenieść ani wykorzystać nigdzie indziej. Ale w mojej perspektywy jest to wyłom w mechanizmie zabezpieczeń i choć nie wydaje się, by miał prędko zniknąć, niezbyt komfortowo czuję się używając go. Przez pewien czas musiałem go używać w programie Thunderbird, zanim nauczył się on umieć w uwierzytelnianie OAuth.

Ciekawsze zjawisko zachodzi na telefonie Lumia 625. Ten telefon to „prawie smartfon” (a dlaczego tylko prawie, wyjaśnię za chwilę), a system Windows Phone 8.1 ma tę samą przypadłość co jego desktopowy odpowiednik – nie pozwala na rozpoczęcie pracy bez zalogowania się do konta Microsoft (aczkolwiek na desktopie da się to obejść, odłączając się od internetu). Kilka miesięcy temu serwery logowania dostosowane do starej wersji przejściowo nie odpowiadały. W efekcie restart telefonu (lub pierwsze uruchomienie jakimś cudem nowego egzemplarza) zakończyłby się jego „ucegleniem”. Obecnie logowanie działa poprawnie w Windows Phone 7 i 8 (aczkolwiek tam ponownie wymaga hasła-lufcika), a w 8.1 używa nawet dedykowanych bezpiecznych stron SSL, wykorzystujących OAuth. Nie jest to jednak stan, który utrzyma się na zawsze. O ile stare Androidy będą lobotomizowane albo bardzo powolne, stare Lumie zostaną kiedyś paletkami do ping-ponga.

Lumia 625 to w ogóle jakiś dziwny twór, tak przy okazji. Z jednej strony uległ on nowoczesnym, smartfonowym trendom i ma duży wyświetlacz oraz zabudowaną baterię, ale z drugiej cierpi na ograniczenia systemu Windows Phone 8.1, nierzadko na małe, ale frustrujące. Przewijanie nie „rozpędza się”, gdy chce się przewinąć szybciej. Klawiatura jest mniej responsywna. WPS nie działa, resetowanie aplikacji jest niemożliwe. Windows Phone jest połączeniem okropnych niedoróbek i zaskakująco dobrych pomysłów. Nie wspominając o szalenie przemyślanym i konsekwentnym wzornictwie, które w Windows 10 jakoś przepadło. Niestety, mimo obsługi OAuth (i synchronizacji poprawnej także na kontach Google), nie działają na nim elementarne, potrzebne mi aplikacje, jak Facebook, Messenger, Skype i Allegro. Natomiast dobroprogramowa Lumia 640 dalej spisuje się nieźle. I mimo używania Androida, strasznie podoba mi się Windows Phone i naprawdę chciałbym móc wykorzystywać go codziennie.

Powolna śmierć starych telefonów wcale nie musi być reptiliańskim spiskiem. Po prostu z biegiem lat urządzenia stały się bardziej platformą dla aplikacji, niż zwykła elektroniką. A ponieważ aplikacje są obecnie chmurowe, kiedyś następuje moment ich rozjazdu z potencjałem technicznym urządzenia. Niemniej, Android 2.3 i Windows Phone umierają wolniej, niż początkowo przypuszczałem. Jedynie pierwsze inkarnacje chmurowych smartfonów doznały śmierci klinicznej. Zanim kolejne pokolenie telefonów przestanie działać, ich nowsze modele przejdą w stan „teoretycznego działania”, w którym niby pracują, ale ma się ochotę rzucić nimi o ścianę.

A tymczasem moja Nokia E72 ma wciąż działającą nawigację! Ale nie mam zamiaru na nią wracać, porzucając moje obecne, również dobroprogramowe, Redmi 4A. W przyszłym roku ponownie zajrzę do moich dawnych telefonów. Zobaczę, czy przesunie się granica, rozdzielająca ciekawe, acz gasnące egzemplarze od oceanu bezużytecznego, cyfrowego truchła. O mocy obliczeniowej wyższej, niż cały sprzęt obsługujący program Apollo, projekt lądowania na księżycu. Swoją drogą – wiedzieliście, że oryginalne taśmy z nagraniem zaginęły ? :)

Cheers!

Addendum

Szykowałem kiedyś inny artykuł na temat Cloud Rot, zupełnie od innej strony podchodzący do tematu (rzekłbym, trafniej). Ale nie umiem go dokończyć. Tak to jest, jak piszę coś bez deadline'u. Być może wytłumaczy to wrzucanie wpisów ostatniego dnia miesiąca. No ale dziś mam urlop.


 

sprzęt internet

Komentarze