Xbox Series X|S – test i recenzja. Emocje jak na promocji parówek, ale sprzęt obiecujący

Strona główna Lab Inne

O autorze

Nowy Xbox to platforma osobliwa. Patrząc na poziom generowanych emocji, mógłby z powodzeniem zastąpić tabletki nasenne, jednak to paradoksalnie obraz jego geniuszu.

W końcu — można by rzec. Po tygodniach zapowiedzi i cedzenia komentarzy prasowych przez gęste sitko, Xbox nowej generacji wychodzi z cienia. Choć na dostępność w sklepach trzeba poczekać jeszcze do wtorku, z dniem 5 listopada schodzi embargo na opinie, wrażenia i recenzje. Tak więc w końcu mogę pozwolić sobie na niczym nieskrępowany empiryzm.

A przypomnijmy, tym razem jest o tyle nieszablonowo, że nowa konsola już na start występuje w dwóch wariantach. W przeciwieństwie do Xboksa One, którego rozbudowę rozciągnięto na osi czasu, topowy Xbox Series X (2249 zł) oraz ekonomiczny Xbox Series S (1349 zł) idą ramię w ramię.

Zacznijmy od tego, że pojęcie generacji możemy zakopać, przynajmniej w dotychczasowym rozumieniu

Jeśli pamiętacie, ile emocji wzbudziły wśród fanów konsol PS4 Pro i Xbox One X, jako urządzenia międzygeneracyjne o zauważalnie wzmocnionej względem swych pierwowzorów specyfikacji, to lepiej wiedzcie, że niniejszym granica została przesunięta o kolejne kilometry dalej. Microsoft daje jasno do zrozumienia, że pojęcie generacji traktuje po swojemu, kładąc nacisk na wspólny ekosystem, a nie konkretne komponenty.

Mierzalna wydajność jest tutaj bardziej środkiem niż celem, a Xboksy Series X oraz S dzieli ponad trzykrotna różnica na polu teoretycznej mocy przetwarzania grafiki.

To może szokować konsolowych ortodoksów, którzy przez lata przyzwyczajani byli do sprzętowej komuny. Ale w czasach, gdy rzekomo jeden model smartfonu potrafi mieć trzy lub więcej odmian, nie ukrywajmy, nie jest to żaden popis ani tym bardziej brawura. Nie i koniec.

Zwłaszcza, że w przypadku nowych Xboksów podział wydaje się zaskakująco sensowny. Jeśli jesteś entuzjastą nowinek, to oczywiście wykosztujesz się na XSX, jednak jeśli nie – gadżety kupujesz zazwyczaj oszczędnie. Z dużym prawdopodobieństwem wciąż masz telewizor Full HD, a napęd optyczny nie będzie najpotrzebniejszy, skoro za 40 zł miesięcznie możesz wykupić dostęp do ponad 100 gier w wersji cyfrowej w ramach usługi Game Pass.

Nadszedł dobry moment, aby zacząć rozpisywać się o bebechach

Śrubka po śrubce przeanalizować komponenty, by ostatecznie na blachę wykuć oznaczenia na laminacie. Niemniej to już zrobił sam producent, a ja im więcej czasu spędzałem z nowymi Xboksami, tym bardziej uświadamiałem sobie, jak dalece byłoby to durnowate. Hejterom na pohybel, osobiście nigdy nie miałem Xboksa za peceta.

To zawsze były konsole. Sprzęt w zamyśle prymitywny, bo tworzony głównie do rozrywki, ale dzięki temu też bardzo przystępny.

Co społeczność graczy sądzi zaś o nadmiernym kombinowaniu, dobitnie wykazała premiera Xboksa One, z którego usiłowano zrobić fikuśny dekoder. Nie zdziwię się, jeśli biedny Don Mattrick (ten od "TV, TV, TV...") do dzisiaj odwraca głowę, przechodząc obok stoisk z grami.

Z dzisiejszymi bohaterami mam jednakowoż jeszcze inaczej: nie poczułem, jakby wciskano mi wielofunkcyjny scyzoryk, ale, jak już zdołałem zaznaczyć, ciężko mi pisać o nowej generacji konsol. Te nieodłącznie kojarzę z hucznymi premierami tytułów na wyłączność, które swym rozmachem miały zarzucać szczęki na beton i ostatecznie uświadamiać, że nadchodzi kolejna era.

Więcej emocji niż premiera Microsoftu generują u mnie seniorki walczące o przecenioną wędlinę

Z jednej strony jest to przykre, z drugiej – doskonale oddaje to, czym jest Xbox Series X|S. Swoją drogą, nie bez kozery w tytule łączę niejako dwa urządzenia w jedno.

Microsoft nie zamyka wcześniejszych rozdziałów. Wprost przeciwnie – dąży do kontinuum, wspierając wiele urządzeń na raz. Poprzez nowe Xboksy dodaje natomiast kolejne opcje sprzętowe, ale żaden gracz nie może mówić, że o nim zapomniano. Tłumaczę.

Chcąc bawić się tytułami z portfolio Microsoftu, Xboksa Series X|S wcale posiadać nie musisz. Równie dobrze spisze się wydajny pecet z Windowsem 10. Do tego w najbliższych miesiącach cały czas wspierany będzie Xbox One, a wisienkę na torcie stanowi streaming dla urządzeń nominalnie zbyt słabych do gier, w tym smartfonów z Androidem.

Xbox Series X|S z racji wieku oferuje najwięcej, jednak klamrą spinającą i tak są funkcje i usługi. Game Passa większość kojarzy, prawda? O streamingu też już wspominałem. Dalej – Smart Delivery pozwala kupić dzisiaj grę na Xboksa One, a po przejściu na nowy sprzęt wykonać bezpłatny upgrade. Jest też Wsteczna Kompatybilność, a więc możliwość odpalenia na XSX|S niepołatanych gier z Xboksa One, Xboksa 360 oraz klasyka. No i crossplay w obrębie tego ekosystemu.

Nowy Xbox to hub usługowo-społecznościowy

I nie jest to koncepcja przemycana subtelnie jak w latach minionych, gdy w formie Xbox Live Gold pobierano opłatę za granie online. Teraz, mówiąc nieładnie, Microsoft wali nam swym katalogiem w ryj. Od chwili pierwszego wciśnięcia przycisku zasilania.

Ekran powitalny z marszu sugeruje pobranie aplikacji mobilnej Xbox App, aby rzekomo ułatwić konfigurację. Istotnie, łatwiej jest zalogować się do konta Microsoft i sieci Wi-Fi przy użyciu dotyku niż pada zmuszającego do mozolnego wybierania znaków. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tylko wykorzystuje się tu pewien pretekst.

Krótki suspens. Wykupuj, człowieku, Game Passa. A najlepiej od razu Game Passa Ultimate z Xbox Live Gold oraz streamingiem. Autoreklamy Microsoftu wylewają się nie rzadziej niż na tablicy Facebooka, a kiedy wyłączysz konsolę i o nich zapomnisz, przypomni ci właśnie apka mobilna. Ot, taki system naczyń połączonych.

Zresztą, Facebook i media społecznościowe w ogóle są tutaj dobrą analogią. Obok ofert gier i usług, na głównym ekranie interfejsu widnieją właściwie jedynie funkcje socialowe.

Twórcy mogą organizować wydarzenia, rozszerzając swoje produkcje o okolicznościowe smaczki czy konkurencje. Wiecie, świńskie łby na Halloween i takie tam. Gracze z kolei połączą się w grupy, w ramach których zyskuje się wspólny czat i możliwość zabawy razem. Co zrozumiałe, nie mogło przy tym zabraknąć tablicy z postami. Udostępnisz tam zarówno zrzuty ekranu i nagrania, jak i krótkie tekstowe notatki. Wypisz, wymaluj portal społecznościowy.

Introwertycy znajdą swoje miejsce, ale to ewidentnie nie platforma dla nich

Z wizją Microsoftu można usiłować walczyć. Ale to trochę tak jakby kupić Porsche 911, a potem przyczepić mu bagażnik dachowy i udowadniać, że wyszedł niezły dostawczak.

Sklepik zawiera bodaj wszystkie najpopularniejsze aplikacje multimedialne, w tym m.in. YouTube, Netflix, Spotify, HBO, Amazon Prime, a nawet polskie cda.pl i WP Pilot. A jako iż pozycja kafli na ekranie głównym jest uzależniona od historii uruchamiania apek, społecznościowa otoczka przynajmniej częściowo daje się wypchnąć. Ba, jest nawet możliwość ustawienia sobie własnej zakładki z dowolnymi apkami.

Rynek jednak zdołał już boleśnie zweryfikować zapędy do stworzenia multimedialnego kombajnu. Znów – przykro mi, panie Mattrick, ale takie jest życie. Tymczasem mamy rok 2020; szczyt rozkwitu epoki internetu i większość graczy dawno opuściła piwnice.

Chcą zrzeszać się w grupy, dzielić osiągnięciami i spostrzeżeniami, dyskutować z innymi zapaleńcami. Wszystko to Xbox Series X|S wykłada jak na tacy, zwalniając zarazem z konieczności myślenia o zapleczu. Jedna platforma i jedno konto. Jedne i te same gry i jeszcze centralny system osiągnięć. Do mnie przemawia.

Oczywiście to nie jest tak, że hardware się kompletnie nie liczy i można go pominąć

Tylko, o ile cyferki zawsze wywołują ekstazę u zapaleńców, o tyle dla statystycznego konsumenta są jedynie wykładnikiem tego, co może uzyskać w zamian.

Xbox Series X|S, niczym w przypadku funkcjonalności systemu, dąży do wpisania się w ramy roku 2020. I ponownie – robi to naprawdę zgrabnie. Świadomego technologicznie konsumenta nie zabiera w nieznane. Nie pozostawia jednak z poczuciem niedosytu.

Nie miałem okazji wypróbować na nowych konsolach wielu tytułów, a część z tych ogranych, trochę paradoksalnie, pozostaje pod embargiem albo działa w trybie zgodności, oczekując na patch. Niemniej już teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć jedno: skok jakościowy w odniesieniu do poprzedników nie ulega wątpliwości. Zaryzykuję stwierdzenie, że żadna konsola mnie tak pozytywnie nie zaskoczyła jak XSX|S.

Jedną z niewielu gotowych pozycji jest "Gears 5". Gra wymagająca do płynnego działania w 4K przy godziwych ustawieniach jakości GeForce'a RTX 3070. Karty graficznej, która sama w sobie jest droższa od Xboksa Series X. Plastikowa drobinka wychodzi z tarczą.

Ktoś jeszcze pamięta debiut Xboksa One (i PS4 także)? Przecież to był istny obraz nędzy i rozpaczy. Podczas gdy rynek zdążył okopać się w standardzie Full HD, już w przededniu premiery last-genów było jasne, że bebechów nie doszacowano. Ekspresowo zaczęto ciąć rozdzielczości, a to bynajmniej nie oznaczało, że zawsze i wszędzie zobaczymy płynną animację. Nie żebym spodziewał się wówczas 60 fps, ale na przykład premierowy "Ryse" miewał zadyszkę przy docelowych 30.

Pod względem wydajności nowe Xboksy to inny świat: 4K, HDR, WCG, 60 fps, możliwy ray tracing, dźwięk Dolby Atmos. Nawet jeśli w produkcjach AAA nigdy nie zobaczymy tego razem, to jednak wciąż mowa o branżowym créme de la créme, a nie rzucaniu ochłapów. To diametralnie zmienia optykę, a po pierwszym tygodniu intensywnego grania – czekam na ciąg dalszy w blokach startowych.

Przy czym sprzęt to więcej nie tylko czysta moc obliczeniowa

Co dla mnie szczególnie znamienne, to lekkość, z jaką Xbox Series X oraz Series S poruszają się na poszczególnych płaszczyznach użytkowych i pomiędzy nimi.

Dzięki Xbox Velocity Architecture i piekielnie szybkim nośnikom SSD, płynna jest nie tylko rozgrywka, ale także, a może przede wszystkim całokształt działania platformy. Parę chwil i trudno byłoby powrócić do ślimaczych ekranów ładowania czy czkawki przy przełączaniu gier bądź aplikacji. Na marginesie: człowieka, który niegdyś wpadł na pomysł wrzucenia do XO dysku HDD klasy 5400 rpm, powinno się wysłać do Gułagu.

Funkcję Quick Resume kocham całym sercem. Gdyby to ode mnie zależało, miałaby pomnik na Zbawiksie. Słowo daję. Dla niezorientowanych nadmienię, że chodzi o błyskawiczne przeskakiwanie pomiędzy kilkoma uruchomionymi grami bez wychodzenia z nich. Z tym że każda działa pełną parą, bo konsola nie utrzymuje procesu w tle, a robi zrzut pamięci.

Warto jednocześnie odnotować, że lwia część usprawnień jest zaimplementowanych globalnie. Tak więc benefity nie ograniczają się do produkcji najnowszych, co tym bardziej podkreśla charakter XSX|S jako platformy definitywnej. A na tym nie koniec.

Funkcja Auto-HDR wykorzystuje, jak zdradza Microsoft, algorytmy sztucznej inteligencji do renderowania obrazu o szerokim zakresie dynamiki wszędzie tam, gdzie go nominalnie nie ma. Hity sprzed lat zyskują drugą młodość. Uruchamiają się w mgnieniu oka, są zazwyczaj bardziej płynne i do tego lepiej wyglądają. Deweloper nie kiwnie przy tym palcem.

Nie bez kozery jednak podkreślałem, że kontakt z XSX|S jest w gruncie rzeczy beznamiętny

Pragmatyzm czuć od niego już przez karton, wodzy fantazji ani trochę. Jak mniemam, doświadczony przez Xboksa One producent bał się zaryzykować. Szkoda.

Wymownym obrazkiem jest sama konstrukcja konsoli i kontrolera. Po jednej stronie mamy banalny prostopadłościan, po drugiej – ledwie kosmetyczne rozwinięcie sprawdzonego pomysłu. Dodanie przycisku Share należy uznać za znak czasów, a zmodyfikowany krzyżak, mimo iż rzeczywiście lepiej wyłapuje skosy, to detal. Podobnie jak zmiana tworzywa na porowate.

Nie zrozumcie mnie źle, zmiany są trafione, a najwygodniejszy w moim mniemaniu kontroler na świecie staje się jeszcze wygodniejszy. Tylko, rzucę to raz jeszcze, poczucie nowej generacji jest tutaj przymglone. Ot, to samo mogliby zmienić w ramach którejś partii produkcyjnej.

Inna sprawa, że—podobnie jak oprogramowanie i podzespoły bazowe—konstrukcja nowych Xboksów wygląda zachęcająco. Obie konsole są tak ciche, że ich hałas właściwie ginie w tle akustycznym. Są też zaskakująco energooszczędne, bo mając na stałe podpięty watomierz, nie udało mi się odnotować wartości wyższej niż 215 watów i 135 watów, odpowiednio.

Żeby jednak nie zrobiło się zbyt cukierkowo – są też wady, jedna bolesna

Przede wszystkim – dyski. Bo ich niesamowita szybkość to tylko jedna strona medalu, drugą jest ilość dostępnego miejsca. Po zainstalowaniu aktualizacji rozruchowej, Series X ma 802 GB, a Series S – raptem 364 GB przestrzeni na dane.

Niby istnieje opcja rozbudowy poprzez autorskie gniazdo na tyle obudowy, ale jedyny jak na razie nośnik w tym formacie kosztuje ponad 1 tys. zł za 1 TB pojemności.

Z kolei dyski zewnętrzne na USB 3.1 obsługiwane są tylko w trybie wstecznej zgodności, czyli dla gier pisanych pod Xboksa One i starszych. Tytuły dedykowane mogą być tam przechowywane wyłącznie w roli backupu. Chcąc zagrać, kopię trzeba przywrócić do pamięci wbudowanej.

Pytanie, czy Microsoft należy winić, skoro ceny najwydajniejszych kości flash są, jakie są. Chęci były, o czym uświadamia stosowana protetyka. Pozostaje mieć cichą nadzieję, że z biegiem czasu pojawią się modele z bardziej pojemnymi pamięciami. To byłby w sumie bardzo naturalny krok na drodze rozwoju i pozytywy impuls, by odświeżyć ofertę.

Ze spraw małokalibrowych, o czym mówiłem przy okazji rozpakowania: czarna obudowa Xboksa Series X to magnes dla odcisków palców. Drobiazg, ale bije w estetykę.

Krótko: czy warto nowego Xboksa kupić?

Siedem lat temu w odpowiedzi na to samo pytanie wymownie zakręciłbym nosem, ale dzisiaj znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości. Microsoft przestał się wydurniać z pudrowaniem telewizorów i na dobre zajął grami, co ewidentnie wychodzi mu na plus. Styl tej przemiany nie jest co prawda zbyt widowiskowy, jednak bardzo konsekwentny, co mimo wszystko świadczy o rodzaju geniuszu. Bo rachować też trzeba umieć.

Nowy Xbox to wypadkowa pożądanych przez graczy rozwiązań technologicznych, mody na social media i usługowych zapędów spółki z Redmond. Będę powtarzać do znudzenia: nie ma tu niczego, co mogłoby wprawić w osłupienie, ale całość dobrze rokuje na przyszłość.

Niestety, na końcową ocenę jest jeszcze zbyt wcześnie. A to dlatego, że... baza zoptymalizowanych gier zdatnych do bardziej wnikliwej analizy literalnie nie istnieje. I tutaj się muszę nieco pożalić, gdyż takie produkcje pojawią się na sklepową premierę 10 listopada, ale do dziennikarzy testujących konsole jeszcze nie trafiły. Albo trafiły, lecz bez patcha.

W tej chwili musimy bazować na "Gears 5", "Forzie Horizon 4" i "Sea of Thieves". No chyba, że ktoś za wyznacznik mocy nowej platformy uzna izometryczne "Gears Tactics" albo "The Touryst" ze Switcha, skądinąd chodzące na XSX w 6K. Na premierę dojdą do tego m.in. "Assassin's Creed Valhalla", "Watch Dogs Legion", "Dirt 5", "Yakuza: Like a Dragon", "Ori and the Will of the Wisps" czy "Destiny 2: Beyond Light". Słowem, dużo mięcha, ale trzeba poczekać.

Tymczasem jestem zmuszony urwać w pół słowa. Obiecuję, wrócę do finalnego podsumowania, gdy tylko pojawi się szansa sprawdzenia nowych Xboksów w poważnej akcji. Kropkę stawiam pełen optymizmu, ale z przeświadczeniem, że biesiada dopiero się zacznie.

© dobreprogramy
s