Niuanse licencyjne Windowsa, czyli rzecz o tanich kluczach z internetu i piractwie

Strona główna Aktualności
image

O autorze

Każdy, kto składa komputer, czy nosi się z zamiarem rozbudowy już posiadanej maszyny, szuka oszczędności – to zrozumiałe. A na czym w tym wypadku najłatwiej zaoszczędzić? Oczywiście na oprogramowaniu, które to – mówiąc eufemistycznie – bezproblemowo można zdobyć za bezcen. Podczas gdy zdecydowana większość populacji nie zwinęłaby pod kurtkę karty graficznej czy dysku twardego, kradzież oprogramowania wydaje się czymś powszednim.

Problem w tym, że w dobie wszędobylskich aktualizacji, treści magazynowanych w chmurze i, co by nie mówić, rozwoju zabezpieczeń życie pirata stało się trudniejsze. Dzisiaj rzadko kiedy sprawę załatwia klucz z generatora i prosty aktywator, a tak było jeszcze w czasach Windowsa 7. Poza tym statystyczny użytkownik nie chce dłużej być piratem. Zaczął jakby dostrzegać istotę aktualizacji i wsparcia technicznego, co tyczy się w szczególności systemów operacyjnych, które bądź co bądź stanowią nadrzędny element każdego komputera.

Wniosek? Przynajmniej za system operacyjny trzeba zapłacić, ale – co oczywiste – najlepiej jak najmniej. I tak oto duże grono osób trafia na aukcje internetowe bądź do sklepów z kluczami aktywacyjnymi, gdzie rzekomo oryginalny Windows 10 potrafi kosztować poniżej 40 zł. Jest to ponad dziesięciokrotnie(!) mniej niż wynosi średnia cena wydania OEM u renomowanych sprzedawców. Siłą rzeczy w głowie powinna zapalić się lampka ostrzegawcza...

Mit o oprogramowaniu używanym

Handlarze oprogramowania znaleźli sposób na uwiarygodnienie swych ofert. Powołując się na wydany w 2016 r. wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, w którym uniewinniono dwójkę Łotyszy oskarżonych o handel nielegalnym oprogramowaniem, Aleksandrsa Ranksa i Jurijsa Vasileviczsa, wątpliwe klucze oferują jako towar używany. Sąd uznał wówczas, że legalny nabywca oprogramowania może je wraz z licencją odsprzedać, podobnie jak każdy inny przedmiot. Niemniej wymagana jest przy tym możliwość ustalenia personaliów użytkownika pierwotnego i uzyskanie od niego wszystkich praw do programu, a o tym już się nie pamięta, albo nie chce pamiętać.

Kupując używanego Windowsa, należy mieć pewność, że wszystkie wcześniejsze instalacje zostały usunięte i nie są czynnie wykorzystywane. Ponadto trzeba uzyskać komplet ewentualnych dokumentów licencyjnych, na czele z Certyfikatem Autentyczności (COA – ang. Certificate of Authenticity), czyli popularną „naklejką na obudowę”. Wreszcie, choć nie jest to obligatoryjne, warto zweryfikować pochodzenie systemu prosząc o pierwotny dowód zakupu. Inaczej można nadziać się przypadkiem na art. 291. kk, który przewiduje karę od 3 mies. do 5 lat pozbawienia wolności dla osób nabywających rzecz uzyskaną wskutek przestępstwa. Zapytam retorycznie: jaką pewność źródła daje faktura wystawiona przez firmę zarejestrowaną na Cyprze?

Zresztą, z samymi COA związany jest jeszcze jeden kruczek. Począwszy od Windowsa 8, sticker sprzedawany jest tylko z licencjami OEM. Licencje DOEM, a więc te skierowane do producentów sprzętu, charakteryzują się kluczem aktywacyjnym zapisanym w UEFI. Jak wiadomo, „ósemka” ukazała się na rynku w 2012 r., „dziesiątka” zaś – 2015 r. Szczytem naiwności jest sądzić, że handlarz oferujący kilkaset kluczy z COA do któregoś z najnowszych systemów Microsoftu uzyskał je podczas złomowania komputerów – są podrobione. A to z kolei sprawia, że mamy do czynienia nie tylko z piractwem, według art. 278. kk, ale także fałszerstwem – art. 270. kk.

Klucze rzucone samopas z cyklu „automat 24/7”

No właśnie, ale nie każdy klucz jest opatrzony COA. Większość zostaje sprzedana samopas, na ogół poprzez automat. Nie wiadomo, ani skąd pochodzą, ani na jaki rynek są przeznaczone, a sprzedawcy czasem potrafią sprzedawać je jako nowe. Za kulisami mówi się, że są to nadwyżki z chińskich fabryk sprzętu. Być może – ale to bynajmniej nie świadczy o ich legalności.

Licencja DOEM przekazana danej firmie może być wykorzystana tylko na sprzęcie produkcji tej konkretnej firmy i to w ściśle określonej wersji językowej, pomijając już fakt, że samo wyniesienie takich licencji z fabryki jest niczym innym jak kradzieżą. Microsoft nie stosuje co prawda żadnego mechanizmu blokowania aktywacji, jeśli – dajmy na to – spróbujemy wpisać klucz przeznaczony na Chiny przy polskojęzycznej instalacji, ale w przypadku kontroli ma pełne prawo dochodzenia swych roszczeń. Instalując system, każdy akceptuje postanowienia umowy licencyjnej, natomiast brak poszanowania dla regionalizacji to ewidentne złamanie danego słowa.

Wprawdzie obecnie większość systemów Microsoftu umożliwia zmianę języka w ramach licencji, co tyczy się Windowsów Vista oraz 7 Ultimate, a także wszystkich wersji Windowsa 8 i nowszych, ale instalacja i tak musi zostać przeprowadzona zgodnie z założeniami regionalizacji. Należy przez to rozumieć, że użytkownik najpierw instaluje system w wersji nominalnej, a dopiero potem – w razie potrzeby – dogrywa stosowne paczki, zmieniając język interfejsu.

Na używane komputery też trzeba uważać

Tak wiem, powyższy śródtytuł niektórych zapewne zaskoczył (zaszokował?), ale nawet zakup komputera z oryginalną naklejką COA nie gwarantuje zgodności z licencją. W takim wypadku Microsoft wymaga jeszcze dostarczenia nabywcy partycji odzyskiwania lub oryginalnego nośnika. Jeśli z jakiegoś powodu firma handlująca sprzętem z drugiej ręki nie jest w stanie tego zagwarantować, to musi wcześniej zakupić licencję Autoryzowanego Refurbishera Microsoftu (MAR – ang. Microsoft Authorized Refurbisher). Kosztuje ona czwartą-piątą część pełnej licencji OEM, więc nie jest szczególnie droga, ale jednak obligatoryjna.

Obowiązek zakupu MAR nie dotyczy tylko osób prywatnych, zbywających swój własny komputer. Ale w takim wypadku warto z kolei upewnić się, że sprzedawca rzeczywiście zaprzestał korzystania z licencji, prosząc chociażby o pisemne oświadczenie. Jeśli tego nie zrobi, korzystając z instalacji aktywowanej tym samym kluczem na innym komputerze, pomimo przekazania COA, warunki licencjonowania łamią, jednakowo, obydwie strony transakcji.

Ale skoro się aktywuje, to przecież...

...można korzystać. Teoretycznie tak, bo przecież motyw przewodni stanowi uzyskanie sprawnego OS-u. Tyle tylko, że patrząc z prawnego punktu widzenia, jest to równoznaczne z pobraniem ISO i aktywatora z sieci P2P, a za torrenty nikt nie każe płacić choćby tych 40 zł. Kiedy do drzwi zapuka policja albo pracownicy Urzędu Skarbowego, faktura od firmy zarejestrowanej w jakimś raju podatkowym i kiepskiej jakości COA raczej nie wystarczą. Oczywiście nikt nie kontroluje osób prywatnych, ale już przedsiębiorcy powinni mieć się na baczności.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że w tym roku dwukrotnie wzywano mnie na pobliski komisariat w sprawie związanej z oprogramowaniem Microsoftu. Jeszcze w 2014 r. kupiłem na Allegro ponoć oryginalnego Windowsa 7 Home w wersji OEM. Sprzedawca przysłał mi nośnik, COA i papierową kopertę do złudzenia przypominające oryginał. Zapłaciłem przy tym ponad 300 zł, co było ceną atrakcyjną, ale nie wzbudzającą wątpliwości. Jak się dowiedziałem, policja rozbiła grupę zajmującą się rozprowadzaniem wiernych podróbek oprogramowania rozmaitych producentów. A ja, podobnie jak ponad setka innych osób w całej Polsce, padłem jej ofiarą.

© dobreprogramy