r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Prezydent podpisał ustawę antyterrorystyczną. Boimy się cenzury, a co zrobiliśmy dla wolności słowa?

Strona główna AktualnościINTERNET

Tak jak się spodziewali wszyscy poza największymi fantastami, Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę antyterrorystyczną, dającą rządowi i służbom specjalnym ogromne możliwości w dziedzinie, jakby to powiedzieć… zwalczania terroryzmu. Oponenci już dziś mówią, że będzie to narzędzie bezprecedensowej cenzury Internetu, jakby zupełnie nie zauważając, że dzisiejszy jawny Internet od dawna nie ma nic wspólnego z tym prawdziwie wolnym Internetem z czasów Manifestu Cyberpunków.

O ile więc od zawsze konsekwentnie stałem po stronie wolności słowa i swobód obywatelskich, to jestem także politycznym realistą. Zdaję sobie sprawę, że pokusa ingerowania w wolny przepływ informacji i cyfrową gospodarkę dla rządzących, niezależnie od ich politycznego nadania, jest zbyt wielka, by się jej oprzeć. Ten krótki okres cyfrowej wolności, który znaliśmy na przełomie stuleci nie mógł trwać wiecznie. Jak pokazały doświadczenia innych krajów, nawet tych, które „wolności obywatelskie” mają na sztandarach, nie trwał. Gdy tylko pojawiły się możliwości techniczne śledzenia, ingerowania, blokowania, natychmiast zaczęto to robić. Który bowiem rząd, który polityk, mógłby powiedzieć otwarcie: „tak, jestem za tym, by w Sieci panowało bezprawie”?

Wolność nie ma przyjaciół

Problem tkwi bowiem w tym, że wolność słowa bardzo łatwo zdławić, ponieważ praktycznie nie ma takich, którzy by chcieli jej bronić. Zauważcie, że praktycznie wszystkie media protestujące przeciwko „cenzurze Internetu”, rzekomo wprowadzonej przez tę akurat ustawę antyterrorystyczną, zawsze się zastrzegają, że nie chcą bronić hazardu, pedofili, terrorystów, handlarzy narkotyków, czy kogo tam jeszcze. Czy za kilka lat będą się zastrzegali, że nie chcą bronić miłośników broni palnej, transseksualistów, Żydów czy cyklistów? Problem z wolnością słowa jest bowiem bardzo nieprzyjemny: albo słowo jest wolne, niczym nieograniczone, albo wolności tej nie ma. Tertium non datur. Jeśli wprowadzisz jakiekolwiek wyjątki, w imię obrony moralności publicznej, zdrowia narodu, dobra dzieci, bezpieczeństwa państwa, to nie możesz mówić, że stoisz po stronie wolności słowa.

r   e   k   l   a   m   a

I trudno wskazać jakikolwiek moment w historii, w którym można było mówić o prawdziwej wolności słowa. Pamiętamy, że już Sokrates musiał oddać życie za deprawowanie młodzieży, mówienie rzeczy, które naruszały ówczesny ład społeczny i przyjęte wartości (a przecież sam też, o ironio, nie był zwolennikiem pełnej wolności słowa). W XIX wieku słynny brytyjski myśliciel John Stuart Mill popełnił był kluczowe dla myśli wolnościowej dzieło „Utylitaryzm. O wolności”, w którym twierdził, że powinna istnieć pełna wolność rozważania i dyskutowania wszelkich doktryn i myśli, jakkolwiek by one były niemoralne, jak bardzo byłyby niezręczne dla społeczeństwa. Szybko jednak przestraszył się konsekwencji tego co napisał i dopuścił utemperowanie wolności swoją zasadą krzywdy. Wystarczyło więc uznać, że jakaś wypowiedź kogoś krzywdzi, by znaleźć podstawę, by wypowiedzi tej zakazać.

A jakie to kategorie wypowiedzi na pewno nikogo nie krzywdzą? Podążając za myślą Milla zachodni liberalizm szybko zaprzestał troszczyć się o wolność słowa, a zaczął troszczyć się o to, by nikt wypowiedziami pokrzywdzony nie został. W miarę postępującej globalizacji i mieszania się ludzi różnych nacji i kultur doprowadziło to do nieuchronnej z tej perspektywy zakazywania coraz większej ilości słów – bo przecież niemal każdy bardziej wyrazisty element jednej kultury może być obraźliwy czy krzywdzący dla przedstawicieli innej kultury. Pozostaje więc bezpiecznie rozmawiać o pogodzie. Albo nowych smartfonach. Tematy religijne, polityczne, seksualne, historyczne a nawet medyczne, nie mówiąc już o dziełach sztuki – to wszystko w naszych czasach staje się coraz bardziej utemperowane.

Ustawa antyterrorystyczna? To tylko kolejny krok

Stąd też oferowana przez ustawę antyterrorystyczną możliwość wyłączenia strony z niepodobającymi się komuś treściami nie jest tak naprawdę niczym nowym. To nie jest żaden historyczny początek cenzury, lecz po prostu kolejny krok na drodze do uszczelnienia kultury, poddania jej rygorom tych, którzy uważają sprawujących władzę za swoich reprezentantów. To nieuchronna konsekwencja demokracji – czyli władzy ludu. Władza pojedynczego tyrana zawsze mogła mieć w sobie coś kapryśnego, nierzadko tyrani znajdowali upodobanie w rzeczach, które ludowi się bardzo nie podobały. Władza prawdziwie demokratyczna jest tymczasem w warstwie obyczajowej zawsze skazana na dopasowanie do najmniejszego wspólnego mianownika, nie pozostawiając większego marginesu dla tych, których poglądy ludowi by się nie podobały.

Mogę spodziewać się teraz jedynie kolejnych kroków ku lepszemu wyrażeniu pragnień niekochającego wolności społeczeństwa w rzeczywistości prawnej. Czy bezpieczni od terroryzmu obywatele nie powinni być zabezpieczeni także od hazardu, który jak wiadomo stanowi wielkie zagrożenie dla ludzkiej duszy? Przecież Katechizm Kościoła Katolickiego mówi wyraźnie, że trzeba hazard nadzorować, by nie wyszedł poza zwykłą zabawę:

Gdy hazardowe stają się moralnie nie do przyjęcia, gdy pozbawiają osobę tego, czego jej koniecznie trzeba dla zaspokojenia swoich potrzeb i potrzeb innych osób. Namiętność do gry może stać się poważnym zniewoleniem. Nieuczciwe zakłady bądź oszukiwanie w grach stanowi materię poważną, chyba że wyrządzana szkoda jest tak mała, że ten, kto ją ponosi, nie mógłby w sposób uzasadniony uznać jej za znaczącą.

Sądząc po opiniach tzw. zwykłych ludzi względem kasyn, jednorękich bandytów, zakładów bukmacherskich, w obyczaju ludu nie ma wielkiej tolerancji dla hazardzistów i tego, co ich cieszy. Spodziewajmy się więc szybko ustawy antyhazardowej, która poskromi pokerowy żywioł i nie pozwoli ludziom na to, by w karty przegrali swoje życie.

Przypomnijcie sobie też, że nie tak bardzo dawno w kraju nad Wisłą świetnie się miała cenzura obyczajowa, mająca mocne poparcie w narodzie. Gdy na tzw. Zgniłym Zachodzie rozpoczynała się rewolucja seksualna i powstawały kina porno, u nas Władysława Gomułkę rozwścieczyło pokazanie w państwowej telewizji dekoltu pięknej Kaliny Jędrusik. Gomułka nie był jednak w tym odosobniony, co więcej, jedyna opozycja względem władzy ludowej, skupiona wokół Kościoła Katolickiego, też przyjazna swobodzie obyczajowej nie była. Antyerotyczne obostrzenia władzy ludowej muszą być niewiarygodne dla współczesnej młodzieży wychowanej na Red Tube i gwiazdkach Snapchata, ale nie mogło być inaczej, bo nie erotyczną deprawację Polak miał mieć wówczas w głowie, lecz wyrobienie kilkuset procent normy, by budować socjalistyczną ojczyznę.

Jest taki słynny socrealistyczny obraz Wojciecha Fangora, „Postaci”. Widzimy na nim parę – robotnika i robotnicę, opartych o łopaty, w roboczych strojach, on przyjacielskim (bo nie zmysłowym) gestem obejmuje ją, niejako by odgrodzić od źródła obrzydliwości przed nimi – młodej kobiety w sukience i okularach przeciwsłonecznych, z koralami na szyi, ze szminką na ustach i z pomalowanymi paznokciami. Dobrze to oddawało stosunek ówczesnego społeczeństwa do zmysłowości – i zmieniało się to bardzo powoli. Jeśli już seksualność bywała jakoś dopuszczana, to co najwyżej w postaci żartobliwej, satyrycznej, jak było to z kultową Seksmisją. I gdy po upadku PRL rynek zalała importowana z Zachodu „golizna” to wcale nie znalazła szerszej aprobaty społecznej. Pozostała we wstydzie, w ukryciu, jako coś, z czego nie można było być dumnym. Przygotowano nawet ustawę, mającą całkowicie zakazać pornografii – i gdyby nie weto prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, obyczajową cenzurę Internetu mielibyśmy znacznie wcześniej. Jak przecież wiadomo, Internet is for porn.

Internet wolny od „zagrożeń”

Czemu więc, jeszcze przed wprowadzeniem ustawy antyhazardowej, nie spróbować ponownie z ustawą antypornograficzną? Kto dziś, w erze prawicowego zwrotu nawet wśród młodzieży chciałby wystąpić jako polski Larry Flint, obrońca pornografii? Czy w polskich systemach teleinformatycznych powinno być miejsce na coś, co nie znajduje poparcia w obyczajowości narodu? Nie zdziwię się, jeśli takiej natury pytania otwarcie padają na spotkaniach elit partii rządzącej – tym bardziej, że nie żyjemy we Włoszech czy Chorwacji, gdzie Kościół Katolicki mimo wszystko znacznie bardziej wyrozumiały był względem obyczajowej rozwiązłości.

Ustawy ustawami, ale najważniejsze jest, by dysponować środkami technicznymi, które pozwolą na wyciosanie takiego Internetu, jaki powinien być, by nie denerwować rządzących. Do czego te środki zostaną wykorzystane, to już kwestia wtórna. Być może do ochrony przed bombami, być może do ochrony przed biustami (delikatnie mówiąc – tak, wiem, że nowoczesna pornografia wyszła daleko poza etap pokazywania dziewcząt topless).

Co więc z tym zrobić? Pewnie uznacie moje słowa za zgraną płytę, ale jeszcze raz to powtórzę: frontalna walka z cenzurą jest niemożliwa, gdyż cenzura jest zbyt atrakcyjna dla społeczeństwa. Jednostki pragnące wolności słowa mogą taką wolność zapewnić sobie tylko same, i tylko poprzez technikę. Anonimowość w sieci, wyabstrahowanie komunikacji z jej podległej inwigilacji fizycznej infrastruktury – to wszystko, co pozostaje ludziom miłującym wolność słowa. Tylko poprzez radykalną „szyfryzację” Internetu możemy stworzyć cyberprzestrzeń, w której ustawy antyterrorystyczne, antyhazardowe czy antypornograficzne, są nieistotne. Choć mają zęby, to nie mają czego ugryźć.

Z perspektywy wolności nie ma bowiem żadnej różnicy, czy strona zostanie zablokowana za zgodą sądu, czy za decyzją szefa służby specjalnej. Z perspektywy wolności różnica jest tylko w tym, czy możliwe jest zablokowanie strony, czy też nikt nie będzie nawet wiedział, jak daną treść zablokować. Systemy informatyczne pierwszego rodzaju nazwiemy podatnymi na zniewolenie. Systemy informatyczne drugiego typu określimy jako prawdziwie wolne.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.