r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Z facebooka w twarz: afera wokół Marszu Niepodległości to tylko symptom korporacyjnej cenzury

Strona główna AktualnościINTERNET

Wszczęty przez prawicowego pisarza i publicystę Rafała Ziemkiewicza apel o przyjrzenie się działalności Facebooka w kontekście cenzurowania wpisów związanych ze Świętem Niepodległości zatacza coraz szersze kręgi – co nie powinno dziwić, jako że jest to symptom znacznie szerszego problemu, w którym mający niemal całkowity monopol na społecznościową komunikację serwis próbuje uniknąć wszelkiej odpowiedzialności prawnej za działania, które tradycyjnym mediom nigdy by nie uszły, a zarazem korzysta ze wszystkich przywilejów wpływu na życie społeczne, jakimi cieszy się „czwarta władza”. To nie tylko perspektywa polskiej prawicy. Zarzuty o nadużywanie swojej pozycji stawiane są Facebookowi także w jego ojczyźnie, gdzie łącznie 73 organizacje walczące o szeroko rozumiane prawa obywatelskie wystosowały list otwarty do Marka Zuckerberga.

Facebook patrzy przez palce

Zanim jednak przyjrzymy się szerszemu kontekstowi działalności Facebooka, zrekapitulujmy sobie sytuację z naszego podwórka. W październiku głośno się zrobiło o „mistrzostwach świata w szkalowaniu papieża”, stronie założonej w serwisie społecznościowym, której celem było ściganie się przynależących do niej osób w publikowaniu mniej lub bardziej paskudnych memów z Janem Pawłem II. Internauci szybko odkryli, że Facebook, który potrafi banować strony znacznie mniej wulgarne, nic przeciwko szkalowaniu papieża nie ma. Przypomniano wówczas rzekome słowa szefowej polskiego oddziału Facebooka, pani de Weydenthal, która to miała stwierdzić, że rozumie, że taka treść (wpisy że „Jan Paweł II gwałcił małe dzieci” – przyp. red.) może być dla katolików nieprzyjemna, to jednak Facebook nie ma wiedzy, czy ta opinia jest prawdą czy nie.

Szybko się okazało, że autorką tych słów była nie pani de Weydenthal, lecz inna menedżerka, niejaka Julie de Baillencourt, odpowiedzialna w Facebooku za „bezpieczeństwo dzieci w sieci”. Zanim jednak społeczność Wykopu się o tym dowiedziała, szybko powstały na samym Facebooku strony pt. „Sylwia de Weydenthal gwałci małe dzieci” – wystarczyło je polubić, by dostać od moderatorów serwisu szybkiego bana. I o ile można zrozumieć chęć ochrony dobrego imienia swojej pracownicy przez serwis społecznościowy i blokowanie rozpowszechniania obraźliwych dla niej treści, to znacznie trudniej zrozumieć to, co Facebook zrobił później, i to po tłumaczeniach, że jest neutralną platformą wymiany treści i poglądów, w zakresie ustalonym regulaminem społeczności.

r   e   k   l   a   m   a

Lewicowa ofensywa

Wspólna akcja kilkunastu lewicowych i lewicujących organizacji doprowadziła do bezprecedensowej czystki politycznej na Facebooku. Zniknęły z serwisu społecznościowego niemal wszystkie strony o konserwatywnej, narodowej i nacjonalistycznej orientacji. „Pospadały z rowerka” m.in. profile Marszu Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej, Ruchu Narodowego czy Obozu Narodowo-Radykalnego. Paweł Gaweł, szef organizacji o nazwie Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych cieszył się wówczas w wywiadzie udzielonym serwisowi NaTemat: wyszukiwaliśmy na profilach narodowców treści niezgodne z polityką Facebooka i je zgłaszaliśmy. W pewnym momencie Facebook zabanował nawet profil Sławomira Jastrzębskiego, redaktora naczelnego jednej z najpopularniejszych polskich gazet, tj. „Super Expressu” – powodem było wrzucenie plakatu reklamującego Marsz Niepodległości.

Takie zgłaszanie to oczywiście nic nowego, na okrągło członkowie różnych facebookowych grupek nawzajem się „rajdują” i zgłaszają, by doprowadzić do usunięcia niepodobającej im się grupki z Facebooka. Zwykle serwis Marka Zuckerberga jest umiarkowanie wstrzemięźliwy, a czasem w ogóle nie reaguje na zgłoszenia (jak to było z „mistrzostwami świata w szkalowaniu papieża”). W tym wypadku jednak popisał się nadgorliwością. Nie tylko usuwano stronki, ale i rozdawano bany ich administratorom, setki aktywnych politycznie osób ze skrajnej prawicy zostały w ten sposób odcięte od najpopularniejszego medium społecznościowego. Prawdziwym policzkiem dla prawicy było zaś aktywowanie strony Marsz Niepodległości, administrowanej przez ludzi związanych z organizacjami homoseksualistów.

Prawicowa kontra

Ponownie winą obciążono Sylwię de Weydenthal, znaną ze swoją skrajnie antyprawicowych poglądów aktywistkę Komitetu Obrony Demokracji. Z inspiracji redaktora Cezarego Gmyza („Do Rzeczy”), obecnie korespondenta TVP w Niemczech, ruszyła w serwisie PetitionGo zbiórka podpisów pod wnioskiem o usunięcie pani de Weydenthal ze stanowiska dyrektora Facebook Polska za nadużywanie swojej pozycji w firmie do walki politycznej. Podpisy złożyło już niemal 17 tysięcy osób. Autorzy petycji podkreślają, że działania menedżerki stoją w sprzeczności z wytycznymi Facebooka – obiektywnej i pozbawionej politycznego wydźwięku postawy jego przedstawicieli.

Petycja online to nie wszystko. Rozmaite prawicowe organizacje już ogłaszają, że przygotowują doniesienie do prokuratury o naruszenie polskiego prawa, na 5 listopada zapowiedziano manifestację „STOP cenzurze” przed polskim biurem Facebooka, a minister cyfryzacji Anna Streżyńska oznajmiła, że podejmie rozmowy z serwisem na odpowiednim szczeblu w sprawie banowania osób, które udostępniają plakat Marszu Niepodległości.

W trybie ograniczania szkód

Sprawa, którą osobiście zaczyna zajmować się lubiana i szanowania minister Streżyńska musiała poruszyć wyższe hierarchie korporacji, w końcuy bowiem doczekaliśmy się oficjalnej odpowiedzi jego Biura Prasowego. Czytamy w niej, że Plakaty Marszu Niepodległości były usuwane ze względu na umieszczony na nich symbol Falangi, który jest zakazany na naszej platformie z powodu historycznych odniesień do mowy nienawiści. Po ponownej weryfikacji i wzięciu pod uwagę, że plakat zaprasza na legalną, zarejestrowaną manifestację, zdecydowaliśmy, że może być opublikowany na Facebooku w tym kontekście, mimo że widnieje na nim zabroniony symbol.

Sprytne wynalezienie „zabronionego symbolu” pozwoliło Facebookowi utrzymać swoją dotychczasową narrację, w której Facebook utrzymuje, że wspiera wolność wypowiedzi (...) Oczywiście wolność ta ma swoje granice. Musi ona współgrać z powszechnym poczuciem bezpieczeństwa na Facebooku. Nasze standardy społeczności zakazują m.in. nękania i prześladowania, a także publikacji treści zawierających mowę nienawiści, groźby. Atakowanie osoby lub grupy ze względu na ich rasę, przynależność etniczną czy narodowość jest na FB zabronione. Takie materiały zostają usunięte, gdy tylko się o nich dowiadujemy – wyjaśniają przedstawiciele Facebooka w wypowiedzi dla Gazety Wyborczej. Pozostaje dodać, że dobrze, że nie wspomniano o zakazie nękania ze względu na przynależność religijną, bo w świetle otwarcie antykatolickich posunięć trudno byłoby to uzasadnić.

Czy minister Strużyńska zadowoli się przywróceniem plakatów Marszu Niepodległości? Jeśli tak, to można powiedzieć, że oddała tym samym walkowerem Facebookowi zwycięstwo w sprawie do decydowania o tym, co przejawiać się będzie w przestrzeni publicznej. Na ten problem zwracają też uwagę autorzy listu otwartego do Marka Zuckerberga, co ciekawe, mogący być kojarzeni z amerykańską lewicą.

Przemoc jest OK, o ile to policyjna przemoc

Nikt już nawet nie wzywa Facebooka do zniesienia cenzury. Sygnatariusze listu mają znacznie skromniejsze żądania, oni tylko chcą, by swoją cenzorską politykę Facebook uczynił bardziej transparentną i dostępną dla opinii publicznej, stworzenia mechanizmów odwoławczych dla ocenzurowanej treści i przejścia zewnętrznego audytu.

W Stanach Zjednoczonych Facebook objawia bowiem zupełnie inny stosunek wobec „poczucia bezpieczeństwa”. Serwis masowo usuwa tam wszystkie treści, które mogą dokumentować przemoc ze strony amerykańskiej policji, w tym przemoc wymierzoną w czarnych. Teraz, wraz z uruchomieniem usługi Facebook Live, jako narzędzia streamingowego wykorzystywanego do upubliczniania treści, serwis mógł się stać czymś w rodzaju obywatelskiej telewizji – jednak się nią stać nie może. Newsy nie są współdzielone na Facebooku, są dławione na Facebooku – piszą sygnatariusze listu.

Prywatność to nie prywata

Facebook w swoim cenzurowaniu treści regularnie znajduje niespodziewanych sprzymierzeńców, kręgi wolnościowe i libertariańskie, które twierdzą, że prywatna firma może u siebie robić, co zechce. I zapewne w całkowicie wolnościowym społeczeństwie tak właśnie by było, tyle że w całkowicie wolnościowym społeczeństwie tak bardzo narażający się innym Mark Zuckerberg zrujnowałby się szybko w wydatkach na ochronę. Korzystając z umowy społecznej, która pozwala mu bez obaw o swoje bezpieczeństwo rozwijać firmę i pozyskiwać kapitał z giełdy, wyraża zgodę na regulacje, które obowiązują podmioty prawne.

Już od dawna nie jest bowiem Facebook prywatną firmą (jak np. firma Dell, własność p. Michaela Della), lecz publicznie notowaną spółką giełdową, o rozproszonej strukturze własności. Nawet jeśli byłby jednak prywatną firmą, to działając w świecie rządzonym przez państwa też nie może u siebie „robić czego chce”, lecz jedynie to, co nie jest zakazane prawem. Kluczowe pytanie więc brzmi: czy istnieje prawo państwowe, które mogłoby Facebookowi zakazać takiej formy cenzury, jaką uprawia?

Otóż w większości krajów demokratycznych takie prawo istnieje – to prawo prasowe. W naszym kraju stosowna ustawa w art. 1 mówi: prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej. Prasa ma więc służyć realizacji określonych zadań społecznych, w szczególności jako kontrolera życia publicznego.

Prasa nie może sobie jednak pozwalać na selektywną cenzurę w interesie politycznym: kontrowersyjny logicznie artykuł 6 tej ustawy mówi, że prasa jest zobowiązana do prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk. Nie wiadomo, co to znaczy „prawdziwe przedstawianie” (i konia z rzędem temu, kto przedstawi akceptowalną dla wszystkich definicję), ale taki zapis otwiera drogę do niezgody. Otóż prawo prasowe (art. 31) zobowiązuje media do bezpłatnego opublikowania sprostowań nieścisłej lub nieprawdziwej informacji. Publikacji sprostowania można z różnych przyczyn odmówić – ale wówczas to prosta droga do sprawy w sądzie.

Dla Facebooka (i innych mediów społecznościowych) takiej drogi nie ma, bo i do tej pory robiły co mogły, by nie wejść w zakres prawa prasowego. W końcu to nie Facebook tworzy newsy, prawda? Jako broker informacji, decydujący o tym, co jego użytkownicy zobaczą, a co zostanie ukryte przed ich oczami, dostaje więc same benefity z tej sytuacji, nikt od niczego nie może się tu odwołać, nikt niczego sprostować.

Jak z takim tworem poradzi sobie minister Streżyńska? Jak do tej pory historie starć Facebooka z władzą (np. w krajach islamskich) pokazywały, że Zuckerberg jest raczej człowiekiem interesu – i wybierze bezpieczną dla serwisu drogę. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, by polski rząd zdołał zagrozić blokadą, tak jak robiły to tamte państwa. Zapewne doczekamy się więc jakiejś formy zgniłego kompromisu, który za kilkanaście lat przestanie mieć znaczenie, bo jak się mówi, najmłodsze pokolenia z Facebookiem już nie chcą mieć nic do czynienia, wybierając Snapchata jako swoją główną sieć społecznościową.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.