r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak: Gra o tron z piratami, na pieniądze i znaczonymi kartami

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Nie wiem jak wyjaśnić popularność serialu Game of Thrones. Przewlekła, z trudem sklejająca się fabuła, sztampowe, antypatyczne postacie, losowa przemoc – a to wszystko dzieje się w świecie, który jest mieszanką niedorzeczności, naiwności i złego gustu. Ale mimo to oglądam ten serial, na równi z rzeszą jego prawdziwych fanów, pamiętających kto komu kiedy i jak, spędzających godziny na debatach o różnicach pomiędzy powieścią a ekranizacją. Czy sukces tego produktu (nie udawajmy, że jest inaczej, to przede wszystkim produkt popkulturowej fabryki) byłby możliwy, gdyby nie realia współczesnego Internetu? Śmiem twierdzić, że nie – i to mimo tego, że ludzie, którzy za nim stoją, robią wszystko co mogą, by z Internetem nie mieć nic wspólnego, a już na pewno od Internetu nie wziąć pieniędzy.

Oglądaliście już ten pierwszy odcinek szóstego sezonu, „The Red Woman”? A jeśli oglądaliście, to gdzie oglądaliście? Na oficjalnym kanale HBO GO? W Polsce? Nie trzeba udawać. Mimo że Grze o Tron oficjalnie daleko do Wolnej Kultury, to jest przecież najchętniej ostatnio wyzwalanym produktem kulturowym. Napiszę „wyzwalanym”, a nie „piraconym”, bo tak mi się podoba. I jedno i drugie jest przecież metaforą, kompletnie zresztą nietrafioną i zaciemniającą obraz rzeczy. Skoro rzecznik HBO, Jeff Cusson, może powiedzieć, że jego stacja agresywnie chroni swoją treść, to mogę powiedzieć, że Internet agresywnie wyzwala dane na tę treść się składające.

W momencie pisania tego tekstu na Zatoce Piratów pierwszy odcinek wysiewa około 50 tysięcy osób, co najmniej drugie tyle uczestniczy w roju P2P jako pijawki. Na Kickass Torrents liczba wysiewających jest jeszcze większa, jakby zsumować wszystkie torrenty z ostatnich godzin, to będzie tam ich ze 200 tysięcy. A to przecież niepopularne, podobno trudne dla Zwykłego Użytkownika torrenty. A co ze streamingami, tymi prostymi serwisami, w których wystarczy kliknąć tu i ówdzie w przeglądarce? Do wyboru, do koloru, w większości wypadków możliwość obejrzenia mają tylko płacący abonament użytkownicy, ale jak ktoś chce obejrzeć za darmo, to znajdzie nawet dobrą kopię 480p, wystarczy użyć Google.

r   e   k   l   a   m   a

„Wyzwolony” odcinek dzięki Internetowi obejrzy zapewne w ciągu najbliższych dni kilkanaście milionów osób, i to mimo tego, że HBO obiecywało skuteczniej walczyć z piractwem. Skuteczność objawiła się tym, że „The Red Woman” pojawiła się w Sieci na pewnej kanadyjskiej witrynie jeszcze na kilka godzin przed oficjalną premierą na HBO. 30 minut później już jej nie było, ale Internetowi to wystarczyło. Data must flow, do wiecznie nienasyconych rozrywki paszcz internautów (tak, przyprawa też musi płynąć). W sumie powtórka z rozrywki z zeszłego roku, kiedy to na dzień dobry w Internecie pojawiły się pierwsze cztery odcinki sezonu piątego, wydobyte najpewniej z zasobów któregoś z recenzentów, do których przedpremierowo wysyłano płyty DVD.

Rok później płyt nikomu nie wysłano, zabezpieczenia antypirackie na najwyższym poziomie, a jednak menedżerowie należącej do Time Warnera telewizji mogą tylko zgrzytać zębami ze złości, opowiadając, że niestety popularność wiąże się ze wzrostem nielegalnej aktywności, na którą jednak reagujemy szybko i zdecydowanie. Reagujcie sobie, najlepiej wyłączcie cały Internet. Swoją szansę mieliście, zapominając jednak, że pokolenie oglądające Grę o Tron, to nie jest to samo pokolenie, które ogląda Wspaniałe stulecie. To pokolenie ludzi nie znających telewizji, nie rozumiejących jej języka, nie trawiących jej cyklów – i na pewno nie mających zamiaru się uczyć dwudziestowiecznego medium (nawet gdyby ktoś wymyślił, że będzie to teraz medium narodowe, przymusowo płatne po 15 zł miesięcznie).

Ze swojego spotkania z panem Jorisem Eversem, szefem działu komunikacji Netfliksa na Europę i Bliski Wschód, pamiętam do dziś jedną fajną frazę, której użył: „ravenous consumpion”, „żarłoczne pochłanianie” – na określenie modelu przyswajania treści przez posttelewizyjnego widza, lubiącego obejrzeć sobie pod rząd ponad dwa odcinki serialu, w swoim rytmie i tempie. Zrozumienie tego głodu współczesnego uczestnictwa w kulturze było jednym z fundamentów sukcesu Netfliksa, który przecież zasłynął tym, że House of Cards zaoferował swoim widzom za jednym razem, bez skazywania ich na tygodniowe rozłąki typowej ramówki. I bez obaw z tym przyznaniem sobie prawa do uczestnictwa w kulturze poprzez serial – oglądanie dobrych seriali jest lepsze od czytania kiepskich książek, tak choćby twierdzi świetny śląski pisarz Szczepan Twardoch.

Nie wiem oczywiście, czy oglądanie Gry o Tron jest lepsze od przeczytania Gry o Tron, czy nawet przeczytania dowolnie złej książki, ale wrócę tu do tego co na początku: oglądałem właśnie ze względu na ten popęd do uczestnictwa w kulturze, w której bez Gry o Tron jesteś cokolwiek wykluczony. Możesz sobie nie znać dziś Pana Tadeusza, być może nigdy nie czytałeś Nad Niemnem, i nie odróżniasz Norwida od Słowackiego – ale jakie to ma znaczenie? Martwe słowa martwych ludzi nie brzmią już mocno w naszej hipertekstowej kulturze, Horacy ze swoim „exegi monumentum aere perennius” pamiętany jest tylko przez łacinników. Tymczasem debata o Grze o Tron spaja świat, daje wspólny temat do rozmów ludziom ery globalizacji. Subreddit /r/gameofthrones subskrybuje ok. 610 tys. użytkowników, więcej niż /r/minecraft (ok. 450 tys.), a już na pewno więcej, niż /r/latin (raptem 8 tysięcy).

Jasne, nie mówię, że za 50 lat ludzie będą oglądać Grę o Tron, a o Horacym zapomną, poeta pewnie okaże się bardziej odporny na czas od hollywoodzkich scenarzystów, ale żyjemy tu i teraz – a już na pewno zarabiamy na tym, co tu i teraz. Niezadowolenie z wyzwalania treści i bajki o agresywnym jej zabezpieczaniu to przecież tylko efekt niezdolności zerwania ze starym, nieznośnym dla posttelewizyjnego widza modelem biznesowym.

Ponownie zwróćcie uwagę na jedno: torrenty są dla technicznych elit, wnioskowanie o skali piractwa na ich podstawie jest nierzetelne. Zwykli użytkownicy korzystają z serwisów streamingowych, chętnie za nie płacąc. Ot taki przykład Na początku tego roku rosyjski Ororo.tv zajmował miejsce bliskie 15 tysięcy w globalnym rankingu Alexy. Dzisiaj jest na miejscu 7727. Za miesięczny abonament żąda 5 euro, płatności nie tylko bitcoinem, ale i bardziej oficjalnymi kanałami: Visa, Mastercard, dotpay24, przelewy24. Ot taki piracki Netflix ze Wschodu, udostępnił oczywiście Game of Thrones w chwilę po nieoficjalnej premierze, zanim HBO zdążyło ze swoim streamingiem HBO GO. I oczywiście ten piracki streaming działa, w przeciwieństwie do streamingu oficjalnego, nie tylko przeciążonego, ale i nieustannie wyświetlającego w mojej przeglądarce komunikat o „wewnętrznym błędzie odtwarzacza”. Nie gorzej zresztą działają też inne pirackie streamingi.

To nie dlatego internauci uwalniają treści kultury, że wstąpili do kościoła kopimistów. Scenowych wyjadaczy jest garstka, a ludzie są leniwi, wolą zapłacić, by ktoś zrobił coś za nich. HBO mogło dostarczyć swój flagowy serial w całości, wziąć za jego obejrzenie od widza kilka euro przez łatwy kanał płatności, zarobić coś na tym. Zamiast tego wolało dać zarobić innym i opowiadając bajki o agresywnej ochronie. Powodzenia, ale rynek zweryfikował Was inaczej. W społeczeństwie informacyjnym data must flow.

Zapraszam do kolejnego tygodnia z dobrymiprogramami.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.