Byłam na proteście przeciwko ACTA 2.0. Nie jestem pewna, czy dobrze trafiłam

Strona główna Aktualności
Protest przeciwko ACTA 2.0, Warszawa (Bolesław Breczko)
Protest przeciwko ACTA 2.0, Warszawa (Bolesław Breczko)

O autorze

26 marca europosłowie będą głosować w sprawie nowego prawa autorskiego w Unii Europejskiej. Zmiany są kontrowersyjne, wielu twórców obawia się ograniczenia swoich możliwości, a internauci spodziewają się negatywnego wpływu na dostęp do treści i wolność wypowiedzi w internecie. Z tego powodu w sobotę 23 marca w wielu miastach Europy odbyły się protesty, protestują też różne strony internetowe, na czele z Wikipedią. 25 marca zaś niektóre wydania dzienników papierowych ukazały się z białymi stronami, ale jest to gest poparcia zmian.

Artykuł 11 i Artykuł 13 – o co chodzi?

Pod nazwą ACTA 2.0 nie kryje się kolejna umowa handlowa między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. To popularna nazwa, nadana propozycji dyrektywy UE o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym. Teoretycznie proponowane zmiany mają zapewnić twórcom odpowiednie rekompensaty i lepiej chronić ich prawa, ale dwa zapisy z nowej wersji dokumentu budzą ogromne kontrowersje. Chodzi o Artykuły 11 i 13, zwane odpowiednio „podatkiem od linkowania” i „filtrowaniem platform”. Poniżej ich pełna treść oraz Artykuł 2, uzupełniający Artykuł 11.

Art. 11
1. Państwa członkowskie zapewniają wydawcom publikacji prasowych prawa przewidziane w art. 2 i art. 3 ust. 2 dyrektywy 2001/29/WE w zakresie cyfrowych sposobów korzystania z ich publikacji prasowych.
Art.2
Państwa Członkowskie przewidują wyłączne prawo do zezwalania lub zabraniania bezpośredniego lub pośredniego, tymczasowego lub stałego zwielokrotniania utworu, przy wykorzystaniu wszelkich środków i w jakiejkolwiek formie, w całości lub częściowo:
a) dla autorów — w odniesieniu do ich utworów;

Zapis ten jest podobny do prawa wprowadzonego wcześniej w Niemczech i Hiszpanii. Oznacza to, że nawet linkując do artykułu informacyjnego, trzeba wynagrodzić to autorowi. Bez płacenia nie będzie linkowania. Hiszpańska prasa już się przekonała, że nie jest to korzystne, ale to nie powstrzymuje prawodawców. Przez Artykuł 11 mogą ucierpieć agregaty wiadomości jak Squid i Google News. Mniejsi wydawcy zaś mogą stracić niezłe źródło promocji, a przez to także przychody.

Art. 13
1. Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług. Środki te, takie jak stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści, muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Dostawcy usług przekazują podmiotom praw adekwatne informacje na temat funkcjonowania i wdrażania środków, a także, w stosownych przypadkach, adekwatne sprawozdania na temat rozpoznawania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz korzystania z nich.

W praktyce Artykuł 13 oznacza, że prowadzący platformy zezwalające użytkownikom na udostępnianie własnych treści będą za nie odpowiedzialne. Na ich barkach spocznie obowiązek wyszukiwania naruszeń prawa autorskiego i blokowania materiałów. Filtrowanie ma się odbywać jeszcze przed publikacją. Biorąc pod uwagę, jak dużo treści generują użytkownicy internetu, nie ma szans, by moderatorzy z krwi i kości poradzili sobie z tym wyzwaniem.

Automaty zaś kiepsko radzą sobie z rozpoznawaniem kontekstu, prawa do cytatu, satyry, a czasami nawet konkretnych utworów. Nic dziwnego, że YouTube był przeciwko nowej dyrektywie. Wielu twórców obawia się, że nie będą mogli swobodnie rozpowszechniać informacji lub tworzyć materiałów edukacyjnych. Co prawda przewiduje się taryfę ulgową dla startupów, ale zagrożonych jest wiele mniejszych forów i platform społecznościowych.

Ile nas jest? Chyba wciąż za mało

Jako obserwatorzy przyłączyliśmy się do protestów w Warszawie, Krakowie i Łodzi. Nie można powiedzieć, że protesty były niewidoczne – w Krakowie i Łodzi liczyły prawie 100 osób, w Warszawie sporo więcej. Przechodnie zaciekawieni akcją zatrzymywali się i pytali o szczegóły, miałam okazję wytłumaczyć sprawę kilku osobom, w tym gościowi z Wielkiej Brytanii. 23 marca zebrało się o rząd wielkości więcej protestujących niż na poprzednich akcjach.

Nie można jednak powiedzieć, że protesty były znaczące. W Łodzi i Krakowie zauważyliśmy, że uczestnicy marszu zbierają się bardzo powoli. O wyznaczonej godzinie Plac Wolności w Łodzi był prawie pusty i na każdego uczestnika przypadał jeden policjant i jeden dziennikarz. Mogło to zniechęcać osoby, które przyłączyłyby się do akcji spontanicznie. Choć staraliśmy się jak najlepiej informować o protestach, mogło brakować im rozgłosu.

Niewykluczone też, że mieszkańcom tych miast zabrakło chęci, by wyjść na ulice. W Łodzi organizatorzy słusznie zauważyli, że wśród protestujących zabrakło osób młodych, które z internetu korzystają najintensywniej i zapewne najbardziej odczują skutki przyjęcia nowej dyrektywy. Na pewno nie pomogło to, że tuż przed rozpoczęciem marszu miejsce zbiórki trzeba było przenieść. Niedaleko, bo tylko z Placu Wolności na początek ul. Piotrkowskiej, ale zawsze to jakieś utrudnienie. Cała akcja zostawiła poczucie bezsilności i niedosytu.

Apolitycznie i ponad podziałami, ale co z tym panem rozdającym ulotki?

Protesty przeciwko zmianie prawa autorskiego odbywały się „ponad podziałami” i były z założenia apolityczne. W końcu z internetu korzysta każdy, bez względu na to, czy staje bardziej po lewej, czy po prawej stronie. W Warszawie zwolennicy partii Razem szli obok popierających partii KORWiN i Kukiz'15. W Łodzi do marszu przyłączył się Ruch Narodowy, ale jego członkowie szli bez flag. Wszystko odbyło się pokojowo i przyjacielsko.

W Łodzi był jednak moment, w którym atmosfera przyjaźni i wzajemnego szacunku pękła jak bańka mydlana. Wspólny protest był dla jednego z działaczy Konfederacji Rodziców okazją, by porozdawać swoje własne ulotki zgromadzonym. Trudno powiedzieć, czy organizatorzy tego nie zauważyli, czy przymknęli na to oko, ale takich rzeczy robić po prostu nie wypada.

Na pewno o to chodzi?

Ważniejsze jest jednak to, że akcja protestacyjna była kiepsko przygotowana merytorycznie. Przynajmniej w Łodzi prowadzący marsz nieprawidłowo przedstawiali działanie Artykułów 11 i 13. Zmiana prawa autorskiego miałaby umożliwić manipulowanie faktami i działania propagandowe. To już się dzieje i nie trzeba do tego wprowadzać żadnych zmian w prawie. Utrudniony dostęp do informacji został pomylony z dezinformacją. O zarobkach artystów i problemach wydawców nie padło ani jedno słowo, nie licząc świetnej wypowiedzi jednego z młodszych uczestników protestu, który przyjechał do Łodzi z Pabianic.

Wielokrotnie padły też oskarżenia w stronę mitycznych „wielkich korporacji”. Przez dobieranie nam treści dostępnych w internecie przedsiębiorcy chcą wszystkich ogłupić, byśmy kupowali i konsumowali jeszcze więcej. Oczywiście jest w tym trochę racji – w końcu branża reklamowa kwitnie. Nie jest to jednak sprawa związana bezpośrednio z prawem autorskim.

Te wypowiedzi zostały przemieszane z obawą o ograniczenie wolności słowa, zapewne zapożyczoną z protestów przeciwko „oryginalnemu” ACTA. Może to dobrze, że na marszu w Łodzi zjawiło się tak mało osób.

© dobreprogramy