Xbox Scarlett i PlayStation 5. Kogo chcą oszukać producenci konsol?

Strona główna Aktualności
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

O autorze

"Fajne te zajawki nowych konsol, takie nie za bardzo emocjonujące" – można by sparafrazować internetowe powiedzonko. Wygląda na to, że bezpowrotnie minęły czasy, w których każda zapowiedź nowego sprzętu do grania wywoływała zwiększone tętno i powszechne poruszenie środowiska.

Zarówno PlayStation 5, które Sony niejako ujawniło w kwietniu w rozmowie z "Wired", jak i trzymany w tajemnicy a zapowiedziany na E3 Xbox Scarlett, póki co przechodzą bez większego echa.

Oczywiście spora w tym zasługa rewelacyjnych zapowiedzi i nowinek z gier na cały czas aktualną generację sprzętu, takich jak nowy trailer "Cyberpunka 2077". Po co gracze mieliby czekać na nowe platformy, skoro obecne dostarczą im jeszcze setki godzin zabawy, prawda? To pytanie retoryczne.

Tym niemniej, moim zdaniem, problem z nowymi konsolami leży gdzieś indziej. Otóż nikt w branży elektroniki użytkowej nie kłamał do tej pory tak, jak robili to w pierwszych zapowiedziach kolejnych sprzętów producenci konsol. Może za wyjątkiem Nintendo, bo oni żyją niejako swoim życiem, swoimi grami i w przepychankach na możliwości techniczne udziału nie biorą. Na pozostałej dwójce gracze zdążyli się poznać.

Festiwal mydlenia oczu

Każda kolejna zapowiedź konsoli, czy to Sony czy Microsoftu, to festiwal mydlenia oczu. Ten zaczął się już w 1994 r. przy okazji premiery pierwszego PlayStation, wraz z demkiem technologicznym "T-Rex". Pokazówka była przepiękna, ale na to, aby zobaczyć gry o takiej jakości grafiki, fani musieli czekać jeszcze 6 lat do momentu premiery PS2.

Ale jako że publika klaskała, nie było powodu, aby zwalniać z marketingiem. Słynne animacje płynącej wody na PlayStation 2 z targów TGS 99, efekty CGI "Two to Tango" na pierwszym Xboksie – wciąż mydlenie oczu.

Pokazywano materiały, które w czasie rzeczywistym, przy całej logice gry, nie miały prawa na rzeczonych sprzętach ruszyć z odpowiednią płynnością. I które de facto nigdy nie wyszły poza sferę demek technologicznych, pokazywanych publice na konferencjach. Jednak mit świetności kolejnych konsol był konsekwentnie budowany, by w czasach PS3 i Xboksa 360 osiągnąć prawdziwe apogeum.

Kto da więcej

Zaczęło to przypominać obietnice przedwyborcze w stylu "kto da więcej". Najpierw poligonów (wielokątów) i ruchomych obiektów na ekranie, a później mitycznych teraflopów (mocy obliczeniowej), pikseli i klatek animacji.

Ken Kutaragi, szef projektu PlayStation 3, w 2005 r. obiecywał rozdzielczość Full HD i 120 klatek na sekundę. Szacował także moc procesora IBM Cell w przetwarzaniu grafiki na 1,6 TFLOPs, mówiąc o "trzykrotnej przewadze nad Xboksem 360". Jak wyszło finalnie, każdy gracz doskonale wie. Późniejsze tytuły na PS3 miewały problem z uzyskaniem 720p (czyli HD Ready) i 30 kl./s, czego przykładem jest chociażby "Resistance 3", chodzące w rozdzielczości 960 x 704 piksele. Pozycje w natywnym Full HD można policzyć na palcach jednej ręki i były to główne mniejsze produkcje jak "WipEout" z PlayStation Store.

Podrasowany trailer "Killzone 2" z E3 2005 można skwitować co najwyżej wymownym milczeniem. Zresztą, podobnie jak pochodzące z tego samego okresu "Mega Meshes" z Xboksa 360.

I nie zmienia się nic

Wydawałoby się, że po takiej serii wpadek, ktoś wreszcie się opamięta - ale nic z tych rzeczy. Wciąż aktualna generacja sprzętu, PS4 i Xbox One, to dalsza porcja marketingowych sztuczek najniższego sortu. Idealnym obrazem sytuacji jest tutaj zdjęcie z targów E3 2013, przedstawiające jak konsola Xbox One, z której prowadzona była prezentacja na żywo, okazuje się... pecetem. I to wyposażonym w grafikę GeForce GTX 780, znacznie mocniejszą od Radeona HD 7790 w Xboksie One.

Rok 2016 i 2017, idą odświeżone i mocniejsze sprzętowo modele, odpowiednio, PS4 Pro i Xbox One X. Raz jeszcze gracze są mamieni wysoką rozdzielczością i płynną animacją, w tym przypadku 4K i 60 kl./s. Prym wiedzie Microsoft, szczycąc się "najpotężniejszą konsolą do gier na świecie". Trwa kolejna wojenka na teraflopy. I co z tego wynika? Ano to, że wysokobudżetowe gry w 4K i 60 kl./s nawet na "najpotężniejszym" Xboksie One X znów możemy liczyć na palcach jednej ręki.

Teraz – kto miałby uwierzyć w 8K na Xboksie Scarlett albo 4K i 120 kl./s, jakie obiecuje Mark Cerny z Sony dla PS5? Czym zatem się emocjonować? Nawijaniem makaronu na uszy? Wybaczcie, Sony i Microsofcie, ale tym razem już nikt nie podchodzi do waszych deklaracji na poważnie.

© dobreprogramy