Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Lajkomania, czyli jak to portalowa moda kreuje mechanizmy ludzkich zachowań

Tematem tej eksplikacji będzie analiza lajkomanii, która już od dobrych 8 lat stała się wyznacznikiem popularności wszelakich postów ukazujących się na portalach społecznościowych. Zarówno tych pomniejszych, jak i o zasięgu globalnych. Aby dogłębnie wyeksponować, jak bardzo lajkomania przeniknęła w sferę ludzkich oddziaływań. Zacytuje komentarz jednego z użytkowników dobrychprogramów, który notabene dostał rekordową liczbę lajków:

Mam dziewiętnaście lat i przeraża mnie rosnący internetowy ekshibicjonizm mojego pokolenia. Pogoń za followerami, lajkami i serduszkami, nieustanna próba pokazania się z jak najlepszej strony, wręcz traktowania się jak towar na wystawie. Czasem mam wrażenie, jakby przez wpływ internetu na społeczeństwo, niektórzy ludzie nie żyli już dla siebie, ale po to, aby zaimponować komuś innemu, przykładowemu randomowi po drugiej stronie skrętki
- Kavelach

Jakże dobitnie te słowa piętnują pojęcie lajkomanii — mechanizmu zachowań, który jeszcze dekadę temu nie miałoby racji bytu. I chociaż takie określenie, jak lajkomania, w języku polskim oficjalnie jeszcze nie występuje. Na stałe już wprowadziło się ono do slangu internetowego jako termin odnoszący się do uzależnienia od wystawiania tzw. lajków, często wystawianych w celu zyskania czyjeś aprobaty, stanowiąc przy tym już masowo występujące zjawisko na portalach społecznościowych.

Ta czynność tylko z pozoru wydaje się czymś błahym, bez głębszego znaczenia na sferę ludzkich oddziaływań. Bo użytkownicy znanych portali, przywiązują dużą wagę do lajków. A brak lajka pod wysłanym przez nas zdjęciem, czy filmikiem np. na FB. Często jest odbierane jako taki „znak ostrzegawczy”, że któryś z naszych znajomych nie jest już po naszej stronie, przynajmniej w wirtualnej przestrzeni. Taki obraz zachowań wielu przypadkach przyjmuje czasami wręcz niespodziewane formy, które w tym wpisie postaram się przedstawić.

r   e   k   l   a   m   a

Sama geneza powstania "lajkomanii" ma też głębszy podtekst psychologiczny, bo przecież to nasz umysł, tworzy wszelkie manie, od których człowiek się uzależnia. W tym przypadku akurat chodzi o stan podwyższonego pobudzenia wynikający z chęci bycia lubianym na portalach społecznościowych. Nasuwa się zatem zasadnicze pytanie. Skąd ta chorobliwa chęć, wymuszająca u tak wielu z nas te mechaniczne zachowania? Wydaje się, że to wynika z podstawowych potrzeb ludzkich. W końcu każdy z nas ma chęć bycia lubianym i szanowanym przez innych. Dla własnego dobrego samopoczucia chcemy czuć się w jakiś sposób przyciągający, przydatni i ważni, można rzec atrakcyjni. Według psychologów sympatia i szacunek to dwa składniki atrakcyjności interpersonalnej. Jak się je zaspokaja na portalach społecznościowym? No właśnie, żeby to w pełni przedstawić, trzeba wyjaśnić znaczenie słowa klucz.

Czym tak naprawdę jest lajk?

W przypadku lajkomanii nieodzownym narzędziem do tego, jak wiadomo jest lajk, który przez zaledwie kilka lat swego istnienia w przestrzeni wirtualnej, stał się ogromnym narzędziem opiniotwórczym dającym asumpt wszelakich ludzkich odczuć. A siła jego oddziaływania jest do tego stopnia, że słowo lajk oficjalnie już widnieje w słowniku języka polskiego PWN.

lajk «w Internecie: oznaczenie postu świadczące, że się nam on podoba lub że się z nim zgadzamy»

Tylko, czy ta definicja, do końca odzwierciedla pełnie jego znaczenia? Czy lajk jest tak jednowymiarowy, jakby się mogło wydawać? Bo ja tutaj doszukuje się głębszego znaczenia, o zabarwieniu socjologicznym. No bo w końcu socjologia jako nauka badająca systematyczny sposób funkcjonowania i zmiany społeczeństwa, definiuje silne uzależnienie od odgórnie panujących zasad i obyczajów. Co w głównej mierze stoi za mechanizmem uzależniania od portali społecznościowych. A w przypadku ojca lajka — największego portalu społecznościowego Facebook nabiera wręcz pejoratywnego znaczenia. Bo na czym tak naprawdę polega mechanizm Facebooka? Według mnie na tym, że każda interakcja to takie podanie dalej. Może nie chcemy tworzyć nowego postu? Nowej publikacji? Nie bardzo wiemy co można dodać do tematu? A jednak poddajemy się nim odgórnie. Tak właśnie bywa w przypadku newsów o takim „toksycznym” charakterze, które lawinowo wręcz wywołują u nas mechanizmy uzależniające.

Wtedy „Lubię to” powinno się interpretować jako wyraz współczucia lub chęć nagłośnienia sprawy. Niestety tak jednak do końca nie jest, bo czasami przyjmuje to też niekorzystną formę. Choćby dlatego, że coraz większy procent polubień na FB, mają ogłoszenia o negatywnym zabarwieniu związane np. z czyjąś stratą materialną, zawodem uczuciowym, opisem swojego kryzysu psychicznego itp. Po prostu chodzi tu o zwykle podbicie popularności posta. Bez głębszego zastanowienia czego on dotyczy, dla samego zwiększenia wagi tej informacji dla algorytmu. Wtedy bardzo łatwo wdać się w pułapkę takiego odgórnego „lajkowania” wszystkiego, co leci. Cała specyfika tego typu zachowań wiąże się z odpowiednim kontekstem ludzkich postępowań. Wynikającym z tego, że najczęściej wszystko to, co się ukazuję na Facebooku czy Twitterze traktowane jest przez większość odbiorców z aprobatą. A lajkowanie tego jest pokazaniem, że dana informacja nam się podoba i chcemy ją podawać dalej. Cały paradoks takiego odbioru polega na tym, że bardzo często informacje tam zawarte są ze sobą niewspółmierne. To zaś powoduje uzależnienie od social media – kiedy świat wirtualny zastępuje rzeczywistość. A wszystko, co tam się ukazuje, zaczyna się ogółowi podobać.

Wydaje mi się, że taka forma uzależnienia się od lajkowania, ma też silne podłoże w tym, że dobierajmy treści kontekstowo. A co za tym idzie, nasze społeczeństwo przez edukację w klimacie „zadanie zgodne z kluczem”, nie bardzo potrafi poruszać się w kontekstowości treści. Czytając i odbierając wszystko jakby, było czarno-białe. Bo już lepiej skomentować na przykład, że „Smutna wiadomość, będzie nam jej brakować”. Czy to prawda? W większości przypadków nie, ale dla niektórych jakoś tak głupio nie zostawić „lajka”. To prowadzi natomiast do takich dysproporcji, że wielu tego nie zauważa i są też lajkowane ludzkie tragedie. Przecież nie chodzi o to, żeby żartować się z czyiś niepowodzeń, tylko okazać empatię, polegającą na szczerym wsparciu. Nie da się też zaprzeczyć, że danie takiego lajka w takim przypadku działa jak przysłowia „płachta na byka” wskazująca bardziej, że dający go jest odbierany jak„niewrażliwy”, ten, który żartuje sobie z czyiś problemów. Chyba nikt nie chce być tak odbierany, prawda? I tu nie chodzi o sematyczność myślenia, tylko zwykłą dedukcję co wypada a co nie. Niestety na portalach społecznościowych wielu zatraca to wyczucie norm obyczajowych.

Lajkoholizm

Uzależnienie od lajkowania jest pewnego rodzaju natręctwem działającym mechanicznie, któremu na dłuższą metę ciężko się oprzeć. Natomiast to, że lajk w internecie działa jak sygnał pobudzający nasze dowartościowanie. Powoduje, że siła jego perswazji jest tak duża, wielu z nas tym obezwładniając. Wszystko to według zasady: „ktoś mnie akceptuję, to, co robię, spotkało się z aprobatą wielu osób, więc jest fajne”. Dostając taką informację, nasza samoocena wzrasta. A nie jest niczym dziwnym, że najłatwiej się uzależnić od rzeczy, które bez wysiłku poprawiają nam samopoczucie i łagodzą stresy. Można rzec, że lajk w tym wszystkim odgrywa rolę takie wirtualnego pocieszyciela, będąc takim „środkiem zastępczym” dla bardziej intensywnych form spędzania wolnego czasu. Bo co mam ćwiczyć jogę lub medytację, jeśli mogę mieć spokój i się nie zmęczyć?

Wystarczy posiedzieć w internecie. Popatrzyć na zdjęcia znajomych czy aforyzmy na pozór wyciszając się. Taka postawa na dłuższą metę zabija w nas aktywność, powodując poniekąd też infantylizuję. Oczywiście jest tutaj mowa o skrajnych przypadkach, kiedy to portal staje się punktem przewodnim całego życia. Gdzie życie towarzyskie, zawodowe schodzi na plan dalszy. Jednakże nie da się zaprzeczyć, że łatwo „wpaść w pułapkę” takiego odgórnego działania. Niewątpliwie też, kiedy dostajemy kilkanaście "lajków" pod zdjęciem z filtrem, nasze poczucie własnej wartości zostaje sztucznie nadmuchane. Wewnętrznie wiemy, że to jakiś rodzaj fałszu i czujemy się z nim źle. Z drugiej strony często samemu kreując się w ten sposób. Wtedy wytwarza się dysproporcja która może nami zawładnąć. Tym bardziej kiedy nie zostaliśmy w dzieciństwie nauczeni samoakceptacji, która jest bardzo dobrym antidotum na takie sztuczne formy kreacji.

Całodobowa transfuzja bycia lubianym

Uzależnienie od lajkowania stało się czymś mimowolnym, co często niezależnie stosujemy od nas samych. Natomiast tak forma postępowania wynika w dużej mierze z tego, że niezmierzona ilość ludzkich zachowań, choć starannie maskowana, jest popisywaniem się. Co w dużym stopniu wynika z chęci zrobienia na kimś innych wrażenia bez wyjawienia, że to właśnie robimy. Taki proces nabytych zachowań doprowadza nas do stopniowego uzależnienie od aprobaty. To znów wymaga ciągłego wysiłku (najczęściej nieuświadomionego), aby skupić na sobie uwagę innych i aby mieć poczucie bycia lubianym i podziwianym przez otoczenie.

Taką formę zachowań bardzo łatwo dostrzec na mediach społecznościowych. Gdzie większość publikowanych tam zdjęć czy wpisów to nieustanna kreacja konkretnej osoby mająca na celu wzbudzenie w nas aprobaty co do jej wyglądu. Źródło takich zachowań ma podłoże w tym, że codziennym życiu nasze poczucie wartości budujemy na podstawie opinii ludzi, którzy z jakiegoś powodu są dla nas autorytetem. To niby ma sens. Chociaż jak na to realistycznie zważyć nie do końca... No bo dajmy taki przykład, że ktoś z nas na ulicy otrzyma komplement od jakieś przypadkowej osoby spotkanej na ulicy to raczej nie, zbuduje to naszego większego poczucia własnej wartości. Tylko spowoduje samozadowolenie z aprobaty, wynikającej z oceny wagi takiej opinii, które po chwili przeminie. Bo na dłuższą metę nie jest niczym ważnym. Innymi słowy, sami uprawomocniamy wyroki innych na nasz temat.

To wyjaśnia, dlaczego ludzie mogą dokonywać wyjątkowych czynów i nadal czuć się nieudacznikami. Pomyślcie o tym procesie, jak o zespole sędziowskim, który wystawia oceny za występ. Są to wszystkie osoby, na których wam szczególnie zależy. Prawie na pewno są w nim wasi rodzice. Prawdopodobnie wasi partnerzy, przyjaciele i znajomi, nie zapominajmy też o szefie, współpracownikach, sąsiadach i osobach, z których opinią w waszych oczach należy się liczyć. Trochę tłoczno w tej loży sędziów. I wiecie co jest najbardziej zasmucające? Że tak naprawdę wyrok nie jest podyktowany tym, co naprawdę myślą o nas inni, lecz wyrokiem jest to co MY myślimy, że inni o nas myślą. To my stoimy na czele tego składu i to my sami wydajemy werdykt. Jak nad tym w porę nie zapanujemy, coraz bardziej narasta w uzależnienie od aprobaty, co przejawia się tym, że popadamy w cykl wymuszający w nas ciągle afirmację okazywanej nam zewsząd akceptacji.

Żyjemy w świecie symboli

Za zjawisko podprogowego uzależnienia od lajkomanii, w dużym stopniu odpowiadają odgórne mechanizmy. Takie np. jak wykorzystywanie do tego symboli. A symbol jako umowny znak o ukrytej treści stawiany często w konkretnym celu — bardzo dobrze do tego służy. Jak wiadomo na Facebooku do perfekcji, opanowano sztukę ich wykorzystywania . A taka forma działań. Według mnie wynika to ze specyfiki naszych czasów. Komunikacja się zmienia. I trudno za nią nadążyć. Większość treści młodsi użytkownicy przekazują ją przez emoji lub memy. Czasami ciężko nawet odkodować ich szyfr. I podobnie jest z „Lubię to”, które już nawet jest mniej kojarzone z samym uniesionym kciukiem (kwestia różnic kulturowych, w Europie oznacza to ok, za to w świecie islamu jest to dość obelżywy gest).

Poniżej macie nawet propozycje na nowe wersje tego przycisku, Facebook jednak pozostaje przy tej jednej jedynej wersji. Czemu? Bo wie, że komunikacja idzie w taką stronę, że jednym krótkim „lajkiem” będziemy mogli wyrazić to, na co kiedyś potrzebowaliśmy kilku zdań. Tu mamy właśnie do czynienia z komunikacją niewerbalną w mediach społecznościowych. Nie wyrażamy głośno zdania, nie „przemawiamy”. Jedynie wirtualne skinięcie głową, którym potwierdzamy przyjęcie informacji. To w ogóle jest ciekawy paradoks, bo treści konsumujemy coraz szybciej, jest ich coraz więcej, ale nasze reakcje na nie muszą przejść przez pewien filtr, żeby były dobrze odczytane.

Niekontrolowane sytuacje

W tym wszystkim są też przypadki kiedy to forma uzależnienia od lajkowania powoduje niekontrolowanego zachowania, doprowadzając do patologicznych sytuacji. Gdzie ludzie sobie bliscy nagle stają się wrogami. Co najlepiej okazują poniższe przykłady, kiedy to John wściekł się, że Dolores zlekceważyła wpis na wallu. Pijany mężczyzna wtargnął do mieszkania, w którym przebywała kobieta i postanowił wyjaśnić facebookowe faux-pas. Między małżonkami doszło do przepychanki. Za swoją ignorancję Dolores dostała w twarz. Nie pozostała jednak dłużna i rozbiła na głowie 36-latka telefon komórkowy. Oboje doznali drobnych obrażeń, lecz to John został aresztowany. Nienormalność takich zachowań wydatnie obrazuje kolejny incydent w którym mężczyzna z Teksasu (USA) uderzył żonę za to, że ta nie polubiła jego statusu na Facebooku. Chore, prawda?

Trzeba być naprawdę niespełna rozumu, żeby zareagować w taki sposób. Tym bardziej, że małżonkowie byli w separacji. Mechanizm tych działań doprowadza też do tragikomicznych przypadków gdzie śmierć najbliższej osoby staje się lajtowym tematem rozmów na Facebooku. Gdzie 36-letni Benito Apolinar, bo tak nazywa się "lajkoholik", napisał na Tablicy o rocznicy śmierci swojej matki. Znajomi podchwycili temat i wspólnie z mężczyzną wspominali zmarłą na Facebooku. Czy najbardziej ekstremalny przykład z Algierii gdzie ojciec z okna położonego na 15 piętrze mieszkania dla lajków chciał wyrzucić synka przez okno. Odgrażając się przy tym: 1000 lajków albo go upuszczę. To są pierwsze tego typu przypadki z zewnątrz, jakby chciał na pewno więcej by ich znalazł.

Pro-lajkowy Facebook

Ten proceder stał się powszechnym zjawiskiem, tak naprawdę za sprawą Facebooka, który od dobrych kilku lat jest globalnym mocarzem wśród serwisów społecznych i wyznacza ogólne trendy. I właśnie ten serwis do perfekcji wykorzystuje wszechobecny konformizm. To, że człowiek sam ze swej natury jest zwierzęciem stadnym, kierującym się tym co, robi większość. A lajk w tym wszystkim jest synonimem aprobaty. Ta tendencja spowodowała, że użytkownicy portalu Marka Zuckerberga coraz większą wagę przywiązują do „lajków”. Przez co przycisk „Lubię to” jest dla niektórych niczym święty Graal. Woda na pustyni własnej samokreacji. Ta wielka popularność lajka w ostatecznym rozrachunku doprowadziła do tego, że przyciski „lubię to” w mediach społecznościowych stały się wszechobecne. Bo co lepiej się nie sprzedaje jak nie popularność?

Już wkrótce przyciski „lubię to”, poza stronami internetowymi, znajdziemy również w popularnych aplikacjach — jak przepowiedział w 2012 r. Andrew Rothbart na blogu Facebooka. Co dwa lata później stało się faktem.

Warto przy tym wspomnieć, że mechanizm działania lajka na FB jest bardzo dobrze opracowany. Choćby poprzez oznaczenie lajkami przez oglądającego wpisu, zdjęcia itp. w tymże serwisie społecznościowym, przez które daje on znać, że mu się wpis, zdjęcie itp. podoba mu się lub że się z nim zgadza. Przez to jak daleko zaszedł ten proceder takiego odgórnego lajkowania. Mnóstwo osób wyznaje zasadę, że jeśli czegoś nie ma na Facebooku, to znaczy, że w ogóle się nie wydarzyło. Koniecznie trzeba więc ustawić odpowiedni status i zbierać kolejne lajki. Najlepiej jeszcze uzupełnić to fotką na Instagramie, np. selfie na tle choinki lub otrzymanych prezentów, dodać odpowiedni filtr, nadający zdjęciu artystycznego sznytu. Częstym syndromem jest to, że coś zostało polubione, udostępnione, zanim mogło być fizycznie obejrzane, bo na przykład film trwa sześć minut, a już po trzech pojawiają się tak zwane lajki w ciemno.

Coraz to większa popularność lajka spowodowała zwiększenia arsenału form jego przekazu. Co spowodowało, że pod postami pojawiły się nowe ikony związane z „lajkowaniem”. Do znanego już „Lubię to” dodane zostały nowe przyciski: „Kocham to”, „Haha”, „Super”, „Wow”, „Smutny” oraz „Wkurzony”. Chodzi tutaj o wyrażanie innych emocji niż tylko „Lubię to”. Zabieg ten miał posłużyć, żeby lajk stał się wielowymiarowy, co przyniosło połowiczny sukces. Jakby na to nie patrzeć jest to śmieszne, że wielu internautów tak podnieca społecznościowy button, a one stały się wszechobecne — zewsząd generując formę wszelakich ludzkich odczuć. Reasumując. Proceder lajkowania „wszystkiego, co popadnie” pośród ogółu użytkowników trwa w najlepsze.

Zamiast lajkować lepiej to zrób!

Zważywszy na to, co wcześniej napisałem, nasuwa się smutny wniosek, że wielu ludzi nie żyje naprawdę. Ponieważ są tak silnie uzależnieni od wirtualnego matriksu, że z czasem stają się taki „chodzącymi zombie”, które zaspokajają się podsycanymi impulsami, płynącymi na przykład z internetu, z fejsbuka. A jak się generuje tak forma postępowań? Zakładając portale tego typu tworzymy wirtualną osobowość, która ma za zadanie zaprezentować się z jak najlepszej strony, a więc wrzucamy tam liczne zdjęcia z udanej imprezy, wycieczki do egzotycznego kraju, czy w najnowszym modelu Audi.

Oczekujemy reakcji, czekamy, aż coś się zdarzy, ktoś odpowie, skomentuje pochwali, doceni. Od dziś, możemy poczuć się jak celebryci, obserwowani i oceniani. Jeśli zdjęcia nie naruszają dobrego smaku prawdopodobnie będą świetną drogą do poprawy naszego samopoczucia i podniesienia własnej wartości. Co dzień pracując na swoim wizerunkiem, takie portale stają się dodatkową pracą, a z czasem nawet uzależnieniem. Choćby tym, że ludzie wstawiają zdjęcie na profilu i po prostu czekają na lajki. To jedyne, co pozwala im trwać, iść dalej. Poszukują sensu, a w tym go nie znajdują. W pewnym momencie budzą się i nie widzą nic. Bo nie ma nic, jest pustka. Okazuje się, że w ich życiu nie ma nic poza wirtualnym światem i chodzeniem np. na uczelnię. Co i tak z czasem staje się tylko takim antraktem, zajmując dużo mniej czasu niż korzystanie z portali społecznościowych. Nigdy nie rozumiałam osób, którym wypełnia to całe życie.

Podsumowanie

I jakie jest antidotum, takiego trwania w wirtualnym niebycie? A no takie, żeby po prostu, wyjść do ludzi to znaczy zacząć nie unikać ich towarzystwa. Nie musi by to zaraz wychodzenie na jakieś balangi. Wystarczy zacząć rozmawiać, pytać się o drobne sprawy, powiedzieć coś od siebie. Można też zapisać się na jakiś kurs gdzie akurat można, spotkać ludzi o podobnej pasji i się nią dzielić. Przede wszystkim, żeby coś z tego (wyjścia) wyszło, trzeba być otwartym na ludzi, podchodzić do nich z ciekawością i sympatią. A wtedy właściwie wszędzie można ich poznać. Na uczelni, w szkole, na spacerze z psem, na kursie tańca, w pracy, najlepiej w miejscach, w których z kimś się regularnie widujemy, wtedy łatwo zagadać, a potem umówić się na kawę czy piwo (polecam piwo, bo rozluźnia atmosferę). Nawet można iść samemu do jakiegoś klubu czy piwnicy studenckiej i tam poznać ludzi. Bez wątpienia taka forma przełamania się może być najlepszym katharsis od tego wirtualnego pozoranctwa, gdzie potrzebę okazywania uczuć, zastępuję się jakimś tam lajkiem. Który jest tylko zilustrowaną afirmacją i tak naprawdę nigdy nie zastąpi tego, co tkwi w głębi naszej natury, nie zastąpując też prawdziwej formy okazywania uczuć. A najgorsze jest to, że tak wielu o tym zapomina.  

internet porady inne

Komentarze