Wystartowanie na szerszą skalę z własnym sprzętem do grania wymaga oczywiście ogromnych nakładów finansowych i to nie tylko w początkowej fazie istnienia produktu, ale niewiele jest też firm, które udźwignęłyby całe przedsięwzięcie, przede wszystkim logistycznie. Pragnąc zalać rynek milionami sztuk urządzenia (bo na skromnym udziale w rynku chyba takiemu Valve nie zależy) nie wystarczy mieć znanej nazwy czy dobrego zaplecza od strony oprogramowania, bo ktoś gdzieś musi w dostatecznej ilości sprzęt składać, potem pakować i dostarczać do sklepów. W całym procesie biorą udział tysiące różnych osób. Sama popularność Steam sukcesu nie gwarantuje.
Harrison nie zabrania nikomu jednak próbować. Według niego, wejście każdego nowego gracza na rynek jest czymś dobrym z tego względu, że pozwala znów rozbudzić i podtrzymać zainteresowanie konsumentów konsolami.