r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

DRM w autach: w przyszłości nie pojedziesz bez zgody producenta?

Strona główna AktualnościSPRZĘT

Samochody kojarzyć się powinny ludziom z wolnością – swobodą podróżowania bez nadzoru i bez przejmowania się rozkładami jazdy. Niestety ten mit motoryzacyjny rodem z amerykańskich filmów coraz mniej ma wspólnego z rzeczywistością: podróżując autem napotykamy coraz więcej systemów kontroli, coraz częściej też słychać o pomysłach takich jak obowiązek instalowania „czarnych skrzynek”, gromadzących dane o przebiegu podróży na potrzeby upoważnionych do kontroli służb. Już w 2011 roku Cory Doctorow, w swoim wystąpieniu na Chaos Communication Congres pt. The coming war on general computation powiedział: już nie mamy samochodów, mamy komputery w których jeździmy. Wtedy to była to oczywiście hiperbola, ale dziś, gdy coraz więcej medialnego hałasu wokół elektrycznych, skomputeryzowanych aut, zaczyna być jasne, że proroctwo Doctorowa się spełnia.

Marka Tesla jest dobrze znana wśród wszelkiej maści geeków i nerdów – nie ma miesiąca, by o elektrycznych autach tej firmy nie pisano w serwisach social news czy na łamach witryn branży IT. Od czasu medialnej wojny między Teslą a New York Timesem o rzekomo nierzetelną recenzję Modelu S wiemy już, że zarówno Tesla, jak i wielu innych producentów elektrycznych aut gromadzi praktycznie wszystkie dane na temat zachowania swoich aut – szybkości, przyspieszeń, ładowania akumulatora, tempa rozładowania itd., a właściciel pojazdu nie ma praktycznie żadnego wpływu na to, jakie dane udostępnia.

Gromadzenie danych bez względu na wolę właściciela to jednak małe piwo. Co powiecie na kompletny system DRM w samochodzie? Zapowiedzią czekającej nas motoryzacyjnej przyszłości są doniesienia Der Spiegla o nowym pomyśle znanego francuskiego producenta Renault, dotyczące wykorzystania akumulatora w elektrycznym aucie Zoe.

To niewielkie miejskie auto, pokazane po raz pierwszy w 2012 roku podczas Geneva Motor Show, jest obecnie najlepiej sprzedającym się elektrycznym samochodem w Europie – do maja tego roku sprzedanych miało być około 3500 sztuk. Pojazd z silnikiem 88 KM zasilany jest litowo-jonowym akumulatorem 22 kWh, pozwalającym na przejechanie w standardowym testowym cyklu NEDC ponad 200 kilometrów. A co po tym, jak akumulator się rozładuje? Oczywiście podjeżdżamy wówczas na stację i akumulator ładujemy… o ile opłaciliśmy Renaultowi ratę za jego wypożyczenie.

Kupując Zoe nie kupujemy go bowiem z baterią akumulatorową. Baterię taką możemy jedynie wypożyczyć od Renault, podpisując umowę, w której, jak twierdzi internauta Franko30 z forum użytkowników aut elektrycznych, znajduje się klauzula pozwalająca producentowi zdalnie zablokować proces ładowania, np. jeśli właściciel nie zapłacił na czas raty za dzierżawę. Parker Higgins z Electronics Frontier Foundation, pisząc o tej sprawie na blogu organizacji, wyjaśnia, że Renault zastosował w tym celu w baterii Zoe system cyfrowego zarządzania prawami autorskimi (DRM). „Zabezpieczone” w ten sposób baterie nie tylko można zablokować, ale też zdalnie unieważnić, jeśli Renault uzna, że ich czas życia dobiegł końca. Ma to być część szerszej strategii, wiążącej się z gromadzeniem danych o prowadzeniu auta i bezprzewodowym przesyłaniu ich do producenta.

Zapewne trochę pracy nad zabezpieczeniami dzierżawionego akumulatora pozwoliłoby je obejść – producenci aut nie są znani ze stosowania szczególnie wyrafinowanych systemów kryptograficznych – problem jednak w tym, że w wielu krajach wszelkie działania, które miałyby na celu obejście software'owych zabezpieczeń produktu, wprowadzonych do niego aby uniemożliwić użytkownikom korzystanie ze swojej własności niezgodnie z zamierzeniami producenta, są nielegalne. O ile jeszcze użytkownik, który złamie zabezpieczenia swojego telefonu, by zmienić jego oprogramowanie, raczej nie będzie się rzucał w oczy, to można sobie wyobrazić, że w przyszłości posiadacz auta ze złamanym DRM-em, w razie kontroli drogowej może mieć sporo w takich krajach kłopotów.

W ten sposób rzeczywiście zbliżamy się do nowego, wspaniałego świata, w którym nasze auta nie są już nasze, i nie możemy z nich już skorzystać, jeśli np. straciliśmy pracę i nie stać nas na opłacenie miesięcznej raty za dzierżawę. A jeśli producent auta zbankrutuje, to w najlepszym razie zostaje nam sprzedać je na części. W tym nowym wspaniałym świecie, jak zauważa Franko30, władze też zyskują nowy sposób kontroli ludności, mogąc uniemożliwić dojazd demonstrantom miejsca międzynarodowych szczytów.

Zaczyna więc być jasne, o co chodzi z Autem Google i sugestiami przewodniczącego Erika Schmidta, przekonanego, że prowadzenie aut powinno zostać przejęte przez komputery, a my, zamiast trzymać ręce na kierownicy, powinniśmy w czasie podróży surfować po Sieci (oczywiście na tablecie z Androidem).

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.