r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Desktop żyje! Regularny przegląd ciekawego oprogramowania dla naszych PC

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Niniejszym materiałem rozpoczynamy regularny cykl publikacji poświęconych nowemu, mniej znanemu, ciekawemu, zwykle otwartemu oprogramowaniu, które spodobało się nam z tych czy innych powodów, oprogramowaniu, które naszym zdaniem może przydać się może nie tylko jego twórcom. Tytuł cyklu – Desktop żyje – jest nieprzypadkowy. W erze fiksacji na rozwiązaniach mobilnych i webowych, gdy HTML5 zaczyna się uważać za „język programowania” nadający się do pisania gier komputerowych, a sklepy z aplikacjami dla urządzeń mobilnych pęcznieją od setek tysięcy „appek”, to ruch pod prąd, chęć przypomnienia, że mimo fatalnych wyników sprzedażowych, klasyczne PC wciąż jest wartą zainteresowania platformą.



Makagiga

Dziwna nazwa dla aplikacji, której zastosowanie na pierwszy rzut oka może się wydawać niejasne. Jeśli byłaby to jednak aplikacja Microsoftu, to nazywałaby się zapewne Microsoft Scheduling Manager for Personal Business 1.0. Tymczasem nazywa się Makagiga – i jest niezłym kombajnem, który łączy w sobie menedżera zadań, kalendarz, edytor notatek, czytnik RSS i system statystyk, pozwalający na sprawne zarządzanie czasem i zajęciami.

Możliwości aplikacji na tym się nie kończą: Makagiga, dzięki systemowi wtyczek, może przeprowadzać obliczenia (łącząc się z Wolframem Alpha) i wyświetlać mapy (OpenStreetMap), może pokazywać w kalendarzu polskie święta, może przedstawiać aktualną pogodę, podświetlać składnię kodu, zarządzać szablonami dokumentów czy generować kody QR.

Instalacja jest prostą sprawą. Instalator dla Windows, pakiety .deb i .rpm dla Linuksa, a do tego wersja przenośna, którą wystarczy rozpakować do katalogu i uruchomić z pliku wsadowego – i która działa też na OS-ie X. Jedynym wymogiem jest obecność w systemie środowiska uruchomieniowego (JRE) Javy 7.

Interfejs programu jest czytelny i zrozumiały – każdy, kto potrafi sobie poradzić np. z Thunderbirdem czy Outlookiem, poradzi sobie z tym narzędziem, tym bardziej że zostało ono całkowicie spolonizowane. Wygląd aplikacji można w pewnym stopniu zmodyfikować dzięki systemowi skórek. Narzędzie poprawnie się integruje z pulpitem KDE i Windows 7, trochę gorzej sprawuje się na OS-ie X.

Na stabilność i wydajność nie można narzekać. Mimo że to aplikacja na Javę, zachowuje się bardzo responsywnie. W trakcie testów nie zawiesiła się ani razu.

Makagiga trafiła do naszego repozytorium oprogramowania. Można ją pobrać tutaj. Projekt rozwijany jest na wolnej licencji Apache, więc można go wykorzystywać bez ograniczeń.

Nasza ocena: 4,5/5



CloEDIT

Edytorów HTML jest na rynku od zatrzęsienia, ten jednak ma w sobie kilka zalet, które powinny się sposobać nowoczesnym webdeweloperom i projektantom. Zamiast po raz tysięczny pisać ten sam schematyczny kod, witrynę układa się w nim niczym z klocków. W hierarchicznym podglądzie elementów możemy edytować kod i przenosić go, nie martwiąc się o otwierające i zamykające znaczniki. Największą zaletą edytora jest jednak pełna integracja z frameworkami Bootstrap 3 i Foundation 4, a także wsparcie dla Lifta i CloServe. CloEDIT ma też narzędzia dla fanów języka Clojure, pozwalające na łatwe wprowadzanie HTML do widoków i formularzy w tym języku.

CloEDIT napisany został na Maka, ale to nie jest natywna aplikacja OS-a X. Bez problemu można uruchomić go też na Linuksie, wystarczy mieć zainstalowane Java JDK 1.6+. Narzędzia nie udało się uruchomić na Windows 7. Nie ma tu żadnego instalatora – program uruchamiamy z powłoki poleceniem java -jar CloEDIT.jar.

Interfejs jest osobliwy, obskurny, mało intuicyjny. To specjalistyczne narzędzie, które wymaga treningu (na szczęście dokumentacja jest napisana solidnie). Dopiero po załadowaniu jakieś strony zbudowanej na Bootstrapie czy Foundation, jego zalety szybko zaczynają być widoczne.

Stabilność na OS-ie X jest bardzo wysoka. Na Linuksie już jest trochę gorzej – momentami aplikacja się „dławi”.

Edytor trafił do naszego repozytorium oprogramowania. Pobrać go można tutaj. To własnościowe, komercyjne narzędzie, którego twórcy namawiają do sprawdzenia przed zakupem, czy na pewno spełnia nasze potrzeby. Jeśli tak jest, to chcą za CloEDIT-a 96 złotych. Licencja pozwala na instalowanie programu wszędzie, gdzie się da, w domu i w pracy, daje też prawo do darmowej aktualizacji do następnej „dużej” wersji. Nie znaleźliśmy w programie żadnych mechanizmów ograniczających funkcjonalność wersji testowej.

Nasza ocena: na razie 3,5/5, ale jeśli ktoś ma sporo do czynienia z Bootstrapem czy Foundation, to pewnie więcej.



Clonezilla

Clonezilla to nazwa, której nie należy wypowiadać przy pracownikach Symanteca, ten opensource'owy projekt jest w stanie w wielu wypadkach znakomicie zastąpić legendarnego (i drogiego) Norton Ghosta. Klonowanie dysków i partycji, obsługa wszystkich popularnych i wielu niepopularnych systemów plików, wsparcie dla multicastu, dostęp do obrazów partycji przechowywanych na zdalnych i lokalnych serwerach, a nawet możliwość automatycznego konfigurowania klonowanych obrazów Windows sprawiają, że to niezastąpione narzędzie dla każdego administratora czy hobbysty.

Interfejs Clonezilli – cóż, trąci myszką, przypomina to stare dobre oprogramowanie dla DOS-a (używa biblioteki ncurses), ale czego innego można by oczekiwać, tym bardziej, że narzędzie działa na komputerach z zaledwie 256 MB RAM? Clonezillę uruchamiamy z nośnika LiveCD czy LiveUSB, wybieramy zadanie do zrealizowania przebijając się przez kolejne ekrany formularzy, a potem program robi swoje – np. klonując 5-gigabajtowych rozmiarów system na 40 stacji roboczych w ciągu 10 minut.

Stabilności nie można nic zarzucić. To darmowe narzędzie klasy biznes.

Clonezilla trafiła do naszego repozytorium oprogramowania. Pobrać ją możecie tutaj. Narzędzie udostępniane jest na licencji GNU GPLv2.

Nasza ocena: 4,5/5. Byłoby więcej, gdyby Clonezilla radziła sobie z przyrostowymi kopiami zapasowymi. Trwają nad tym prace.



XOWA

O tym ciekawym narzędziu zrobiło się głośno kilka tygodni temu, kiedy to Ars Technica poinformowała o metodzie na przeniesienie całej anglojęzycznej Wikipedii na lokalny dysk. Oczywiście zajmuje to trochę czasu i miejsca – cały ogromny zbiór ludzkiej wiedzy (niemal 4,5 mln artykułów, z ponad 20 GB tekstu i kilkoma milionami miniaturek) potrzebuje co najmniej 80 GB wolnego miejsca w trakcie instalacji, i 25 GB po jej ukończeniu, i trwa jakieś pięć godzin na w miarę nowoczesnym desktopie.

W ten sposób otrzymujemy na swoim komputerze kopię encyklopedii, zachowującą całe oryginalne formatowanie, wzajemne linkowanie i funkcjonalności, w tym obsługę wyszukiwarki i wspierających wiki, takich jak wikiquote czy wiktionary. Idealna to sprawa dla osób, które jeżdżą pociągami czy autokarami – czytanie Wikipedii nie zostanie niespodziewanie przerwane utratą połączenia 3G. Pobrać możemy oczywiście też innojęzyczne wersje internetowej encyklopedii, w tym polską.

XOWA nie zniszczy Wikipedii, rujnując projekt kosztownym ruchem sieciowym. Cała zawartość (utworzona z oficjalnej kopii zapasowej encyklopedii) jest pobierana przez zintegrowanego klienta sieci BitTorrent. Narzędzie będzie automatycznie aktualizowało kopię offline, pobierając paczki różnicowe przygotowywane przez jego autorów.

Interfejs programu jest minimalistyczny, to w praktyce silnik Firefoksa, który wyświetla przeniesioną do bazy sqlite Wikipedię w jej oryginalnej postaci Wszystko jest przejrzyście opisane, nie ma problemów ze skonfigurowaniem kopii offline. Stabilność działania jest na najwyższym poziomie.

Program trafił do naszego repozytorium oprogramowania. Pobrać go można tutaj. Rozpowszechniany jest na wolnej licencji AGPLv3. Wymaga zainstalowanej Javy 7).

Nasza ocena: 5/5. Aplikacja robi dokładnie to, co ma robić – i robi to znakomicie.



beaTunes

Jeśli macie na dyskach sporą kolekcję muzyki, to pewnie przyznacie, że panuje w niej… jeśli nawet nie bałagan, to nie tak doskonały porządek, jaki mógłby panować. Nic dziwnego: ręczne zarządzanie muzyką jest bardzo trudne i czasochłonne, a po tym, jak rozmiar fonoteki przekraczać zaczyna kilka gigabajtów, ludziom przestaje się chcieć dbać o uporządkowanie.

Tu właśnie może przydać się beaTunes: narzędzie, które sprawdza katalog muzyki pod kątem różnych problemów, pozwala na automatyczne poprawianie tagów ID3 i nazw plików, zestawianie kompilacji muzycznych, grupowanie utworów wg tempa, dodawanie ciszy na końcu utworów – wszystko to, czego ręcznie robić by się nikomu nie chciało.

Interfejs beaTunes jest przejrzysty i przemyślany, większość zadań jest intuicyjna. Stabilności programu na OS-ie X nic nie można zarzucić. Instalacja jest banalnie prosta (instalatory w wersjach dla OS-a X i Windows). Paczki instalacyjne pobrać można na stronie http://www.beatunes.com/beatunes-download.html. Użytkownicy Windows muszą mieć zainstalowany pakiet QuickTime, użytkownicy OS-a X Javę 6.

Program to komercyjne trialware, można go testować przez dwa tygodnie po pobraniu, potem wypada kupić licencję za 35 dolarów.

Nasza ocena: 4,5/5. Biorąc pod uwagę rozwój aplikacji, pewnie niedługo będzie trzeba postawić piątkę, autorzy regularnie wydają nowe wersje, zarówno poprawiające usterki, jak i wprowadzające nowe funkcjonalności.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.