reklama

Amerykanie wracają do praktyk z XVII wieku? Będą palić, ale gry

Strona główna Aktualności

O autorze

Miłośnik gier komputerowych, konsolowych i nowych technologii, zwłaszcza owoców azjatyckiej myśli technicznej. Recenzent, czasem doradca oraz fotograf, zawsze otwarty na innych ludzi. Filolog.

Mówi się, że historia kołem się toczy, co naród amerykański niejednokrotnie zdawał się potwierdzać. Trudno jednak chyba było spodziewać się, iż w 2013 roku ktokolwiek w Stanach Zjednoczonych chciałby nawiązywać w swych działaniach do niechlubnego okresu palenia wiedźm, która to praktyka pod koniec XVII wieku niesławą okryła między innymi niegdyś ciche miasteczko Salem... Tymczasem w Southington w stanie Connecticut miejscowa ludność wyraźnie przygotowuje się do puszczenia z dymem brutalnych gier. Stos zapłonie już 12 stycznia.

Jeśli nawet ostatecznie w niebo nie strzeli olbrzymi płomień, a „złe treści” zamienią się w proch w piecu gdzieś na wysypisku, odbiór akcji jest jasny — Amerykanie ponownie boją się tego, czego chyba nie rozumieją. Grupa SouthingtonSOS w porozumieniu z lokalnymi władzami, organizacjami publicznymi, jak też naturalnie strażakami, zachęca rodziców do zabrania swym pociechom gier pełnych przemocy, a także płyt z filmami czy agresywną muzyką, i umieszczenie ich w specjalnym kontenerze, w którym zostaną zniszczone. Na każdego biorącego udział w akcji czekają do odbioru vouchery o wartości 25 dolarów. Chociaż inspiracją dla Violent Video Games Return Program była niedawna masakra w szkole w mieście Newton, organizatorzy akcji twierdzą, że nie obwiniają za tragedię gier — ale namawiają też do publicznego, demonstracyjnego pozbywania się „nośników” przemocy...

W kraju, w którym 88 osób na 100 dysponuje bronią palną, na miejski szafot trafiają oto znów gry. Nie bez powodu o akcji robi się głośno, choć niekoniecznie nagonka służy chęci zastanowienia się nad głębszym problemem powszechnej przemocy w świecie, dostępnej na wyciągnięcie ręki, propagowanej w mediach. Na pewno pozytywną stroną kampanii jest fakt, że rodzice raczej nie wezmą sobie po prostu gier do oddania z półki dzieci, a będą musieli porozmawiać ze swoimi pociechami na temat tytułów w ich kolekcji oraz przyjrzeć się może temu, co sami im kiedyś kupili i dlaczego. Tylko obyłoby się chyba bez rytualnego palenia „zła” na środku miejskiego rynku...

© dobreprogramy
reklama

Komentarze

reklama